Polski historyk o dokumentach z archiwów Ministerstwa Obrony Rosji

Do czego doprowadzi odtajnienie przez MO Rosji dokumentów dotyczących wyzwolenia Polski spod nazistowskiej okupacji?

Rozmowa korespondentki radia Sputnik Iriny Czajko z historykiem wojskowości Maciejem Porębą.

Czy Pan zapoznał się z dokumentami, które 18 lipca zostały opublikowane przez Ministerstwo Obrony Rosji pod tytułem „Wyzwolenie Polski. Cena zwycięstwa”?

— Tak zapoznałem się, czytałem te materiały. Tam są też pokazane same dokumenty, będące źródłem informacji.

Co, zdaniem Pana, w tych dokumentach jest ważne i najbardziej znaczące dla polskich historyków?

— Na pewno na przykład to, że księża katoliccy popierali budowanie pomników dla uczczenia pamięci tych żołnierzy, którzy ginęli. Czy też to, że zachowanie ludności w większości wypadków było bardzo otwarte, ponieważ ratowano ich od śmierci bądź wywózki do Niemiec na przymusowe roboty, co Niemcy planowali, ale czego nie zdążyli zrobić w wyniku natarcia Armii Czerwonej.

Bardzo ważna jest kwestia pomocy Powstaniu Warszawskiemu. Co prawda wiedzieliśmy o tym, ale tu są dokładne liczby, kto, kiedy i w jakiej formie udzielał pomocy. Armia Czerwona pomagała, na ile mogła, ponieważ powstanie wybuchło znacznie wcześniej i trudno było udzielić pomocy powstańcom akurat w tym czasie. Większa część miasta była zajęta przez Niemców, a powstańcy walczyli w niewielkich rejonach. W opublikowanych dokumentach jest opisana dokładnie pomoc z powietrza powstańcom.

Czy zwykły Polak będzie chciał się zapoznać z tymi dokumentami? Być może to, co opublikowano, zmieni stosunek wielu do wydarzeń z okresu wyzwalania Polski przez Armię Czerwoną?

— Nie ulega wątpliwości, że na pewno będą musieli się nad tym pochylić, zastanowić, ponieważ ta ustawa, która została wprowadzona przez Sejm 22 czerwca, jest niemądra. Z opublikowanych dokumentów wynika, że już wtedy przysięgano, że upamiętnienie żołnierzy Armii Czerwonej, co by nie myśleć o tamtym czasie, powinno być na zawsze, i że ludzie będą pamiętać o tym, że żołnierze przelewali krew, aby uratować Polskę od niechybnego zniszczenia przez III Rzeszę. Taki przecież był jej cel.

Jaka zdaniem Pana może być reakcja IPN, który stara się oczerniać działania Armii Czerwonej?

— W Instytucie Pamięci Narodowej są różni historycy. Są racjonalni, ale niestety są również nieodpowiedzialni. Myślę, że na pewno IPN musi na to zwrócić uwagę i do tego się odnieść, ponieważ cały czas widzą tylko złe strony. A nie widzą tych, które były przeważające dla milionów ówczesnych obywateli Polski, których uratowano od niechybnej śmierci w obozach koncentracyjnych, przed wywózkami, rozstrzelaniem itd. Wiadomo z tych dokumentów, że sytuacja polskiego społeczeństwa była straszna. Wszędzie znajdowano groby obywateli polskich pomordowanych przez III Rzeszę.

Jaka jest Pana wizja relacji polsko-rosyjskich? Czy opublikowanie tych dokumentów może wpłynąć pozytywnie na proces normalizacji stosunków między naszymi narodami i krajami?

— Bardzo bym tego chciał. Trudno jest mi powiedzieć, co znajduje się w głowach ekipy obecnie rządzącej partii. Na pewno powinno to wpłynąć na zdrowy rozsądek i nawiązanie tej współpracy. Ja niestety nie mogę odpowiadać za polityków rządzących w Polsce, bo żadnego z nich nie znam osobiście.  [Niewielka strata, panie Poręba – admin]

https://pl.sputniknews.com

26 lat temu nagle umiera Michał Falzmann. Kilka miesięcy wcześniej odkrył aferę FOZZ

Michał Falzmann był 38-letnim inspektorem NIK. W 1991 roku jako pierwszy odkrył i oficjalnie opisał mafijny mechanizm działania Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ), dzięki któremu setki postkomunistów kosztem polskiego państwa dorobiło się gigantycznych majątków.

