Czeczeńscy „uchodźcy” z ośrodka w Lininie zastraszają mieszkańców

Ośrodek ten staje się ostatnio enklawą patologii oraz bezprawia spowodowanego poczuciem ze strony bezkarności wynikającym z pobłażania ze strony policji i władzy odpowiedzialnej za ośrodek w Lininie. Nasza komenda (policji – red.) jest mała i właściwa interwencja w ośrodku nie jest możliwa z prostej przyczyny – policjanci obawiają się o własne bezpieczeństwo.

http://milanos.pl

*                        *                         *

W Górze Kalwarii mają dość awantur uchodźców. Żądają likwidacji ośrodka lub zakwaterowania chrześcijan.

W ośrodku dla uchodźców w Lininie nie jest dobrze. Ośrodek położony w gminie Góra Kalwaria (woj. mazowieckie), na terenie byłej jednostki wojskowej jest według samorządowców enklawą bezprawia. Przebywają w nim uchodźcy, z których większość stanowią muzułmańscy Czeczeni.

Ostatnio znowu doszło tam do karygodnego czynu. Jak podaje „Kurier Południowy”, Czeczen „naruszył nietykalność” nauczyciela. Jak podała nam komenda policji w Górze Kalwarii, nauczyciel był Polakiem

Dwa lokalne stowarzyszenia wystąpiły do ministra Błaszczaka pisząc, że on jest ostatnią nadzieją, ponieważ władze gminy nie dają sobie rady z tym problemem. Podobnie myśli burmistrz Zieliński, który również chce spotkać się z ministrem.

Najbardziej radykalny jest samorząd Góry Kalwarii, który zażądał likwidacji ośrodka albo sprowadzenia tam wyłącznie uchodźcow-chrześcijan.

[Radykalny… ku&wa ich mać… żądanie przywrócenia spokoju to „radykalizm”  – admin]

Źródło: Kurier Południowy
http://wolnosc24.pl/

Donald Trump może nakazać bombardowania Damaszku

Od pewnego czasu syryjska armia osiąga wyraźne postępy na wielu frontach – odbiera ISIS terytoria w muhafazie Rakka, powoli lecz konsekwentnie zmierza w kierunku oblężonego miasta Dajr az-Zaur, a w południowo-wschodniej części kraju dotarła do irackiej granicy i wkrótce powinna zbliżyć się do przejścia granicznego przy mieście Al-Qaim.


Sukcesy odnotowuje również wokół stolicy Damaszku. Operacja zbrojna przebiega wyjątkowo pomyślnie i zastanawialiśmy się kiedy może nastąpić kolejna prowokacja z udziałem broni chemicznej, którą rzekomo posiadają i stosują wojska rządowe.

W trakcie 6-letniej wojny w Syrii, wojska Assada były regularnie oskarżane o zabijanie ludności cywilnej i „umiarkowanej opozycji” z pomocą gazów bojowych. W 2013 roku, gdy Stany Zjednoczone zagroziły inwazją na Damaszek, Syria zgodziła się oddać cały arsenał broni chemicznej, lecz mimo to dochodziło do kolejnych przypadków jej użycia. Akurat nikt nie ma wątpliwości co do wykorzystania trujących substancji chemicznych na polu walki, lecz państwa zachodnie, z oczywistych powodów, wierzą w każde doniesienia i „dowody”, które są w rękach islamskich bojówek.

Kwestia broni chemicznej jest nieco skomplikowana. Armia rządowa faktycznie posiadała tę broń w swoim arsenale, lecz zgodziła się ją oddać. Z kolei liczne islamskie organizacje paramilitarne, wspierane przez bogate kraje arabskie, do dziś są w posiadaniu gazów bojowych.

Jedna z nich, Jaish al-Islam, posiada na swoim wyposażeniu trujące substancje chemiczne, których użyła podczas ataku na pozycje Kurdów w 2016 roku – zginęły 23 osoby a ponad 100 zostało rannych. Bojownicy Jaish al-Islam dokonali w przeszłości masakry cywilów, zamykali ludzi w klatkach na dachach budynków, aby „uchronić się” przed bombardowaniami, natomiast pod koniec kwietnia strzelali do ludzi demonstrujących na ulicach przeciwko wewnętrznym walkom między islamistami, lecz mimo to uznawani są za „umiarkowanych”.

