III RP czyli PIS zakończy byt zwany „polskością”

W poniedziałek 04.06.2018 portal dziennik.pl zamieścił złowieszczy artykuł: ”Dobiegają końca negocjacje między resortami pracy, spraw wewnętrznych oraz inwestycji i rozwoju dotyczące strategii migracyjnej. Jej częścią ma być nowelizacja ustawy o instytucjach rynku pracy. Znajdą się w niej instrumenty ułatwiające zatrudnienie przybyszów spoza Unii” – zdradza DGP wiceminister pracy Stanisław Szwed.”

Pod eufemizmem „spoza-unii” kryją się dziesiątki tysięcy, a może setki Azjatów tysiące, które rząd chce sprowadzić nie tylko do pracy, ale na osiedlenie.

Pisze się o tym wprost: „Celem nowej strategii jest nie tylko wypełnienie imigrantami coraz bardziej dającej się nam we znaki luki na rynku pracy. Politycy deklarują, że chcą, by przybysze osiedlali się u nas, zakładali rodziny. I pomogli nam załatać także dziurę demograficzną”.

Polityka ta jest zgodna z raportem prominenta PO, dziś europosła Boniego (Polska do 2035) o potrzebie sprowadzenie 5 milionów obcych. Nie ważne skąd, nie ważne po co, bo Polska to już nie Ojczyzna Polaków, ale „terytorium administracyjne”. Nie musimy gonić Zachodu, niczego „nie musimy”. Polska to świat sam dla siebie.

Ważne są emerytury, ważne jest PKB – powiedzą liberalni technokraci z PIS. Maniacy „wzrostu” i lania betonu. Panie Jarosławie Kaczyński nie będzie Pana już na świecie, ale Polski też już nie będzie. Mianując technokratę na czele rządu otworzył Pan puszkę Pandory. Znowu Pan przeholował. Czy Pan to widzi?! [Jasne, że widzi i o to mu właśnie chodzi, gdyż nienawidzi on Polskę i polskość – admin]

Dzięki sprzeciwie sprowadzenie muzułmańskich fałszywych uchodźców wygrał Pan wybory, a teraz Pana faworyt/delfin zrealizuje masoński plan rozbicia spójnego narodowo-religijnego społeczeństwa polskiego.

Niech Pan wyjrzy na ulice Warszawy. TO JUŻ SIĘ ZACZĘŁO! Nie udało się Hitlerowi i Stalinowi, ale w globalnym świecie jest możliwe zlikwidowanie polskości. Będziemy prześladowaną mniejszością w swojej Ojczyźnie.

Maryjo Królowo Polski ratuj nas! Nawet za cenę wojny!

Piotr Błaszkowski
http://prawy.pl/

Ci żołnierze umierali za wolną Polskę

Wielce szanowni Kombatanci oraz Pionierzy Osadnictwa i Ich Potomkowie! Dostojni goście oficjalni! Szanowni uczestnicy dzisiejszej wyjątkowej uroczystości! Szanowni Państwo!

Nasza uroczystość ma dwa zasadnicze wątki tematyczne, a mianowicie 1 i 2 Armię Wojska Polskiego oraz Pionierów Osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych.

W obu tych tematach chodzi o ocalenie od zapomnienia i przywrócenie Ich pamięci narodowej. W pewnym stopniu chodzi także o próbę przeciwstawienia się i wyrażenia dezaprobaty wobec zjawiska pomniejszania historycznej roli żołnierzy tych formacji, z jakim mamy do czynienia w życiu publicznym, zwłaszcza w tzw. polityce historycznej, w mediach, a także w części środowisk historyków polskich.

W bolesny dla uczciwych Polaków sposób rozmijają się z postulatem szacunku i uznania dla żołnierzy 1 i 2 Armii Wojska Polskiego wszyscy ci, którzy demontują pomniki i miejsca pamięci poświęcone w różnych zakątkach naszego kraju, a zwłaszcza Dolnego Śląska tym obydwu formacjom, których żołnierze obficie zrosili własną krwią liczne pola bitew i wojennych dramatów.

Wielką krzywdę moralną wyrządzają żołnierzom 1 i 2 Armii Wojska Polskiego ci historycy i ideolodzy, którzy obdarzają te armie ironicznym mianem „polskojęzycznego” wojska niosącego narodowi polskiemu zniewolenie i kolejną okupację.

Tym „poprawiaczom” historii polecam szczerą i uważną rozmowę z bohaterem tamtych lat Panem Franciszkiem Gretkierewiczem – zdobywcą Kołobrzegu, Synem polskich Kresów Wschodnich z okolic Zbaraża, obecnie mieszkańcem wsi Miłosna w powiecie lubińskim. Składam Mu w tym miejscu i momencie wyrazy szacunku i uznania.
[Gajowy raczej poleciłby spuścić im ciężkie mordobicie połączone z trwałymi uszkodzeniami ciała – admin]

Warto też wsłuchiwać się w to, co mówi i czytać to, co pisze dzielna Wrocławianka- Pani Monika Śladewska, uczestniczka walk w szeregach 2 Armii Wojska Polskiego. Jest wśród nas kolejny Bohater tamtych czasów, Oficer II Armii Wojska Polskiego, uczestnik walk nad Nysą i pod Dreznem – Pułkownik Józef Borowiec.

Ci wyżej wspomniani świadkowie i aktywni uczestnicy tamtych wydarzeń są najlepszym źródłem informacji o prawdziwym, polskim charakterze obu armii podążających ze Wschodu do Berlina, znaczących szlak bojowy polską krwią, której pod żadnym pozorem nie można dzielić na lepszą i gorszą.

O religijnych aspektach życia duchowego żołnierzy 1 i 2 Armii Wojska Polskiego liczne świadectwa zostawili po sobie kapelani wojskowi tych formacji. Jeden z nich – ks. ppłk. Marian Mościcki przypomina historię Tryptyku Matki Boskiej towarzyszącego żołnierzom walczącym na Wale Pomorskim.

„Tryptyk towarzyszył stale 2. Dywizji Piechoty. Był z nami w Kołobrzegu, gdzie przebywałem z naszymi oddziałami w czasie krwawego zdobywania ulic miasta. Po zdobyciu Kołobrzegu odnawiali przed nim żołnierze 4. Dywizji zaślubiny Polski z morzem. 9 maja 1945 roku przy ołtarzu z tryptykiem matki Bożej odprawiłem dla całej Dywizji bardzo uroczystą mszę św. dziękczynną za zwycięstwo nad Niemcami i wygłosiłem okolicznościowe kazanie. Tu na zachód od Berlina na masztach okalających ołtarz łopotały sztandary wszystkich Aliantów, a wśród nich sztandar Polski.”