Falzmann, znając mechanizm przekrętu, w dniu 16 lipca 1991 r. zażądał od NBP ujawnienie informacji (objętych tajemnicą bankową) o obrotach pieniężnych na rachunkach FOZZ. Niemal natychmiast został odsunięty od postępowania, a 2 dni później nagle zmarł. To był początek serii.

Czym był Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, w skrócie FOZZ? Został powołany jako jednostka budżetowa w 1989 roku. Formalnie miał się zajmować „cichym” wykupem polskiego długu po atrakcyjnych cenach za pośrednictwem podstawionych spółek. Należy pamiętać, że pod koniec lat 80-tych i na początku lat 90-tych polski dług był jak rozgrzany kartofel. Nikt nie chciał być wierzycielem Polski, bowiem uchodziliśmy za kraj niewypłacalny i gospodarczo niewydolny. Doszło nawet do sytuacji, gdy 1 dolara polskiego długu można było odkupić na rynku papierów skarbowych po cenie zaledwie 22 centów!

Ówcześni twardogłowi z ministerstwa finansów wpadli na pomysł założenia funduszu, który w tej sytuacji posiadałby potężny kapitał i za bezcen miał skupować polskie długi. W takich okolicznościach Polska umarzałaby sama sobie sporą część zadłużenia, skupując je za pośrednictwem podstawionych spółek po cenach niższych niż nominalne. Działanie formalnie nielegalne (zakazane przez prawo międzynarodowe), jednak w realiach rodzącej się (i potężnie zadłużonej po PRL) III RP, mające uzasadnienie.

Co się jednak okazało? FOZZ, zamiast skupować polskie długi, transferował gigantyczne środki do prywatnych spółek zakładanych za granicą przez postkomunistów, byłych wojskowych oraz oficerów bezpieki PRL.

Później ustalono, iż w latach 1989-1990 FOZZ otrzymał na swoje zadania 9,9 bln starych złotych (ok. 1,7 mld dolarów), za które mógł wykupić długi o wartości 7,6 mld dolarów (przy rynkowej cenie polskiego zadłużenia wynoszącej 22 centy za 1 dolar wartości nominalnej długu).

W rzeczywistości FOZZ na cele statutowe (obsługę/wykup zadłużenia) wydał jedynie 69 mln dolarów nabywając dług o nominalnej wartości 272 mln dolarów. Pozostałe 1,63 mld dolarów rozpłynęło się pomiędzy postkomunistów i złodziei.

Na trop afery FOZZ wpadł w 1990 roku Michał Falzmann, który będąc wówczas pracownikiem urzędu skarbowego, przeprowadzał kontrolę w spółce Universal.

W 1991 roku został inspektorem Najwyższej Izby Kontroli (NIK), gdzie kontynuował dochodzenie w sprawie nielegalnych przepływów FOZZ. W dniu 14 czerwca 1991 r. w biurze ówczesnego premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego odbyła się narada informująca o ustaleniach Michała Falzmanna. Brał w niej udział również Leszek Balcerowicz oraz szef NIK Walerian Pańko.

Miesiąc później, 15 lipca 1991 r., Falzmann widząc bezsilność władz wobec procederu gigantycznego złodziejstwa za pomocą FOZZ, skierował – jako kontroler NIK – do dyrektora Oddziału Okręgowego NBP w Warszawie pismo, w którym wnosił o udostępnienie informacji, objętych tajemnicą bankową, o obrotach i stanach środków pieniężnych (gotówkowych i bezgotówkowych) FOZZ. Jeszcze tego samego dnia Falzmann został odsunięty przez swoich przełożonych od wszelkich czynności kontrolnych prowadzonych w sprawie FOZZ. Dwa dni później – 18 lipca 1991 r. – umarł nagle na zawał serca.

W kilka miesięcy po śmierci Falzmanna — w przeddzień zapowiedzianego ogłoszenia wyników raportu w sprawie afery FOZZ — zginął w wypadku samochodowym przełożony Falzmanna, prezes NIK – Walerian Pańko. Wraz z nim zginął także Janusz Zaporowski, ówczesny dyrektor Biura Informacyjnego Kancelarii Sejmu. Wypadek przeżył kierowca służbowej Lancii, w której podróżował Pańko. W ciągu dwóch lat od wypadku w tajemniczych okolicznościach zmarli zarówno kierowca Lanci, biegły który na zlecenie prokuratury wykonał ekspertyzę wypadku, jak i dwaj policjanci, którzy jako pierwsi przybyli na miejsce wypadku. Policjanci „utopili się” będąc wspólnie na rybach w wodzie o głębokości 70 cm…

http://niewygodne.info.pl

Piekielny plan zastraszania Bałkanów przez NATO

Grupy wojskowe są przygotowane do rozmieszczenia w Czarnogórze.