Całkiem niedawno któraś ze stron konfliktu użyła broni chemicznej w muhafazie Idlib. Zginęło wtedy ponad 70 osób. Gdy tylko „umiarkowana opozycja” powiedziała, że „reżim znowu dokonał zbrodni na cywilach”, Stany Zjednoczone nie zawahały się zbombardować bazy lotniczej, skąd rzekomo przeprowadzony został atak z udziałem zakazanej broni. Nie przeprowadzono nawet śledztwa – Trump postanowił kontynuować politykę Obamy i na słowo uwierzył islamistom, którym tego typu wsparcie okazało się bardzo przydatne.

Jak zatem widać, wystarczą same oskarżenia, aby USA tak po prostu odpaliły rakiety na siły zbrojne obcego państwa. Jeśli tak ma wyglądać polityka Stanów Zjednoczonych to należy przygotować się na kolejny atak.

We wschodniej części Damaszku trwają walki między wojskami rządowymi a „opozycją” – konkretnie chodzi o islamskie ugrupowanie zbrojne Faylaq Al-Rahman. Według przedstawionego wczoraj komunikatu, „reżim” nie zdołał wkroczyć do dzielnicy Jobar i postanowił użyć bomb zawierających chlor. Tradycyjnie w takich sytuacjach nie przedstawiono żadnych dowodów.

W chwili obecnej w mediach panuje cisza. Jaką tym razem decyzję może podjąć Donald Trump? Atak rakietowy na Damaszek może nieść ze sobą bardzo negatywne w skutkach konsekwencje, lecz biorąc pod uwagę ostatnie agresywne zachowania USA na terenie Syrii należy stwierdzić, że wszystko jest możliwe.

http://zmianynaziemi.pl

USA szykują „cyfrową bombę” dla Rosji

Były prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama w 2016 roku zatwierdził rozmieszczenie broni cybernetycznej w systemach rosyjskiej infrastruktury – informuje „Washington Post”.

Podczas własnego śledztwa dziennikarze wyjaśnili, że ta broń to „cyfrowy odpowiednik bomby” i może zostać uruchomiona w razie krytycznego zaostrzenia stosunków z Rosją.

Jej uruchomienie powinien zatwierdzić osobiście urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych.
Jak opowiedział gazecie jeden z byłych amerykańskich urzędników, opracowana broń może zniszczyć strategicznie ważne rosyjskie sieci. Technologia została stworzona przez Agencję Bezpieczeństwa Narodowego i może być zastosowana na odległość.

Jak zauważa gazeta, administracja Obamy długo wybierała odpowiedź na rzekomą „rosyjską ingerencję” w wewnętrzne sprawy państwowe, obawiając się, że sankcje doprowadzą do odwrotnego skutku. Nie chciano również wpływać na wynik kampanii przdwyborczej i „rzucić cień” na spodziewane zwycięstwo Clinton.

Według informacji „Washington Post”, cyberoperacja w tej chwili znajduje się we wczesnej fazie, ponieważ jej opracowanie spowolniło po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. W tej chwili urzędnicy skoncentrowani są na wyborze środków, które przeszkodzą Trumpowi w odwołaniu inicjatywy poprzednika.

Wcześniej „The New York Times” poinformowała, że Obama postawił jako warunek zastosowania przez Waszyngton broni cybernetycznej zasadę „eskalacyjnej dominacji”. Mowa o potencjalnym gwarantowaniu USA możliwości zakończenia konfiktu na własnych warunkach.

Wiosną strona internetowa WikiLeaks opublikowała tajne dokumentu CIA, w których opisane zostały narzędzia hakowania komputerów, telefonów mobilnych i telewizorów. Według tych danych, pracownicy CIA wykorzystują szerokie spektrum tajnych narzędzi. Włączają programy hakujące, wirusy oraz szkodliwe oprogramowanie, przeciwko któremu nie wypracowano jeszcze mechanizmów obronnych.