Szanowni Państwo! Pozwoliłem sobie na dygresję o żołnierzach 1 i 2 Armii Wojska Polskiego, gdyż prawda o czynach Dziadów i Ojców należy się młodemu pokoleniu. Michał Głowiak z Niechlowa – powiat Góra, którego krewni są tu obecni, tak ocenia tamten okres swojego życia:

„Jestem dumny z wszystkiego, czego byłem świadkiem podczas mojej służby w Dywizji Polskiej. Przeszedłem cały szlak bojowy od Lenino do Berlina. Brałem udział w bitwie o Warszawę w styczniu czterdziestego piątego roku, a trzy miesiące później walczyłem podczas Operacji Berlińskiej. Uczestniczyłem też w zaślubinach Polski z morzem w Kołobrzegu, które są jednym z najlepszych moich wspomnień z czasów wojennych. Po sześciu latach nadszedł koniec. Niemcy podpisali akt kapitulacji. Niestety kres wojny był początkiem kolejnej wielkiej tragedii dla Polski – Układu Jałtańskiego”.

Sprawiedliwie te aspekty funkcjonowania obydwu armii polskich ocenia opiniotwórczy tygodnik „Przegląd” pisząc:

„Choć sytuacja polityczna zmusiła ich do walki pod zwierzchnictwem Armii Czerwonej, to pod Lenino, w Warszawie czy w Berlinie umierali za wolną Polskę tak samo, jak żołnierze II Korpusu Polskiego pod Monte Casino czy Pancerniacy z Dywizji Maczka w Zachodniej Europie. Znaleźli się w tej armii z różnych powodów, ale najczęściej mieli do wyboru: zostać „Berlingowcami”, albo umrzeć gdzieś w obozie pracy, zamarznąć w lasach na Syberii lub zginąć w katowni NKWD”.

Godzi się podkreślić, że w ciężkich walkach z Niemcami żołnierze polscy, zwani potocznie „Berlingowcami” lub „Kościuszkowcami”, ponosili duże straty, czyli krwawo płacili za wyzwolenie Ojczyzny.

Warto odnotować, że są ludzie i instytucje, które z powodzeniem bronią dobrej pamięci żołnierzy, którym los przeznaczył rolę tych idących ze Wschodu z bronią w ręku w kierunku Berlina, wyzwalających po drodze wsie, miasteczka i miasta Ziem Odzyskanych. Dobrym przykładem może tu być społeczność gminy Węgliniec wsi Ruszów. Tam w wyniku reformy oświaty likwidowano Gimnazjum im. Orląt Lwowskich. Chcąc utrzymać kresowy koloryt i jednocześnie zachować pamięć o żołnierzach polskich, którzy wyzwalali ten region, nowy byt szkolny nosi nazwę „Szkoła Podstawowa im. Orląt Lwowskich i Bohaterów 37 pp 7 Dywizji 2 Armii Wojska Polskiego w Ruszowie”.

Gwoli ścisłości trzeba też nadmienić, że w obydwu omawianych armiach pewną część stanów osobowych stanowili byli żołnierze Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i innych formacji konspiracyjnych.

Wielce szanowni Kombatanci oraz Pionierzy Osadnictwa i Ich Potomkowie!
Szanowni Państwo Uczestnicy dzisiejszej wyjątkowej uroczystości!

W roku obchodów 100-Lecia Niepodległej mamy prawo i obowiązek powiedzieć jednoznacznie i wyraźnie, iż w tych stu latach Niepodległości oprócz czynu zbrojnego, wielu aktów heroizmu zawierają się także 73 lata organicznej pracy mieszkańców Dolnego Śląska i wielki etos powrotu Polski nad Odrę i Bałtyk.

Integracja Ziem Odzyskanych z pozostałymi terytoriami Rzeczypospolitej nie może być oceniona inaczej niż jako wielkie, historyczne osiągnięcie naszego Narodu. Tą oczywistą konstatacją pragniemy przywrócić godność pracy wykonanej przez dwa pokolenia Polaków. Przemilczanie tego wydarzenia lub jego deprecjacja byłaby bolesną amputacją ważnej części pamięci naszego Narodu.

Składając hołd wszystkim tym, którzy na Ziemiach Zachodnich i Północnych tworzyli zręby polskiej państwowości i polskiego życia we wszystkich jego przejawach czynimy to w przekonaniu, iż w stu latach Niepodległej zawiera się heroizm walki, ale także heroizm pracy organicznej naszych Dziadów i Ojców, że w tych stu latach mieści się odbudowa Warszawy, Szczecina, Wrocławia, ale także, że w tym okresie mieści się wieloraki trud Pionierów Osadnictwa na Ziemiach Odzyskanych – w tym na bliskim naszym sercom – Dolnym Śląsku.

Ale wcześniej niż świat mógł być świadkiem polskiego heroizmu zagospodarowywania Ziem Odzyskanych rozpoczęła się operacja przemieszczenia bez precedensu w polskich dziejach, czyli de facto wypędzenia fałszywie nazywanego repatriacją zza Sanu i Bugu setek tysięcy naszych Rodaków. Byli oni wyrywani z korzeniami w sposób niezwykle dramatyczny. Nie trudno sobie uzmysłowić jak boleśnie żegna się na zawsze z domem rodzinnym, z dorobkiem życia wielu pokoleń i z bliskimi na cmentarzu.

Jan Nowak Jeziorański przed laty napisał w sposób następujący:

„Trudno znaleźć w naszych dziejach wydarzenie bardziej epokowe niż powrót do Macierzy Śląska z Wrocławiem, Pomorza Zachodniego, Ziemi Lubuskiej i Warmińskiej.

Odwrócony został tysiącletni bieg historii, który wypchnął Polskę z jej piastowskiej kolebki i przesunął na Wschód. Nie ma wątpliwości, że po 1945 roku Polska przesunęła się do środka Europy. To Polacy tamtych pierwszych powojennych lat odtworzyli nasze państwo i odbudowali miasta i wsie po największej wojnie, jaka kiedykolwiek przetoczyła się przez Polskę.

Dziś z perspektywy kilkudziesięciu lat polskiego władztwa na Ziemiach Odzyskanych, można słowami politologa Wojciecha Pomykało stwierdzić iż „Ziemie Zachodnie i Północne nie tylko w pełni zostały zintegrowane z resztą terytorium odradzanej państwowości polskiej, ale stały się tą częścią Naszej Ojczyzny, która w ogólnym rozwijaniu naszego dorobku odgrywała i odgrywa nie tylko fundamentalną, ale ciągle wrastającą rolę”.