Wejście Czarnogóry do NATO pojawiło się w planach geopolitycznych jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia. Celem końcowym tego procesu jest kontrola nad zasobami naturalnymi, przemysłowymi i ludzkimi. 

Sojusz dąży do tego celu, nie przebierając w środkach — powiedział w wywiadzie dla Sputnika profesor geopolityki Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco Filip Kovacevic.

Dlaczego proces wejścia państwa do północnoatlantyckiego bloku wojskowego odbywał się w warunkach braku konsensusu w takiej ważnej kwestii?

Ekspansja NATO niweczy wszystkie rozmowy o demokracji. Na czele Czarnogóry już od dłuższego czasu stoi rząd marionetkowy — swego rodzaju teatr lalek, czyli nieprawomocna zgraja, która prywatyzowała wszystkie decyzje polityczne i nie ma znaczenia, czy dotyczą polityki zagranicznej czy wewnętrznej.

Ten rząd nie realizuje woli swoich obywateli i to widać na każdym kroku, tak jak z decyzją w sprawie wejścia do NATO. Jest jasne, że na referendum naród odrzuciłby takie rozwiązanie. To właśnie dlatego referendum nie zostało zorganizowane.

Jak Pan uważa, jakie będą skutki wejścia do sojuszu dla samej Czarnogóry i regionu w ogólnym zarysie?

Wiedząc o poważnym oporze obywateli, można powiedzieć: istnieje prawdopodobieństwo, że czarnogórski rząd i ich „zagraniczni patroni” planują dalsze zaostrzenie sytuacji politycznej w kraju i w jednej chwili mogą wezwać NATO do, jak mówią, „obrony pokoju i stabilności w kraju”. Ten scenariusz może doprowadzić do rozmieszczenia licznego kontyngentu wojskowego bloku atlantyckiego w Czarnogórze, co niewątpliwie jest jedną z potrzeb NATO w zakresie umocnienia swojej obecności wojskowej na Bałkanach.

Jednocześnie zostaną rozwiane wszystkie nadzieje na wyjście Czarnogóry z kryzysu gospodarczego, ponieważ zostanie całkowicie zniszczona branża turystyczna. Na tym właśnie polega istota strategii ośrodków atlantyckich dotycząca peryferyjnych regionów imperium NATO — ciągła niestabilność i lęk — ponieważ tylko tak można kontrolować całą ludność.

Czy Pana zdaniem Czarnogóra jest obecnie wolniejszym i bardziej suwerennym państwem niż przed wejściem do NATO?

Opinia Czarnogóry w NATO nikogo nie interesuje. Formalne członkostwo nie oznacza, że Czarnogóra będzie miała jakiś wpływ na decyzje sojuszu. Tymczasem jej terytorium zostanie wykorzystane do przyszłych operacji wojskowych sojuszu na Bałkanach a także na terytorium Europy Wschodniej i Eurazji. Z tego właśnie powodu Czarnogóra została tak błyskawicznie wepchnięta do NATO, wcale nie po to, by na spotkaniach sojuszu jej mierni dyplomaci swobodnie wyrażali swoją opinię.

Jednocześnie jest jasne, że czarnogórski rząd najbardziej ulega ośrodkom siły NATO. Dlatego nie należy spodziewać się po nim ochrony interesów obywateli. I nie dziwi mnie, że prezydent USA Trump odepchnął przed kamerami premiera Czarnogóry Duško Markovića.

Ilu Pana zdaniem prawdziwych sojuszników, z którymi można trzymać się razem, ma Czarnogóra? Na ile mogą być skuteczni w przypadku wspólnej kampanii przeciwko państwu trzeciemu?

NATO ma wiele wewnętrznych problemów. Dlatego przez kilka ostatnich lat w euroatlantyckich mediach Europy i USA zostało sfabrykowane tak zwane rosyjskie zagrożenie. Pomysł strategów NATO polega na tym, aby różne kraje mające różne spory terytorialne i etniczne trzymały się razem przeciwko tak zwanemu rosyjskiemu czynnikowi.

Także trzeba mieć na uwadze, że poszczególne państwa NATO nie uznały niepodległości Kosowa, istnieją różnice w innych sferach. Oznacza to, że NATO jest dalekie od jedności i dążeń instytucjonalnych, które są błędnie przekazywane społeczeństwu przez zaangażowane media.