[Wystarczy nie podłączać sieci komputerowej do Internetu… nieprawdaż? – admin]

https://pl.sputniknews.com

Coś nam się widzi, że Amerykanie dostawali wścieklicy i sraczki na samą myśl, że Rosjanie mogą im włamywać się do systemów informatycznych… W porównaniu z nimi niejaki Kali był wielce obiektywnym dżentelmenem.
Admin

Hawking: Ziemianie powinni jak najszybciej opuścić planetę

Brytyjski naukowiec Steven Hawking dokonał nowego sensacyjnego oświadczenia, dotyczącego czasu i przyczyny zagłady ludzkości.

Na Międzynarodowym Festiwalu Nauki i Sztuki Starmus IV w Norwegii fizyk powiedział, że migrację z Ziemi należy rozpocząć w ciągu najbliższych 30 lat. Jego zdaniem, to wystarczająco dużo czasu, aby zbudować bazę na Księżycu, a 50 lat wystarczy do zbudowania bazy na Marsie.

Hawking proponuje wysłać tam na początek rośliny, grzyby i zwierzęta. Potem kolej na człowieka. „Jestem przekonany, że ludzie powinni opuścić Ziemię. Staje się ona zbyt mała dla nas, nasze fizyczne zasoby nikną w zastraszającym tempie” – cytuje naukowca „The Telegraph”.

Według jego słów, migracja pozwoli uniknąć przeludnienia planety i problemów związanych z globalnym ociepleniem [sic! to mówi naukowiec! – admin]. Poza tym, jest ewentualność upadku na Ziemię asteroidy [a inna ewentualność to taka, że Ziemię w ostatniej chwili uratują przybysze z Aldebarana – admin]. Hawking jest przekonany, że na naszej planecie nastąpi jakaś katastrofa.

Fizyk porównuje podbój dalekiego kosmosu do odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Jego zdaniem, to naturalna droga rozwoju dla ludzkości. Naukowiec nie po raz pierwszy wzywa ludzkość do przeprowadzki na inne planety.

Przypomnijmy, że wcześniej naukowcy obliczyli, ile czasu potrzeba ludzkości, aby dostać się do dziesięciu najbliższych do Słońca gwiazd. Okazało się, że potrzebne jest nie mniej niż stulecie. Specjaliści uważają, że w ciągu najbliższych 45 lat na Ziemi zaczną być tworzone aparaty kosmiczne rozpędzające się do 0,2 prędkości światła.

https://pl.sputniknews.com/

O polskim i amerykańskim pojmowaniu wolności

Prof. Ted Malloch i prof. Adam Wielomski

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie refleksje, które zrodziły się we mnie w trakcie bardzo ciekawego wystąpienia amerykańskiego politologa i kandydata Donalda Trumpa na ambasadora USA przy UE, prof. Theodora Mallocha.

Wystąpienie miało miejsce podczas konferencji „Czy Unia Europejska może być Stanami Zjednoczonymi Europy?”, która odbyła się 12 maja w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej.

W pierwszej części swojego wystąpienia Ted Malloch mówił o roli, którą Polska odegrała w procesie upadku Bloku Wschodniego, o Janie Pawle II, jak również o innych postaciach reprezentujących polską tradycję wolnością, jak choćby Kazimierz Pułaski.

W drugiej części uzasadniał tezę dlaczego UE nie może i nie powinna stać się państwem federalnym w formie Stanów Zjednoczonych Europy. Jego główny argument odwoływał się do zasady subsydiarności, która – jak sam pokazał – wywodzi się ze scholastyki, a później stała się jedną z naczelnych zasad Katolickiej Nauki Społecznej.

Malloch słusznie przypomniał, że zgodnie z tą zasadą człowiek powinien mieć możność swobodnego kształtowania swojego otoczenia, natomiast scentralizowane struktury biurokratyczne coraz bardziej mu to uniemożliwiają. W przypadku powstania państwa europejskiego sytuacja jeszcze bardziej się pogorszy. Malloch odwoływał się także do wielokulturowej tradycji Europy, która diametralnie różni się od okoliczności powstania USA.