Nie można przemilczać i zapominać wysiłku zagospodarowywania Ziem Odzyskanych, bo to było historyczne wyzwanie dla całego Narodu, a dla Pionierów Osadnictwa w szczególności.
Osadnicy wojskowi byli często pierwszymi gospodarzami w swoich wioskach.

Na dokumentach regulujących kwestie osadnictwa, takich jak np. „Zarządzenie w sprawie osadnictwa wojskowego na terenach Odzyskanych”, widnieją podpisy Gen. Dywizji Mariana Spychalskiego oraz dwóch wybitnych ludowców: Ministra Rolnictwa i Reform Rolnych Stanisława Mikołajczyka i Ministra Administracji Publicznej Władysława Kiernika.

W tym kontekście warto zaznaczyć, że rolnicy i wieś polska zarówno ta kresowa, jak i ta z tzw. centralnej Polski przyczyniła się walnie do sprawnego i skutecznego zagospodarowania Ziem Odzyskanych.

To uznanie pod adresem ludności wiejskiej zawierające w sobie także współczucie dla jej szczególnie okrutnego losu w niczym nie umniejsza naszego hołdu, jaki składamy inteligencji Lwowa, Wilna, Stanisławowa, Grodna za jej wkład w odbudowę ośrodków naukowych i uczelni wyższych na Ziemiach Zachodnich i Północnych.

M. in. doceniamy pionierski wkład lwowskiego Profesora Stanisława Kulczyńskiego w tworzenie polskiej nauki i szkolnictwa wyższego na tych ziemiach. Warto podkreślić, że bez intelektualnego wsparcia kadr przedwojennych to wielkie zadanie integracji Ziem Odzyskanych z Rzeczpospolitą byłoby niemożliwe. To właśnie uczeni przedwojenni ze Lwowa, Wilna i Poznania nadawali nowym terytorium rys polskości, poprzez wprowadzanie polskich nazw miejscowości, rzek, jezior, gór i zjawisk.

Analogicznie wyrażamy nasz podziw dla ogromnej rzeszy robotników, ekspertów, techników i inżynierów, którzy tchnęli nowe życie w sferę industrialną miast i miasteczek naszego regionu. Słowa najwyższego uznania i uczucie wdzięczności kierujemy dziś do wszystkich Pionierów Osadnictwa, przedstawicieli wszystkich dziedzin usługowych i infrastrukturalnych nie zapominając o tych, którzy w tamtych pionierskich latach dbali o kondycję duchową i moralną ludności, która także w sferze psychicznej leczyła głębokie rany po latach wojny, przemocy i bezprawia.

Nie można tu nie wspomnieć o ludziach kultury, sztuki, nauczycielach i duszpasterzach oraz organizatorach życia religijnego.

Wśród duchowieństwa przybywającego na Dolny Śląsk najliczniejszą grupę stanowili księża kresowi z Archidiecezji Lwowskiej, zazwyczaj ze swoimi parafianami, niejednokrotnie ciężko doświadczeni okupacją niemiecką, radziecką, a także bestialstwem ze strony ukraińskich nacjonalistów. Wysoko rolę tych kapłanów ocenia Kazimiera Jaworska z Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. Witelona w Legnicy pisząc w zeszytach naukowych tej uczelni, iż duchowieństwo organizujące polskie struktury Kościoła Katolickiego wywierało istotny wpływ na stabilizowanie osadnictwa, powstawanie nowych więzi społecznych oraz spajanie poprzez administrację kościelną Ziem Zachodnich i Północnych z pozostałym terytorium państwa.

Motywy, dla których ludzie przybywali i osiedlali się na Ziemiach Odzyskanych były różne, ale dla znacznej ich części spowodowane były zmianą granic Polski, które wykluczały dla byłych żołnierzy 1 i 2 Armii Wojska Polskiego możliwość powrotu do domu na Wschodzie. Ta uświadomiona sobie konieczność i wyrok losu historii prowadziły do wniosku, że Ziemie Odzyskane mogą stać się nową Ojczyzną, która zapewni im i sprowadzonym z Kresów rodzinom spokojną egzystencję. Teraz dobrze wiemy, że te nadzieje i przypuszczenia spełniły się w całej rozciągłości.

W ogólnonarodowej epopei powrotu na Ziemię Piastów akcja osadnicza należała do największych i najtrudniejszych. I w tym momencie kolejny raz cisną się na usta słowa uznania, szacunku, podziwu i wdzięczności pod adresem wszystkich tych, którzy w pierwszych powojennych latach swoją pracą, energią, talentem organizacyjnym i instynktem państwowotwórczym doprowadzili do pełnej integracji Ziemi Odzyskanych z Rzeczpospolitą Polską.

Znawca zagadnienia prof. Bronisław Pasierb tak opisywał ówczesną rzeczywistość:

„Na fali ogólnonarodowego zawołania „na Zachód” ciągnęli ludzie różnych zawodów, środowisk, odpowiadali na ten zew Polacy z kraju i z zagranicy, ciągnęli tu repatrianci „zza Buga”, z dalszych terenów Związku Radzieckiego, z Rumunii, z Francji, Jugosławii, „Centralacy”. Rozpoczynali oni wszyscy swoimi rękami „pracę intronizacji Polski” jak patetycznie pisała współczesna prasa.

Za tę „intronizację” Polski na Ziemiach Zachodnich i Północnych serdecznie i gorąco dziękujemy byłym Żołnierzom 1 i 2 Armii Wojska Polskiego późniejszym Osadnikom wojskowym oraz wszystkim Pionierom Osadnictwa bez względu na to z jakich motywów i z jakich stron przybyli na nasz piękny Dolny Śląsk czyniąc go krainą naszych marzeń, ambicji i naszej dumy.

Należy też zauważyć, że wiele osób przybywających na Ziemie Odzyskane miało za sobą niewyobrażalny, jeśli idzie o skalę okrucieństwa, okres ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na polskiej ludności Kresów Wschodnich. W jego efekcie ponad 200 tysięcy Polaków straciło życie. Ci, którzy ocaleli, przybywali na Ziemie Zachodnie po wielkiej traumie, często ze świadomością, iż ich zamordowani najbliżsi i krewni nie mają nawet swoich mogił.

To gigantyczne przemieszczenie milionów ludzi i ustanowienie polskiego władztwa na Ziemiach Odzyskanych wymaga od kolejnych pokoleń Polaków, przypominania o tym wydarzeniu, wymaga dokumentowania i opisywania oraz rzetelnej oceny.