Sojusz Północnoatlantycki wywyższa się i jest niebezpieczny, ale jest słabszy niż się wydaje. Jego „skuteczność” dobrze pokazuje jego 15-letnia działalność w Afganistanie, gdzie niestety miliony euro zostawiła także Czarnogóra.

https://pl.sputniknews.com

Hipermarkety coraz mniej popularne

Rozwój sieci hipermarketów w Polsce znacząco wyhamował, ponieważ nie są one już tak atrakcyjne dla Polaków jak w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku.

Stąd polscy konsumenci coraz częściej sięgają po produkty z oferujących podobne ceny, ale mniejszych sklepów blisko miejsca zamieszkania, których w ubiegłym roku w całym kraju przybyło blisko tysiąc.

Jak zauważa portal Forsal.pl, odwrót wielkopowierzchniowych sklepów jest widoczny chociażby po działaniach sieci Tesco. Brytyjska firma na początku czerwca poinformowała o likwidacji dziewięciu swoich placówek, natomiast teraz wspomina też o redukcji powierzchni zajmowanych obiektów.

Miejsce powstałe po zmniejszaniu sklepów zajmują najczęściej przedstawiciele branży odzieżowej. Poza Tesco liczbę marketów redukują również Biedronka oraz Carrefour, które w ubiegłym roku zlikwidowały odpowiednio 28 i 6 placówek.

Problemy Tesco oraz Auchana, po tym jak sieć przejęła Real, biorą się z faktu, iż oba koncerny skupiały się dotąd na rozwoju wielkopowierzchniowych obiektów wolno stojących, a to właśnie one według badań firmy analitycznej PMR przeżywają największe kłopoty.

W ubiegłym roku liczba super- i hipermarketów spadła do 4905 z blisko 4960 w roku 2015, na co wpływ miały w dużej mierze bankructwa sieci Alma oraz MarcPol. Ogółem w ubiegłym roku otwarto cztery nowe wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, choć wcześniej ich liczba rosła pięciokrotnie szybciej.

Duże markety stały się po prostu za mało atrakcyjne dla polskich konsumentów, których przyciągały przede wszystkim w ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia, kiedy po latach komunizmu Polacy byli spragnieni nowych towarów.

Obecnie jednak duże sieci w coraz mniejszym stopniu konkurują cenowo z małymi osiedlowymi sklepami, dlatego to właśnie one przeżywają ponowny rozkwit. Szacuje się, że w ubiegłym roku przybyło ich blisko tysiąc, a już parę lat temu wspomniana sieć Carrefour zaczęła otwierać małe franczyzowe obiekty.

Właściciele wielkopowierzchniowych sklepów, aby zachować liczbę klientów nie mogą sobie pozwolić na podwyżki cen, dlatego branżę najprawdopodobniej czeka dalsza konsolidacja. Forsal.pl wskazuje, że najprawdopodobniej kilka podmiotów będzie dążyło do kontrolowania kilku modeli handlowych występujących pod różnymi markami.

Na podstawie: forsal.pl.
http://autonom.pl

Dobra zmiana w hymnie państwowym

Zastąpienie Bonapartego Sobieskim to półśrodek – nie lepiej pomyśleć o wymianie mazurka na poważny hymn?

„Mazurek Dąbrowskiego” wpadł w historię Polski jak Piłat w Credo. Od bez mała stulecia jest polskim hymnem państwowym, choć niewiele ma wspólnego z duchem naszych tysiącletnich dziejów.

„Mazurek Dąbrowskiego” to bowiem pieśń wyraźnie rewolucyjna. Trudno nie dopatrzeć się w niej inspiracji o kilka lat starszą „Marsylianką”. Podobnie trudno się zgodzić na obecność w nim kondotierów światowej rewolucji: Jana Henryka Dąbrowskiego – pustoszyciela posiadłości papieskich, oraz Kościuszki – grabarza Rzeczypospolitej na zlecenie francuskich jakobinów.

Przede wszystkim zaś samego tejże rewolucji pierwowo zakapiora: Napoleona Bonapartego, który zaprzągł Polaków do rewolucyjnego rydwanu, zmuszając ich do przelewania katolickiej krwi – w dodatku narodów, z którymi nigdy nie dzieliła nas żadna waśń: Włochów i Hiszpanów.

Dał nam przykład Bonaparte? Czego? Jak ujarzmiać kraje wedle swej niepohamowanej ambicji i bezczelności? Jak instalować w nim prawo zrodzone z rewolucyjnej pychy? A ostatecznie: jak z kretesem przegrać. Czyż więc może dziwić, że Polacy powołujący się od dziewięciu dekad słowami hymnu narodowego na jego przykład ponoszą klęskę za klęską?