Refleksje, które mi się nasunęły w trakcie słuchania jego wystąpienia nie dotyczą bezpośrednio tego, o czym mówił Prelegent, lecz pewnego „stanu ducha”, który ono wywołało – jak mi się zdaje – u większości osób obecnych na sali. Wśród uczestników imprezy dało się bowiem wyczuć wrażenie pewnej kulturowej bliskość między „duchem” obecnym w wystąpieniu Amerykanina, a naszą „polską duszą”. I temu zagadnieniu poświęcony jest właśnie ten tekst.

Słuchając słów amerykańskiego kandydata na ambasadora mnie także trudno było nie poddać się uczuciom pewnego rozrzewnienia i entuzjazmu do zacieśniania więzów między Polakami i Amerykanami.

Oczywiście, od razu włączyła mi się lampka ostrzegawcza: masz przed sobą profesjonalistę, który został świetnie przygotowany do odegrania wyznaczonej mu roli. W końcu tajemnicą poliszynela jest, że brał udział w rozmontowywaniu Bloku Wschodniego, a teraz prawdopodobnie ma przyczynić się do rozmontowania UE i szuka sojuszników, z którymi taką operację mógłby przeprowadzić.

My się oczywiście świetnie do tego zadania nadajemy. Stąd w wystąpieniu Mallocha odwołanie do naszej wolnościowej tradycji, stąd wyrażany przez niego entuzjazm dla wyzwolenia Polski spod jarzma komunizmu, stąd odwołanie do Katolickiej Nauki Społecznej i chrześcijańskiego pojmowania wolności, stąd przedstawianie UE jako nowego zagrożenia dla „złotej polskiej wolności”. Stąd oczywiście Kazimierz Pułaski i Jan Paweł II – co charakterystyczne, osoba Lecha Wałęsy została jakby lekko pominięta, co może wynikać z tego, że postać ta została propagandowo zaanektowana przez eurokratów, a więc przeciwników Mallocha.

Mając więc to wszystko na uwadze, można by sprawę zamknąć i powiedzieć: świetna robota pijarowska. Rzecz w tym, że sprawy tej nie da się tak łatwo skwitować tym stwierdzeniem.

Polaków i Amerykanów bowiem rzeczywiście łączy pewien ideał wolności. Ideału tego nie znajdziemy u naszych najbliższych „dużych” sąsiadów, czyli u Niemców i Rosjan, jak również w etatystycznej Francji. Znajdujemy go natomiast u Anglosasów. Stąd przekonanie polskiego badacza cywilizacji Feliksa Konecznego, że z Anglosasami łączy nas ta sama cywilizacja – cywilizacja łacińska.

Problem polega jednak na tym, że polskie i anglosaskie pojmowanie wolności w pewnych kwestiach rzeczywiście są bardzo podobne do siebie, natomiast w innych zasadniczo się różnią, czego, niestety, nie dostrzegł sam Koneczny, jak również wielu innych Polaków zapatrzonych w Wyspiarzy.

Zacznijmy od podobieństw. Z Anglosasami łączy nas przekonanie, że państwo nie powinno wtykać nosa w sprawy obywateli i powinno gwarantować im jak największą swobodę działania, szczególnie w kwestiach gospodarczych. Taki model panował w I RP, taki model funkcjonował do wybuchu I WŚ w Wielkiej Brytanii czy USA, choć po 1914 r. był w tych państwach coraz bardziej zastępowany przez model etatystyczny. Pewien renesans przeżył w czasach rządów prezydenta Reagana i premier Thatcher, w ostatnich latach jednakże znowu znalazł się w defensywie. Można jednak przyjąć, że jest to podejście do państwa, które charakteryzuje zarówno polską, jak i anglosaską tradycję polityczną.

Inne są jednakże źródła tej tradycji. Jeśli chodzi o model anglosaski, to decydujący wpływ na jego ukształtowanie miał kalwinizm (purytanizm). Kalwinizm stoi na gruncie pesymizmu antropologicznego, który zakłada, że człowiek jest doszczętnie zepsuty przez grzech pierworodny. Z tego założenia Kalwin wyciągnął wniosek, że państwo powinno był jak najsłabsze, gdyż w przeciwnym razie stanie się niebezpiecznym narzędziem w rękach zdemoralizowanego człowieka. Kalwinizm – tak jak w gruncie rzeczy słusznie przedstawił Max Weber – wykształcił swoją własną etykę pracy, która stała się podstawą nowoczesnego kapitalizmu. Podstawą sukcesu państw anglosaskich stało się silne mieszczaństwo, kupcy, producenci, a w przypadku USA, także ciężko pracujący osadnicy.