Nade wszystko epopeja polskiego Osadnictwa wymaga od nas godnego miejsca w pamięci narodowej dla tego niezwykłego czynu naszych Dziadów i Ojców. Powszechnie wiadomo, że polską racją stanu było zagospodarowanie tych ziem i integracja ich z Macierzą. Wykonanie tego zadania było miernikiem patriotyzmu całego powojennego pokolenia. Niech miernikiem patriotyzmu współczesnych pokoleń będzie pomnażanie dorobku naszych poprzedników i utrwalanie pamięci o ich dokonaniach.

Można to uczynić w różnoraki sposób. Godzi się choćby nadawać ulicom i placom imiona pierwszych i zasłużonych starostów, burmistrzów, wójtów, sołtysów i działaczy społecznych. Można również umieszczać tablice upamiętniające ważne wydarzenia minionych dni, jak np. przejęcie we władanie czy otwarcie pierwszej istotnej dla danej miejscowości fabryki, szkoły, domu kultury, stacji kolejowej itp.

Warto także organizować okolicznościowe sesje Samorządu, konferencje popularno-naukowe czy wieczornice wspomnień. Bo pamięć – zwłaszcza ta o czynach szlachetnych – jest najlepszym spoiwem Narodu. Zachowaniu takiej pamięci integrującej wszystkich Polaków służy także ta uroczystość. A wszystkim tu zebranym, za udział w tym patriotycznym spotkaniu, w imieniu wszystkich organizatorów, składam gorące i serdeczne podziękowanie.

Bowiem uczciliśmy wspólnie urzeczywistnienie się Mickiewiczowskiej przepowiedni z „Pana Tadeusza”:

„Gdy orły nasze lotem błyskawicy
Spadną na dawnej Chrobrego granicy”.

Wszystko to po to, by realizowało się Witosowe wskazanie: „A Polska winna trwać wiecznie”.

Dziękuję Państwu za uwagę.

Przemówienie dr Tadeusza Samborskiego – Członka Zarządu Województwa Dolnośląskiego wygłoszone na Zamku Piastowskim w Legnicy podczas obchodów IV Dolnośląskich Dni Pionierów Osadnictwa Na Ziemiach Odzyskanych (13 maja 2018 r.)

Myśl Polska, nr 23-24 (3-10.06.2018)
http://www.mysl-polska.pl

Ujawniamy skąd płyną darowizny dla POLIN.

Z artykułu należy odrzucić bełkot o jakimś „antysemityzmie” władzy w 1968 roku, a szczególnie o „wyrzucaniu” Żydów z Polski, co nigdy nie miało miejsca.
Admin

Placówka zorganizowała kampanię zrównującą antysemityzm władzy z 1968 r. z dzisiejszym marginesem.

Jakie polityczne powiązania, czy interesy może mieć POLIN? Dotarliśmy do dokumentów jasno pokazujących całą finansową sieć powiązań instytucji działających na rzecz kultury żydowskiej w Polsce. To darowizny, o których opowiada dyrektor placówki. [Kultura żydowska? Czy chodzi o dowcip szmoncesowy? – admin]

Marzec 1968 r., Warszawa. Czarno-biały film, Pałac Kultury i Nauki, blokowisko, ulica Krakowskie Przedmieście. Polacy, stylizowani na ówczesnych mieszkańców stolicy głoszą antysemickie hasła. „Co jest z tymi Żydami? Oni chyba są opętani, no bo jak mam wytłumaczyć te wszystkie nieszczęścia, które ciągle sprowadzają na świat?” – mówi warszawianka.

Odczytane przez aktorów kwestie to współczesne komentarze internautów. To fragment pierwszego z cyklu „Inna historia, taki sam hejt” spotu przygotowanego przez Muzeum Historii Żydów w Polsce POLIN [Muzeum im. Jakuba Bermana… – admin].

W marcu 1968 roku władze komunistyczne rozpętały kampanię antysemicką, w efekcie której wyrzucono z Polski ok. 13 tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego — czytamy. I to jest prawda [„Prawda” G*** Wyborczego – admin].

Dziś powracają hasła sprzed pięćdziesięciu lat —wnioskuje jednak Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, które przygotowało spot. I to porównanie jest już skandaliczne.

Czy współczesna retoryka antysemicka różni się od tej sprzed 50 lat? Obejrzyj film, poznaj historię. Nie pozwólmy, żeby się powtórzyła – głosi opis filmu.

Ale dyrektor POLIN, prof. Dariusz Stola, zaznacza, że film nie jest pełnym obrazem kampanii, jaką przygotował. Odsyła do całej wystawy „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68” dostępnej w Muzeum. Przyznaje także, że zdaje sobie sprawę z tego, że cytowane komentarze to jedynie fragment z całego przekroju polskiego społeczeństwa. My doprecyzujmy, że chodzi o anonimowe komentarze w sieci.

Dlaczego zatem Muzeum POLIN sugeruje problem antysemityzmu w Polsce?

Nie mówimy, jaka jest atmosfera w Polsce. (…) Wśród różnych problemów mamy taki, że pokaźna grupa ma silne uprzedzenia antyżydowskie, a niektóre z nich wyrażają w internecie rzeczy haniebne — stwierdza prof. Dariusz Stola.

Uważam, że to poważny problem. Dziwię się tylko, że niektórzy twierdzą, że mówimy o wszystkich Polakach. Mówimy o pewnej niewielkiej, ale hałaśliwiej internetowo mniejszości — mówi.

Antysemityzm jest, jego zdaniem, poważnym problemem pod względem moralnym i duchowym. [Problemem dla Polaków jest zbyt MAŁY antysemityzm, zbytnia tolerancja dla zaciekłych, szubrawczych wrogów Polski – admin]

Jest problem, duży czy mały to już do dyskusji, ale jako Muzeum mamy prawo o tym mówić — dodaje.
[To mówcie, łajdaki, za WŁASNE pieniądze! – admin]

Tymczasem Muzeum POLIN emituje drugi film, nadal oparty jedynie na komentarzach w sieci, które tym razem czytają Polacy żydowskiego pochodzenia, w tym Daniel Passent i Seweryn Blumsztajn. Do udziału w nagraniach został zaproszony także Bronisław Wildstein. Odmówił.

W tym konkretnym momencie, przy okazji rocznicy Marca ‘68 eksponowanie antysemityzmu, który może się pojawiać, jest wyolbrzymiany i prowadzi do zaburzenia perspektywy tego czym naprawdę był marzec z tamtych lat — mówi Bronisław Wildstein.