Dlatego postulat usunięcia nazwiska niesławnej pamięci Napoleona z naszego hymnu państwowego brzmi nader sensownie. Mały Korsykanin nie jest naszym bohaterem narodowym, ani postacią dla narodu polskiego zasłużoną. W najmniejszym stopniu nie zasługuje na nieprzerwaną od ponad dwóch stuleci sympatię Polaków, która wynika jedynie z naszego własnego zaślepienia spowodowanego monumentalnym dziejowym pechem.

Oto trzech największych wrogów rewolucji francuskiej było jednocześnie mordercami Rzeczypospolitej, wskutek czego, wedle odwrotności starej indiańskiej zasady: „przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi”, jedynym sprzymierzeńcem Polaków jawiła się międzynarodówka masońsko-rewolucyjna.

Precz z Napoleonem!

Bonapartego zatem należy bezsprzecznie z naszego hymnu wyrugować – czy jednak ma go zastąpić akurat Sobieski? Nie znajdzie się aby żaden większy bohater narodowy? Nie, w tym konkretnym kontekście Jan III wydaje się najlepszym kandydatem. Królem był co prawda takim sobie, ale miejsce przeznaczone dlań w tekście hymnu wyraźnie wskazuje na osobę, która dała nam przykład, jak zwyciężać mamy. A nie znajdzie się w naszych długich dziejach, pełnych spektakularnych zwycięstw, wiktoria świetniejsza od wiedeńskiej.

Podobnie jak nie znajdzie się w gronie wcale licznych w naszym narodzie militarnych triumfatorów zwycięzca, który z równą Sobieskiemu chrześcijańską pokorą postrzegałby triumf tej miary. „Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył” – toż to postawa godna największych biblijnych bohaterów, którzy ruszali do boju przekonani, że skoro bronią słusznej sprawy, Pan będzie walczył za nich.

Oto przykład, jak zwyciężać mamy: nie tylko dla samych siebie, nie tylko dla własnej ojczyzny, ale dla Boga, Kościoła i cywilizacji chrześcijańskiej. Oto prawdziwy wzór cnoty wojskowej. Taki właśnie człowiek zdecydowanie powinien wymienić Bonapartego.

Trzeba będzie oczywiście znaleźć rym do Sobieskiego – zamiast: „przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę”. Ale to tylko wyjdzie na dobre aktualności tekstu. Przejść Wisłę i Wartę musiały legiony Dąbrowskiego w marszu z „ziemi włoskiej do Polski” – dzisiejsi Polacy nie mają takiej potrzeby. Wydaje się zatem, iż zmiana ta nie powinna nastręczyć trudności – czyż brak w naszym narodzie zręcznych poetów? Sam z miejsca służę propozycją:

Ród piastowski nasz, królewski – stądśmy Polakami.
Dał nam przykład Jan Sobieski, jak zwyciężać mamy.

Wątpliwości, wątpliwości, wątpliwości…

Powyższa sprawa skłania jednak do zastanowienia: po co nam również pozostałe elementy rewolucyjnej legendy? Po co nam w hymnie wspomnienie o żołnierzach mających przybyć z ziemi włoskiej (na którą wcześniej z rozkazu Napoleona brutalnie napadli, by zanieść tam pożogę i śmierć)? Kosmetyczne zmiany w poszczególnych miejscach tekstu będą jak przyszywanie nowych łat do starych ubrań, co – jak wiemy – na nic się nie zda, bo „nowa łata obrywa jeszcze część ze starego ubrania i robi się gorsze przedarcie” (Mk 2, 21)

Nieuchronnie zatem nasuwa się pytanie o sens korekty istniejącego hymnu – zbyt wiele w nim wszak miejsc budzących wątpliwości. Nie wspominając nawet, iż tego typu działanie stanowi gwałt na znanym, uznanym i cieszącym się długą historią dziele, czyli zbrodnię na literaturze. Czy nie lepszym rozwiązaniem byłaby całkowita zmiana hymnu narodowego: bądź to poprzez zastąpienie go inną znaną pieśnią patriotyczną, bądź przez napisanie zupełnie nowego utworu.

To z kolei nie takie proste. „Mazurek Dąbrowskiego”, który funkcję hymnu Rzeczypospolitej pełni od roku 1927 (rzecz nie mniej znamienna, że do godności pieśni nad pieśniami wyniosła go dopiero ekipa sanacyjnych rewolucjonistów po przewrocie majowym…), mocno zapisał się w naszej najnowszej historii i uświęcił krwią licznych bohaterów drugiej wojny światowej, którzy ginęli z jego słowami na ustach.