Kalwińskie źródła anglosaskiego modelu wolnościowego zadecydowały o tym, że jego podstawowym normotypem są motywacje ekonomiczne. Purytańska etyka pracy, bogacenie się jako cel sam w sobie (kwestia predestynacji) i skrajnie rozwinięte skąpstwo nadały kształt temu modelowi. Stąd też ciemne strony tego systemu: niskie motywacje etyczne (a często ich całkowity brak), sankcjonowanie niesprawiedliwości przez prawo, wyzysk, przemoc – w stosunku do Indian, ludów kolonialnych, proletariatu czy niewolników.

Co ciekawe, te ciemne strony systemu anglosaskiego zostały jakoś tak pominięte przez Konecznego, a przecież znajdowały się w oczywistej kontrze do propagowanego przez niego ideału cywilizacji łacińskiej.

Źródła polskiej wolnościowej tradycji są inne. Polska szlachta, chcąc uniknąć wojen religijnych, które wyniszczały Europę Zachodnią, stanęła na gruncie zasady wolności religijnej – chodziło o to, by ocalić zbiory. W związku z tym nie doszło do umocnienia się centralnej władzy, jak to miało miejsce w zachodniej Europie. Szlachta rosła w siłę, kosztem mieszczaństwa i władzy centralnej. Ze względu na strukturę i położenie państwa gospodarka prosperowała.

Koneczny słusznie wskazuje na silnie zakorzeniony personalizm w polskiej kulturze szlacheckiej, niechęć do postaw skrajnych i dbałość o sprawy swojego domostwa. Niestety, ale także i ten system miał swoje ciemne strony: zasady cywilizacji łacińskiej często nie obowiązywały w stosunku do stanu trzeciego. Można wręcz mówić o szowinizmie stanowym, którego przejawem był autentyczny wyzysk niższych warstw społecznych.

Nie bez powodu w ślubach lwowskich składanych przez króla Jana Kazimierza padają takie sformułowania jak „jęczenie w presji ubogiego pospólstwa oraczów, przez żołnierstwo uciemiężonego” i zobowiązanie do starania się po uczynionym pokoju „ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa”. Polski ideał wolnościowy ma więc z jednej strony silny element etyczny, ale zakres obowiązywania tej etyki jest często, niestety, dość ograniczony, co w powiązaniu ze słabo wykształconą kulturą prawną skutkuje po prostu prywatą czy zwykłym warcholstwem.

Polska przespała więc moment, kiedy na Zachodzie, ale także i w Rosji, zaczęło powstawać nowoczesne państwo, jak również rozpoczął się proces industrializacji. W momencie, kiedy świat wchodził w nową epokę, Polska zniknęła z mapy politycznej świata i Polacy zaczęli walczyć o przetrwanie narodu. W związku z tym doszło do pewnego – obecnego do dzisiaj – zmitologizowania I RP i jej ideału wolności. Z jednej strony każdy Polak chciałby żyć jak „pan” – być swoim własnym przełożonym. Z drugiej strony traktujemy często swoich rodaków właśnie tak, jak by przynależeli do stanu trzeciego…

W Polsce nie wykształciliśmy umiejętności myślenia w kategoriach szerszych niż własne domostwo, a nawet w tej sferze nie potrafimy działać długofalowo.

Powyższa charakterystyka obydwu modeli tłumaczy, skąd u Anglosasów bierze się skłonność do konsekwentnego pilnowania swoich interesów. Anglosasi mają do polityki podejście stricte biznesowe, w którym nie ma miejsca na etykę, chodzi o zysk, i to długofalowy. Józef Kossecki mawiał, że najgorszej jest być sojusznikiem Anglosasów – w pewnym sensie miał rację, bo respektowanie zasad etycznych, czy nawet porozumień, które przestały być dla Anglosasów korzystne, rzeczywiście nie jest cechą charakterystyczną angielskiego stylu uprawiania polityki. Z drugiej strony, Anglosasi są jednak dość przewidywalni – jeśli oczywiście rozumie się ich sposób myślenia.