To wypacza całkowicie obraz tamtych wydarzeń. To był zryw wolnościowy Polaków. Istniał, owszem, antysemityzm, ale był on eksponowany przez partię rządzącą i na polecenie Moskwy. Używano go do wewnętrznych rozgrywek politycznych. W systemie komunistycznym zawsze szukano wroga politycznego, na którego można było zrzucić wszystkie istniejące problemy. Natomiast Muzeum sugeruje, jakoby istniała współwina Polaków za wydarzenia z 1968 r. — uważa Wildstein.

Kto za to zapłacił

Na pytanie, kto finansuje całą kampanię „Obcy w domu”, dyrektor odpowiada, że Muzeum utrzymuje się wyłącznie z darowizn.

Kampania „Inna historia, taki sam hejt” finansowana jest ze środków Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny w Polsce, jej współorganizatora. Muzeum zapewnia wsparcie komunikacyjne i promocyjne kampanii.

Jakie polityczne powiązania, czy interesy może mieć POLIN? Dotarliśmy do dokumentów jasno pokazujących całą finansową sieć powiązań instytucji działających na rzecz kultury żydowskiej w Polsce. To te darowizny, o których mówił dyrektor.

Najwięcej na Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma, wspierające działalność POLIN, w złotówkach przekazał w 2012 r. Kulczyk Holding SA – wpłata w wysokości aż 20 mln zł. Z kolei ponad 8,5 mln zł wysłała na konto bankowe Stowarzyszenia Ambasada Republiki Federalnej Niemiec przez pół roku. Od czerwca 2010 r. do stycznia 2011.
Trzykrotne przelewy na ponad 1 mln zł każdy z rachunków bankowych prowadzonych w Monako i Szwajcarii wykonał Gregory Jankilevitsh. To osoba powiązana z podmiotem J&S Service and Investment Ltd. znana ze współpracy z PKN Orlen SA., które także dotowało Stowarzyszenie. Na kwotę ponad 300 tys. zł do 2012 r.

Wsparcie płynęło także ze strony Telekomunikacji Polskiej S.A. Na ponad 1,6 mln zł w 7 transakcjach. PZU SA – 350 tys. zł do 2015 r., KPMG – 688 tys. zł. Z kolei niebagatelną kwotę ponad 7,5 mln dol. przekazało The American Jewish Joint Distribution Committee od stycznia 2010 r. do maja 2017 r. Pieniądze wysyłały także inne żydowskie organizacje ze świata.

Ale instytucję dotował także podmiot T. Ulatowski Family Foundation CO, prawdopodobnie powiązany z Tomaszem Ulatowskim pozostającym w zainteresowaniu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Istotnym elementem finansowania m.in. Muzeum jest fakt otrzymywania środków od różnego rodzaju fundacji, ale przede wszystkim za pośrednictwem tzw. „trustów”, pochodzących z terytorium Gibraltatu z udziałem osób pochodzenia żydowskiego. Takie podmioty zajmują się ograniczaniem płacenia podatków, a także kamuflują pochodzenie przychodzących środków. Instytut otrzymał w ten sposób około 900 tys. dol.

Stowarzyszenie wspierały także Manufaktury Polskie, gdzie większościowym udziałowcem był cypryjski podmiot Silvasco Trading Ltd. W spółce posiadał udziały Janusz Palikot, który wspólnie z Markiem Nowakowskim i Pawłem Gmochem prowadzili biznes księgarski.

Muzeum tłumaczy, że samo zajmuje się PR.

Są to w zdecydowanej większości działania niepłatne, dokładne dane będziemy mogli przekazać po zamknięciu projektu. Muzeum realizuje działania public relations we własnym zakresie, nie korzysta z pomocy zewnętrznych podmiotów. Za produkcję spotów odpowiada agencja Saatchi & Saatchi IS — uzupełnia Żaneta Czyżniewska z biura prasowego Muzeum.

A na kolejne pytanie, czy pieniądze na funkcjonowanie instytucji pochodzą także z funduszy norweskich, Muzeum odpowiada, że Muzeum miało takie dofinansowania i otrzyma kolejne. Obecnie takich nie posiada. To istotna informacja, bo fundusze norweskie są przeznaczane m.in. na walkę z antysemityzmem.

Ale Muzeum starało się także o dofinansowanie z Banku Gospodarstwa Krajowego. Nie otrzymało go. Jak mówi nasz rozmówca powiązany z BGK, właśnie dlatego, że bank dowiedział się, jak kampania miałaby wyglądać.

Edyta Hołdyńska
Dziennikarka i publicystka. Autorka książki „Emigracja Ambicji” – reportaży o młodych emigrantach z Polski, a także: wielu tekstów, wywiadów, reportaży, programów telewizyjnych z dziedziny polityki międzynarodowej i krajowej oraz społeczeństwa i ekonomii. Laureatka nagroda Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za cykl tekstów o Fundacji „Przyszłość dla Dzieci”. Współpracowała m.in. z tygodnikiem „Do Rzeczy”, „Rzeczpospolitą”, „Uważam Rze” i „Gazetą Olsztyńską”. Obserwuj na TT: @EHoldynska

https://wpolityce.pl

Zlikwidowali kopalnie, która miała zasoby węgla o wartości 40 mld zł. Teraz chcą ją odtworzyć Brytyjczycy

Jak to możliwe, że Kopalnia Krupiński, która miała złoża najwyższej jakości węgla koksowego (o szacowanej wartości 40 mld zł), co roku przynosiła straty i finalnie została zlikwidowana?

Jak to możliwe, że w rok po zamknięciu kopalni do Ministerstwa Energii zgłosiła się firma z Wielkiej Brytanii, która chce wyłożyć 600 mln zł na inwestycje, uregulować sprawy z Komisją Europejską (zwrócić udzieloną pomoc publiczną), zatrudnić 2 tys. osób i ponownie uruchomić produkcję węgla? Jak to możliwe, że kopalnia nagle stanie się rentowną?

Tamar Resources – spółka z Wielkiej Brytanii, która jest zainteresowana odbudową zlikwidowanej Kopalni Krupiński – potwierdziła, że jest gotowa w tym celu zainwestować kwotę 600 mln zł. Ponadto przedstawiciele potencjalnego inwestora dodali, iż Komisja Europejska nie ma zastrzeżeń co do ponownego otwarcia zakładu, o ile zostaną spełnione dwa warunki.