Nie trzeba daleko szukać – czyż Żołnierze Wyklęci nie stanowią doskonałego wręcz ucieleśnienia słów: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”? Tyle było Polski po roku 1944, ile oni byli w stanie swą ochroną objąć. Póty trwała, póki oni trwali z bronią w ręku (zwłaszcza na ziemiach wschodnich włączonych do Sowietów). Czy zmiana hymnu nie uderzy w ich pamięć? Ale z drugiej strony jednak, czy przelana krew powinna uświęcać błędy?

Jakiego hymnu nam trzeba?

Czemu powinien służyć hymn narodowy? Rozbudzaniu uczuć patriotycznych, czyli miłości do ojczyzny i dumy z przynależności do narodu. Powinien zatem w poetyckiej formie dostarczać niezafałszowanej wykładni ojczystej historii i formułować dziejową misję narodu. I to w sposób uroczysty i podniosły – aby dobitnie pokazać, że chodzi o sprawy najwyższej wagi.

Dlatego nie powinien zawierać treści nie licujących z powagą jego funkcji – na przykład scen, w których zapłakani ojcowie informują swe zapłakane córki o zbliżającym się waleniu w bęben.
Nieporównanie lepiej pod tym względem wypadają kontrkandydaci „Mazurka Dąbrowskiego” do roli hymnu państwowego, mianowicie: „Boże, coś Polskę…” i „Rota”, i to nie tylko od strony tekstowej, ale i muzycznej.

Jednakowoż oba te utwory także nie spełniają wymagań stawianych hymnowi – jako pieśni okolicznościowe i w dodatku nader jednostronnie pozycjonujące wrogów i przyjaciół. Antyniemiecka „Rota” powstała wszak jako odpowiedź na nasilenie akcji germanizacyjnej w zaborze pruskim, z kolei prorosyjskie „Boże, coś Polskę…” miało stanowić wyraz hołdowniczej postawy wobec cara Aleksandra I jako króla polskiego.

Hymn państwowy nie powinien wyrastać z konkretnych wydarzeń historyczno-społecznych, tylko obejmować całą perspektywę dziejową narodu – od korzeni aż po spodziewane owoce.

Czy więc nie lepiej byłoby napisać nowy hymn dla Polski. Owszem, warto – ale dla nowej Polski. Zmiana symboli narodowych przy zachowaniu istniejącego ustroju oraz formy życia społecznego będzie bowiem działaniem – jako się rzekło – wyłącznie kosmetycznym, jak posypywanie pryszczy pudrem albo zdobienie starej chałupy stiukiem.

Już to zresztą znamy – orzeł odzyskał koronę, a Czeciaerpe pozostała Peerelembis. Zanim się zacznie poprawiać symbole, należy naprawić sam gmach. Najpierw zmieńmy Polskę – niech będzie potężna, bogata, zbrojna, praworządna, sprawiedliwa, katolicka, wolnorynkowa, licząca się w świecie – potem dopiero wyraźmy to wszystko wierszem, który z niekłamaną dumą będziemy odśpiewywać przy stosownych okazjach. Nie wlewajmy młodego wina do starych bukłaków. „W przeciwnym razie wino rozerwie bukłaki – i wino przepadnie, i bukłaki. Młode wino należy wlewać do nowych bukłaków” (Mk 2, 22).

A może po prostu – do korzeni?

Z drugiej jednak strony, czyż to nie pieśń najlepiej zachęca do pracy? Pieśń też jest najwspanialszą modlitwą. „Kto śpiewa, ten się dwa razy modli” – uczy święty Augustyn. Potrzeba nam pieśni, która już dziś wzbudziłaby w coraz bardziej apatycznych Polakach zapał potrzebny do budowy opisanej powyżej Rzeczypospolitej – nie jedynie słowem i melodią, ale zawartą w niej inwokacją wzywającą nadprzyrodzonego wsparcia.

Jest taka pieśń – mamy ją od dawna. Sprawdziła się w boju – w bitwie o być albo nie być młodego państwa piastowsko-jagiellońskiego. Z nią właśnie na ustach dziadkowie grunwaldzkich zwycięzców przystępowali do odbudowy polskiej państwowości, ona towarzyszyła ich wnukom w kładzeniu fundamentów pod przyszłe Imperium Obojga Narodów.

„Bogurodzica” zawiera w sobie wszystkie postulowane powyżej elementy – jest poważna, wzniosła, nieco tajemnicza, wręcz mistyczna, do tego jej megaarchaiczny język podkreśla odwieczne trwanie polskiej państwowości – wydaje się zatem być hymnem idealnym. Mało tego, już pełniła taką funkcję, i to z wyśmienitym skutkiem. Może więc to byłby najlepszy wybór? Cóż wszak mądrzejszego mogą uczynić Polacy niż od najgłębszych fundamentów aż po zwieńczenie dachu swego życia społeczno-politycznego odwoływać się do majestatu Królowej Polski, a za jej przyczyną – do samego Króla Wszechświata?