Nasz sposób uprawiania polityki jest natomiast mieszanką postulatów etycznych oraz skłonności do prywaty i anarchii. Spotkanie obydwu modeli często bywa dla nas bolesne – kończy się faktyczną, czy też odczuwaną przez nas zdradą ze strony Anglosasów. Trudno jednakże zrzucać na Anglików odpowiedzialność za skutki wad Polaków. W końcu czy Churchill nie miał racji mówiąc o naszym narodzie: „Najdzielniejszy pośród dzielnych, prowadzony przez najpodlejszych wśród podłych”?

Anglosaski, purytański i polski, szlachecki model wolnościowy mają więc pewne punkty styczne. Łączy je niechęć do silnej władzy centralnej, która jest charakterystyczna dla systemu niemieckiego i rosyjskiego. Stąd też jesteśmy w pewnym sensie naturalnym sojusznikiem dla Anglosasów wtedy, kiedy z jakiś powodów zamierzają oni prowadzić politykę skierowaną przeciwko któremuś z tych państw. W tej chwili prawdopodobnie chodzi o Niemcy i ich projekt scentralizowanej Unii, która stanowi przykrywkę dla przeprowadzanej przez Berlin ekonomicznej kolonizacji Europy.

Silnie rozwijająca się gospodarka niemiecka – żerująca między innymi na taniej polskiej sile roboczej – zaczęła także zagrażać Anglosasom. Stąd Brexit, stąd ostentacyjne zachowanie Trumpa w stosunku do Angeli Merkel.

Anglosasi wiedzą, że najpewniejszym środkiem osłabienia niemieckiego walca eksportowego jest zniszczenie Unii Europejskiej, a przede wszystkim odcięcie im dostępu do polskiej, czeskiej, słowackiej i węgierskiej taniej siły roboczej.

Co w zaistniałej sytuacji leży w naszym interesie, to pytanie na inny felieton. Bez wątpienia musimy sobie jednakże zdawać sprawę z tego, że z Anglosasami łączy nas zamiłowanie do przedsiębiorczości. Niestety, w przeciwieństwie do nich nie potrafimy myśleć całościowo i długofalowo, co oczywiście – jak zwykle – stanowi dla nas określone zagrożenie w przypadku, gdybyśmy postanowili zaangażować się w ich projekt.

Magdalena Ziętek-Wielomska
Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas!
https://konserwatyzm.pl/

Czechy mogą opuścić Unię Europejską. Jest zgoda prezydenta na przeprowadzenie referendum.

Prezydent Republiki Czeskiej Milos Zeman publicznie poinformował, że w przypadku ewentualnego wyjścia jego kraju z Unii Europejskiej, wcześniej wypowiedzieć w tej sprawie powinni się obywatele.

Przyznał również, że popiera pomysł przeprowadzenia ogólnonarodowego referendum dotyczącego „Czexitu”. Zeman skrytykował także politykę imigracyjną w wydaniu kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Podczas konferencji prasowej poświęconej priorytetom czeskiej polityki, prezydent Milos Zeman został zapytany o ewentualne wyjście z Unii Europejskiej. Jego zdaniem w tej sprawie powinni wypowiedzieć się obywatele. Dodał również, że osobiście popiera pomysł przeprowadzenia referendum poświęconego „Czexitowi”.

– To obywatele powinni zdecydować – mówił Zeman.

Prezydent Czech podkreślił, że jest zdecydowanym zwolennikiem demokracji bezpośredniej i rozpisanie referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej jest możliwe do zrealizowania.

– Opuszczenie Unii Europejskiej przez Czechy jest możliwe teoretycznie i praktycznie, jeśli ustawa o rozpisaniu referendum przedłożona parlamentowi, zostanie przyjęta – powiedział. Przyznał jednak, że on sam jest zwolennikiem pozostania Czech w strukturach Unii Europejskiej. Dodał jednak, że sceptycznie podchodzi do unijnego modelu zarządzania.