Pierwszym z nich jest zwrot udzielonej pomocy publicznej (Brytyjczycy oświadczyli, że „jest to przewidziane w ich biznesplanie”). Drugim warunkiem jest modyfikacja wniosku notyfikacyjnego dotyczącego finansowania ze środków publicznych likwidacji kopalń w Polsce. Tutaj piłka jest po stronie polskiego rządu.

W kontekście powyższego zasadnym jest zadanie pytania – jak to możliwe, że kopalnia, która wcześniej przynosiła straty, teraz miałaby być rentowna? Odpowiedź tkwi w szczegółach.

Okazuje się, że zanim podjęto decyzję o likwidacji Krupińskiego, w kopalni tej wydobywano głównie tańszy w sprzedaży węgiel energetyczny. Z uwagi na fakt, iż złoża tego węgla były trudno dostępne, potrzebne były coraz większe nakłady, aby go wydobywać. W efekcie Krupiński w ciągu 10 lat przyniósł prawie 1 miliard złotych straty.

Krupiński miał jednak coś, co go wyróżniało. To złoże węgla koksowego numer 405/1, którego wartość szacowana jest na 40 mld zł. Złoże to nie było wykorzystywane, bowiem Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW – właściciel kopalni Krupiński) nie miała pieniędzy, które pokryłyby koszty inwestycji niezbędnych do tego, aby dotrzeć z eksploatacją do wspomnianego złoża (mowa co najmniej o kilkuset milionach złotych).

Efektem powyższego była decyzja państwowej JSW (formalny właściciel) o przekazaniu tej oficjalnie nierentownej kopalni do Spółki Restrukturyzacji Kopalń. To oznaczało de facto stopniowe wygaszanie Krupińskiego, aż do całkowitej likwidacji.

Teraz do gry na dobre weszli Brytyjczycy z Tamar Resources, którzy w Krupińskim widzą miliony, jeśli nie miliardy złotych do zarobienia. Ich dotychczasowe zaangażowanie oraz skuteczne przekonanie strony „społecznej” (związki zawodowe udzieliły im poparcia) świadczy o tym, że pomysł z odtworzeniem Krupińskiego traktują na poważnie.

Pytanie – co w takiej sytuacji zrobi polski rząd? Czy zdecyduje się pozostawić dotychczasowy stan rzeczy bez zmian (kopalnia pozostanie zamknięta), czy też pozwoli Brytyjczykom na wejście do Polski i odtworzenie Krupińskiego (wówczas to bogate złoża nr 405/1 przynosiłyby zyski dla Tamar Resources).

Źródło:
Ministerstwo Energii prowadzi likwidację kopalni Krupiński (RadioWnet.pl)
Śląsko-dąbrowska „S” chce, by premier objął nadzorem sprawę reaktywacji kopalni Krupiński (Stooq.pl)

http://niewygodne.info.pl

Bajki dla dzieci w domu wisielca

Zgodnie ze świecką tradycją, jaka w naszym nieszczęśliwym kraju została zapoczątkowana w roku 1950, kiedy Józef Stalin był jeszcze pełen wigoru i planów na przyszłość, 1 czerwca ludzie dorośli podlizują się dzieciom, w ramach tak zwanego „Międzynarodowego Dnia Dziecka”.

Józef Stalin był, jak wiadomo, wielkim przyjacielem dzieci, więc żeby uchronić je od złych wpływów, rodzicom wielu z nich zgotował – jak pisze poeta – „zasłużony zgon”. Oczywiście nie wszystkim, co to, to nie.

Jeśli jakaś rodzina miała prawidłowy kręgosłup i ćwierkała z właściwego klucza, to dzieci od maleńkości nasiąkały w niej odpowiednią atmosferą tak dokładnie, że roztaczają ją wokół siebie nawet w zaawansowanym wieku – o czym może przekonać się każdy czytelnik „Gazety Wyborczej”.

Skoro przyjacielem dzieci był Józef Stalin, to i w Polsce od przyjaciół dzieci aż się roiło, do tego stopnia, że nie można było nawet splunąć, żeby w jakiegoś nie trafić. Na ich czele stał Bolesław Bierut, który „kochał dzieci” – o czym jeszcze w roku 2011 zapewniał swoich czytelników pan Michał Domański na łamach komunistycznego portalu „Władza Rad” [http://www.1917.net.pl/ – admin], dzięki troskliwej opiece niezawisłych sądów, ukazującym się do dnia dzisiejszego.

Wspominam o tym portalu, ponieważ w ubiegły poniedziałek nieprzejednana opozycja świętowała rocznicę „upadku komunizmu”, jaki miał definitywnie nastąpić 4 czerwca 1989 roku. Od tamtej pory nastała w Polsce demokracja, a świadomość tej transformacji ustrojowej dotarła nawet pod strzechy, o czym świadczy anonimowa przyśpiewka: „pan prokurator ma rację, mamy w Polsce demokrację!”

A w demokracji – jak to w demokracji – musi być parlament, który w celach dekoracyjnych powołano nawet w Unii Europejskiej. Oprócz parlamentu są tam oczywiście jeszcze inne organy, na przykład – Komisja Europejska, bombardująca tubylcze parlamenty dyrektywami w ilości większej, niż jedna dziennie, które tubylczy parlamentarzyści streszczają własnymi słowami i w rezultacie mamy tak zwaną „biegunkę legislacyjną”.

A skoro już jest parlament, to raz do roku swój parlament mają też dzieci – żeby od małego nauczyły się mówić nie to, co myślą, tylko to, co na aktualnym etapie myśleć i mówić trzeba.

Tego roku Parlament Dziecięcy obradował nie w Sejmie, który akurat wykadzano po zakończeniu protestu inwalidów i ich energicznych mam, tylko na Uniwersytecie Warszawskim, co to w dziele duraczenia całych pokoleń młodzieży ma niezaprzeczalne zasługi i osiągnięcia. Oprócz dzieci młodocianych, jak się można domyślić – starannie wyselekcjonowanych, podobnie jak na recepcje u Bolesława Bieruta – można było zobaczyć dzieci w wieku starszym, na przykład w osobie posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.

Wprawdzie w związku z zaostrzającą się walką o praworządność, panuje u nas atmosfera szalenie jurydyczna i na przykład, kiedy pani w szkole mówi, że dwa dodać dwa jest cztery, to dzieci pytają, czy ma na to świadków – ale dzieciństwo ma swoje prawa i dzieci – jak to dzieci – jednocześnie wierzą we wszystko, co im powiedzą starsi i mądrzejsi, zwłaszcza z kierowniczego kolektywu „Gazety Wyborczej”.