I nie troskałbym się o to, czy wypada grać tak wzniosłą pieśń na stadionach. Świętość bowiem, wkraczając do najbardziej nawet światowych zakątków życia ludzkiego, nie jest w stanie się od nich zabrudzić, przeciwnie za to – może doprowadzić do ich nawrócenia. Pan nasz Jezus Chrystus jadał z celnikami i nierządnicami, i wcale go to nie zbrukało, za to niejeden z nich się nawrócił, a jeden nawet został Apostołem.

Podobnie „Bogurodzicy” nie splami wykonanie na stadionie czy podczas politycznej manifestacji, za to w ich uczestników może wlać od wieków nieobecnego w naszym życiu publicznym ducha.

Jerzy Wolak
http://www.pch24.pl

Naszym zdaniem ewentualny nowy hymn Polski powinien zawierać deklarację wierności Stanom Zjednoczonym, nawiązywać do przyjaźni polsko-ukraińskiej oraz mieć odniesienia do Zamachu Smoleńskiego, Putina i jego nagana.
Tak… to marny dowcip, kiepski humor.
Jak nasza rzeczywistość.
Admin

Łupu cupu i po sądach

Grzegorz Schetyna uparł się żeby Platformę Obywatelską – doprowadzić do politycznej przepaści. W piątek, kiedy wyszło na jaw, że grupa posłów PiS złożyła projekt ustawy o Sądzie Najwyższym zapowiedział, że będzie organizować kolejny „pucz”.

Jak pamiętamy poprzedni „pucz” czyli okupacja sali sejmowej, śpiewanie piosenek, wygłupy z przeglądaniem papierów posłów PiS – zorganizowała Platforma wspólnie z Nowoczesną. Na zdrowie obu tym partiom jednak cała ta akcja nie wyszła, choćby dlatego, że lider Nowoczesnej w czasie kiedy jego „żołnierze” okupowali Sejm, zabrał jedną koleżankę na Maderę. I koleżanka wyglądała na całkiem zadowoloną, ale już wyborcy i inne koleżanki z partii – nie bardzo.

Teraz – po zapowiedzi PiS – wymiany sędziów z Sądu Najwyższego – lider PO wzywa do powtórzenia akcji i już nie ukrywa, że chodzi o pucz.

Użycie tego określenia przez wszystkich zostało uznane za mało poważne i teraz zamiast rozmawiać o istocie pisowskich propozycji dotyczących Sądu Najwyższego wszyscy komentatorzy debatują na temat: „pucz czy nie pucz?”

I tak oto poważna kwestia – jak ma wyglądać polskie sądownictwo? – tonie w gorącej dyskusji na tematy całkowicie nie mające nic wspólnego z jakimkolwiek ważnym zagadnieniem politycznym, a już z sądami w szczególności.

A sprawa rzeczywiście jest poważna. Oto PiS wprowadza kolejną ustawę, która przez dziennikarzy mediów publicznych określana jest jako „reforma sądownictwa”. Tymczasem opozycja czyli PO, N. i PSL zamiast wyjaśnić Polakom na czym powinna reforma polegać i czy w ogóle jest potrzebna – robią sobie żarty potykając się w dodatku o własne niefortunne wypowiedzi.

Jest jasne, że stan polskiego wymiaru sprawiedliwości jest fatalny i wymaga zmian. Tylko czy jakichkolwiek zmian? Jeśli poprzednio sędziowie na skutek ich proweniencji, sympatii środowiskowych raczej sympatyzowali z PO, to czy ich wymiana na takich co to będą słuchali się PiS-u – to będzie reforma, na którą Polacy czekali?

Otóż nie! Polakom nie są potrzebne sądy platformerskie tak samo jak nie są potrzebne sądy pisowskie. Nam są potrzebne sądy uczciwe. A jakie to są sądy uczciwe? Ano takie, w których sędzia to ukoronowanie kariery prawniczej, w której sędziów wybierają pośrednio lub bezpośrednio – obywatele, tak by nie tylko wiedza prawnicza się liczyła, ale także walory etyczne kandydata. Żeby – mówiąc krótko – nie został sędzią ktoś kto lubi kraść w sklepach wiertarki, kiełbasę czy co tam się pod rękę immunitetowi nie nawinie.