Milos Zeman w mocnych słowach skrytykował również politykę imigracyjną kanclerz Angeli Merkel. W jego opinii zaproszenie do Europy tzw. uchodźców było „tragicznym błędem”. [Nie błędem. Celowym elementem planu rozwalenia Europy – admin]

Prezydent Czech podkreślił, że jego kraj krytycznie podchodzi do propozycji liderów UE dotyczących przymusowej relokacji imigrantów z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Dodał, że Czechy złagodzą swoje stanowisko tylko i wyłącznie wtedy, gdy Bruksela będzie przedstawiać swoje pomysły jako propozycje działań, a nie odgórne dyspozycje.

Sprawa ewentualnego wyjścia Czech z Unii Europejskiej stała się obecna w przestrzeni publicznej po zdecydowanej wypowiedzi byłego prezydenta Vaclava Klausa. Polityk skrytykował wówczas politykę migracyjną przywódców Unii Europejskiej. Przyznał, że w związku z falą imigrantów, którzy stale przybywają do Europy, czas przygotować kraj do wyjścia ze struktur UE.

– Nadszedł czas, by przygotować wyjście naszego kraju z Unii Europejskiej. To jedyna dobra ścieżka dla Czech, nasz głos jest ignorowany – mówił zdecydowanie Vaclav Klaus, który pełnił urząd prezydenta w latach 2003-2013.

Źródło: wprost.pl, PCh24.pl
WMa
http://www.pch24.pl

Rosja przymierza się do przywrócenia kary śmierci przed Mundialem

Przedstawiciele służb bezpieczeństwa Rosji złożyli w parlamencie projekt wprowadzenia kary śmierci za terroryzm w czasie piłkarskich Mistrzostw Świata 2018 w piłce nożnej.

Autorem dokumentu proponującego czasowe przywrócenie kary śmierci jest Wasilij Piskariow przewodniczący komitetu ds. bezpieczeństwa i walki z korupcją. Jak tłumaczy „ma to znacznie poprawić stan bezpieczeństwa w kraju przed nadchodzącym piłkarskim Mundialem i podczas meczów”.

– Nie od dziś wiadomo, że jednym z poważniejszych zagrożeń na świecie jest obecnie terroryzm, który przynosi dziesiątki ofiar śmiertelnych każdego tygodnia. Dlatego chcemy pod tym względem zwiększyć bezpieczeństwo i możliwie najbardziej zminimalizować ryzyko dokonania zamachu terrorystycznego na terenie Rosji – mówił Piskariow.

Na przeszkodzie w przyjęciu tak radykalnego rozwiązania stoi fakt, że Rosja należy do Rady Europy, której to państwa członkowskie nie stosują kary śmierci. Rosja jednak twierdzi, że jest gotowa zaryzykować pożegnanie się z Radą Europy. „Bezpieczeństwo obywateli Rosji jest ważniejsze od członkostwa w jakiejkolwiek międzynarodowej organizacji”, brzmi stanowisko Dumy Państwowej.

Wszystko wskazuje na to, że prace nad zmianą kodeksu karnego w Rosji idą w kierunku wprowadzenia tam paragrafów przywracających karę śmierci. Prawdopodobnie przywrócenie jej na czas Mundialu, będzie oswojeniem z tym faktem opinii międzynarodowej. Prawdopodobne jest też, że jeśli się tę karę w Rosji przywróci, ona już zostanie.

Przed MŚ 2018 w Rosji gotowe są cztery obiekty tej imprezy. Na ośmiu kolejnych wciąż trwają pracę. Na stadiony wydano już przeszło 8,2 mld dol. Kraj stara się przyciągnąć kibiców m.in. ułatwieniami wizowymi.

Rosja przestała stosować karę śmierci po tym, gdy w 1996 roku przystąpiła do Rady Europy. Ówczesny rosyjski prezydent Borys Jelcyn wydał wówczas dekret o stopniowym odchodzeniu od stosowania kary śmierci. Protokół nr 6 w tej sprawie Rosja podpisała w 1997 roku.

Źródło: sport.pl
Adam Białous
http://www.pch24.pl