Podaje on do wierzenia dzieciom małym i dużym, a nawet dzieciom zgrzybiałym, że 4 czerwca 1989 roku „upadł komunizm”, zaś najlepszym dowodem tego upadku był wybór na prezydenta „wolnej Polski” przywódcy owych „upadłych” komunistów, generała Wojciecha Jaruzelskiego.

Z tego powodu niektórzy powiadają, że komunizm wcale nie upadł, tylko się przepoczwarzył, to znaczy – że najtwardsze jądro komunizmu, jakim niewątpliwie była bezpieka, ukrył się za fasadą utworzoną ze swoich konfidentów i tak zwanych „pożytecznych idiotów” i zza tego parawanu po staremu okupuje nasz nieszczęśliwy kraj – ale kto by tam wierzył w takie rzeczy w sytuacji kiedy wszystkie autorytety moralne, co to pozostają na liście płac Fundacji Batorego, mówią co innego?

Jest z tym co prawda pewien kłopot, bo 4 czerwca przypada też inna rocznica – rocznica obalenia w 1992 roku rządu premiera Jana Olszewskiego z powodu próby ujawnienia konfidentów komunistycznej bezpieki w strukturach państwa.

Ta próba się nie udała, toteż konfidenci, już w kolejnych pokoleniach, panoszą się w naszym nieszczęśliwym kraju – i swoim zwyczajem oraz za przykładem oficerów prowadzących – wysługują się państwom ościennym, wskutek czego wojna, jaką polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza od 1944 roku prowadzi przeciwko historycznemu narodowi polskiemu, trwa u nas w najlepsze mimo sławnej transformacji ustrojowej.

Ale jakże mówić takie rzeczy dzieciom, skoro powinny wiedzieć co innego – że mianowicie w domu wisielca nie mówi się o sznurze?

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

O wyższości leninowskich norm

Nie wszystko, co zalecał Włodzimierz Eljaszewicz Uljanow, bardziej znany pod pseudonimem „Lenin”, było takie głupie. To znaczy oczywiście było, jakże by inaczej, ale nawet i on miał ciekawe spostrzeżenia, nie mówiąc już o spostrzeżeniach Józefa Stalina, który właśnie ze względu na nie, może być bez żadnej przesady uznany za klasyka demokracji.

Weźmy na przykład taką spiżową sentencję, że ważniejsze od tego, kto głosuje, jest to, kto liczy głosy. Słuszność tego spostrzeżenia Józefa Stalina objawia się w całej rozciągłości podczas ostatnich wyborów samorządowych, w których została oddana rekordowa liczba głosów nieważnych – powiadają, że aż 5 milionów!

Najwięcej, bo aż 25 procent głosów nieważnych oddali wyborcy głosujący w okręgach wielkopolskich, bo 20 do 22 procent głosów nieważnych oddali wyborcy w większości okręgów. Ciekawe, że stosunkowo najmniej takich głosów znalazło się w województwach południowo-wschodnich: podlaskim, lubelskim, świętokrzyskim i podkarpackim.

Eksperci Fundacji Batorego, finansowanej z pieniędzy starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa twierdzą wprawdzie, że to dlatego, iż wyborcy się mylili, ale dlaczego mamy wierzyć ekspertom pracującym za pieniądze starego żydowskiego grandziarza, a nie klasykowi demokracji Józefowi Stalinowi, zwłaszcza, że w odróżnieniu od Fundacji Batorego, Józef Stalin nie miał żadnego interesu w dezinformowaniu polskiej opinii publicznej, bo w roku 2014 był już nieboszczykiem i to bardzo starym?

Ja w każdym razie nie wierzę w ani jedno słowo wypowiadane przez Fundację Batorego, oczywiście z wyjątkiem informacji, kto i za co dosłał od nich jurgielt.

Kiedy byłem naczelnym redaktorem „Najwyższego Czasu!”, podobnie jak szefowie innych redakcji, otrzymywałem z tej Fundacji coś w rodzaju sprawozdania finansowego, z którym podawała ona, kto i za co dostał od niej jurgielt i w jakiej wysokości. Był to znakomity przewodnik po polskim życiu publicznym, wyjaśniający, dlaczego ten czy ów autorytet moralny ćwierka akurat z tego klucza.

Z dwojga złego wolę tedy ufać Józefowi Stalinowi tym bardziej, że domyślam się, kto zasiada w komisjach liczących głosy, zwłaszcza w gminach wiejskich i małych miasteczkach. Otóż zasiadają w nich albo członkowie, albo sympatycy PSL. Nie chodzi oczywiście o żadne sympatie ideowe, tylko o tak zwane konieczności życiowe. PSL bowiem, jeszcze pod koniec komuny, poobsadzał w takich ośrodkach swoimi sympatykami wszystkie możliwe posady. Jeśli ktoś ma we wsi, czy takim miasteczku dom i kawałek pola, to musi twardo trzymać się ziemi tym bardziej, że dzieci, to znaczy – Zosia, Patrycja, Józio i Darek kończą właśnie studia w wyższej szkole gotowania na gazie i trzeba zapewnić im świetlaną przyszłość.

Dopóki w gminie panuje stabilizacja polityczna, to sytuacja jest przewidywalna również pod kątem posad, od sprzątaczki po dyrektora. W tej sytuacji dopisanie drugiego krzyżyka na karcie do glosowania dyktuje sam instynkt samozachowawczy i jestem pewien, że osoby liczące głosy nawet się z tego nie spowiadają, traktując tę sytuację w kategoriach stanu wyższej konieczności. Toteż bez zaskoczenia przyjąłem wiadomość, że pomysł zamontowania kamer w lokalach wyborczych okazał się sprzeczny z konstytucją. No naturalnie, jakże by inaczej!

A przecież na liczeniu głosów demokracja się nie kończy – bo zanim dojdzie do głosowania i liczenia głosów, to najpierw musi zostać przygotowana alternatywa – żeby wyborcy mieli w czym wybierać.

Za pierwszej komuny alternatywa była uproszczona, niczym wybór w kołchozowe stołówce, gdzie można jeść, albo nie jeść. Teraz sytuacja trochę się skomplikowała, ale nie aż tak, żeby przygotowanie odpowiedniej alternatywy przekraczało możliwości umysłu ludzkiego. A kiedy alternatywa jest przygotowana prawidłowo? Józef Stalin twierdzi, że wtedy, gdy bez względu na to, kto wybory wygra, będą one wygrane.