Sądy uczciwe to sądy, w których o winie orzekają ławy przysięgłych – tak by zminimalizować możliwość skorumpowania pojedynczego sędziego. I tak dalej i tak dalej. Można opis uczciwego sądu ciągnąć dalej bo przecież na świecie są kraje gdzie wymiar sprawiedliwości dobrze funkcjonuje i wystarczyłoby po prostu skopiować dobre wzory.

Czy tak się dzieje? Otóż nie. W tzw. „reformie wymiaru sprawiedliwości” , którą forsuje partia rządząca wyraźnie chodzi o przejęcie kontroli politycznej nad sądami, a nie o oddanie sądów obywatelom. Sam sposób procedowania wszystkich ustaw dotyczących wymiaru sprawiedliwości – pośpieszny, nocny tryb, wnoszenie projektów poselskich ustaw, nie wymagających konsultacji międzyresortowych – wszystko to jest absolutnie dalekie od sposobu w jaki należałoby o reformie polskiego sądownictwa rozmawiać.

Należałoby bowiem poprzedzić zmiany szeroka, publiczną dyskusją, zaproszeniem do debaty różnych środowisk w tym samych sędziów, organizacje społeczne, a także obywateli, którzy chcieliby w takiej debacie wziąć udział. Taka szeroka obywatelska debata byłaby świadectwem czystych intencji PiS i odwrotnie – sposób w jaki rządząca partia przeprowadza zmiany w sądownictwie, niestety świadczy o pewnej niedojrzałości jej kierownictwa.

Ta niedojrzałość koresponduje z zupełnym infantylizmem opozycji co w rezultacie daje obraz ślepego naparzania się dwu stron zgodnie z przesłaniem narodowej pieśni: „łupu cupu, łupu cupu. Niech po polsku żyje!”

Chyba trzeba się napić!

Janusz Sanocki

http://prawica.net

Szef DRL proponuje utworzenie nowego państwa – Małorosji

Szef proklamowanej w trybie jednostronnym Donieckiej Republiki Ludowej Aleksander Zacharczenko wyszedł z propozycją utworzenia tymczasowego państwa Małorosji.

„Sytuacja zabrnęła w ślepy zaułek. Proponujemy plan reintegracji państwa… Omówiliśmy sytuację i doszliśmy do wniosku, że Ukraina dała się poznać jako upadłe państwo.
Władze w Kijowie nie są w stanie wstrzymać wojny cywilnej… Proponujemy ustanowić państwo o nazwie Małorosja. Małorosja — niepodległe młode państwo. Na okres do 3 lat” — powiedział dziennikarzom Zacharczenko.

Jego zdaniem ustanowienie nowego niepodległego państwa pomoże zatrzymać konflikt w Donbasie. „Powinni nas wesprzeć mieszkańcy regionów. Takie rozwiązanie jest możliwe pod warunkiem uzyskania poparcia wspólnoty międzynarodowej” — dodał szef DRL.

[Warunek nierealny. Doskonale wiemy, co sądzić o „wspólnocie międzynarodowej” i kto nią rządzi. – admin]

Jak oświadczył minister podatków DRL Aleksander Timofiejew, Małorosja ma być państwem federalnym z szeroką autonomią i stolicą w Doniecku. Do kompetencji władz centralnych będą należeć w dalszym ciągu kwestie związane z budżetem, wojskiem i służbami specjalnymi.

„Proponujemy wybrać na szczeblu regionalnym przedstawicieli do Zgromadzenia Konstytucyjnego, ustanowić na nim państwo Małorosję i przyjąć nową konstytucję” — oświadczył Timofiejew. Konstytucja ma być następnie wyniesiona na ogólnonarodowe referendum. „Poprzedzać je będzie dyskusja społeczna na szczeblu regionalnym i federalnym” — dodał minister.

Za uchwaleniem Konstytucji Małorosji zagłosowali jednomyślnie wszyscy zebrani w sali przedstawiciele DRL i innych regionów Rosji.

Na demonstracjach na początku kwietnia 2014 roku mieszkańcy obwodów donieckiego i ługańskiego, którzy nie uznali legitymacji prawnej rządu wyłonionego na skutek przewrotu lutowego, ogłosili utworzenie „republik ludowych”.

Po przeprowadzonych w maju referendach republiki ogłosiły suwerenność, powołały własne organy władzy, a w listopadzie w DRL i ŁRL odbyły się wybory szefów republik i deputowanych do parlamentów.

Kijów nie uznaje DRL i ŁRL, uważa republiki za terytoria okupowane, a siły powstańców za terrorystów.

https://pl.sputniknews.com