Kiedy spojrzymy wstecz na naszą młodą demokrację, to widzimy, że za każdym razem alternatywa była przygotowana prawidłowo. W dodatku opiekunowie naszej młodej demokracji zadbali również o to, by nikt tych przygotowań nie zauważył, tylko żeby przygotowanie alternatywy sprawiało wrażenie pełnego spontanu i odlotu.

Weźmy taką partię jak „Nowoczesna”. Kiedy stare kiejkuty zapragnęły przekonać Amerykanów, by również ich wciągnęli na listę tak zwanych „naszych sukinsynów”, to musiały pokazać, że warto. Uwinęły się tedy i dosłownie z niczego, na poczekaniu utworzyły partię „Nowoczesna” i zanim jeszcze pan Ryszard Petru zdążył otworzyć usta, naród obdarzył nową formację 11 procentami zaufania.

Fenomen ten godzien rozbiorów, ale na gruncie mojej ulubionej teorii spiskowej wyjaśnienie jest proste; konfidenci dostali rozkaz: „W prawo zwrot! Do pana Rysia marsz!” – i jest partia i 11 procent zaufania. Toteż Nasi Najwięksi Sojusznicy, widząc taką sprawność w aranżowaniu politycznej sceny, wciągnęli starych kiejkutów na listę „naszych sukinsynów” i dlatego właśnie mamy w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju polityczną wojnę, która nie tylko emocjonalnie rozhuśtuje miliony obywateli, ale ułatwia Niemcom mobilizowanie folksdojczów, którzy gotowi są obalać rząd za darmo.

Wróćmy jednak do Włodzimierza Eljaszewicza. Otóż wśród rozmaitych zbawiennych pouczeń znalazło się i to, by „ufać i kontrolować”. Mogłoby się wydawać, że to zbytek ostrożności, że samo zaufanie wystarczy – ale oto na Ukrainie zdarzył się przypadek zmartwychwstania.

Zaraz po nieoczekiwanym zakończeniu protestu inwalidów i ich energicznych mam w Sejmie, świat został zelektryzowany wiadomością o zastrzeleniu w Kijowie rosyjskiego dziennikarza Arkadiusza Babczenki, którego nieznani sprawcy zamordowali strzałami w plecy. Sam modus operandi wskazywał na zimnego ruskiego czekistę Putina i w tym kierunku szły sugestie ukraińskich władz.

W tej sytuacji nawet pani Anna Applebaum pryncypialnie potępiła ruski reżym, który – o ile to w ogóle możliwe – wydaje się jeszcze gorszy od reżymu Jarosława Kaczyńskiego. O ile bowiem reżym Jarosława Kaczyńskiego co najwyżej morduje papugi, to reżym zimnego ruskiego czekisty morduje dziennikarzy, w dodatku tchórzliwymi strzałami w plecy.

Niestety, a właściwie „stety” okazało się, że pan Babczenko zmartwychwstał, to znaczy – że w ogóle nie został zastrzelony, że cała operacja została przygotowana przez Służbę Bezpieki Ukrainy w celu schwytania nasłanego przez Kreml nieznanego sprawcy. Rzeczywiście podano wiadomość o aresztowaniu jakiegoś nieszczęśnika, co do którego jestem pewien, że już został podłączony do prądu i przyzna się do wszystkiego, a potem w tajemniczych okolicznościach zniknie.

Jednak pani Anna Applebaum, która nie tylko opłakała pana Babczenkę i pryncypialnie skrytykowała zbrodniczy kremlowski reżym, takiego wystrychnięcia na dudka się nie spodziewała, więc nie żałowała gorzkich słów pod adresem ukraińskiej bezpieki, której wiarygodność w oczach żydowskich publicystów bardzo ucierpiała.

Podobny wypadek zdarzył się jeszcze w głębokiej starożytności, kiedy to pewien leniwy pastuszek co i rusz alarmował całą wieś fałszywymi alarmami o napadzie wilków. Wieśniacy początkowo żywo reagowali na te alarmy, ale potem przestali i kiedy któregoś dnia wilki rzeczywiście napadły na stado, nikt się nie ruszył na alarm podniesiony przez pastuszka.

Jestem pewien, że od tej pory żydowscy publicyści będą traktowali wszelkie ukraińskie rewelacje cum grano salis, podczas gdy nasi dygnitarze nadal będą ukraińskiej bezpiece ufali bez zastrzeżeń, bo co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl/

Bracia Kennedy zostali zabici przez CIA w imieniu Izraela

Według amerykańskiego historyka Kevina Barretta, były amerykański senator Robert F. Kennedy i jego starszy brat, były prezydent John F. Kennedy, zostali zamordowani przez agentów CIA na zlecenie Izraela.

Sirhan Sirhan, 24-letni palestyński imigrant, został niesłusznie skazany na karę śmierci w 1969 roku za [rzekome] zamordowanie R.F.K.

Presstv.com donosi: „Śmierć Roberta F. Kennedy’ego w 1968 roku była przedmiotem szeroko rozpowszechnianej analizy, podobnej do zabójstwa jego starszego brata Johna F. Kennedy’ego z 1963 roku. Bobby Kennedy został zamordowany podczas uroczystości po jego udanej kampanii w kalifornijskich wyborach podstawowych, podczas ubiegania się o nominację demokratów na prezydenta USA. 42-letni kandydat na prezydenta został śmiertelnie zastrzelony krótko po północy w hotelu Ambassador w Los Angeles w Kalifornii”.

Różni eksperci przypisywali rozmaite motywy do zaangażowania CIA w zabójstwo obu Kennedych. Skryty charakter CIA i jego reputacja w związku z zabójstwami politycznymi na wysokim szczeblu w latach 60-tych sprawiły, że Agencja stała się prawdopodobnym sprawcą zamordowania braci Kennedych.

– Trzech mężczyzn widzianych na filmach i fotografiach z hotelu Ambassador tuż przed i po zabójstwie Roberta F. Kennedy’ego zostało pozytywnie zidentyfikowanych jako agenci CIA – powiedział Kevin Barrett.

– Zabójstwa braci Kennedych zostały w dużej mierze przeprowadzone w imieniu Izraela – dodał Barrett Press Press w poniedziałek. – John F. Kennedy był oddany zamknięciu izraelskiego programu broni jądrowej i został zabity, ponieważ Izraelczycy – a konkretnie były izraelski premier David ben-Gurion – wierzyli że jest to kwestia przetrwania dla Izraela. Skazany na śmierć Sirhan Sirhan, który został wybrany jako rzekomy zabójca i zahipnotyzowany, nie miał pojęcia, co tam robi. Był wykorzystywany do celów propagandowych przez syjonistów, którzy zamordowali obu braci Kennedych – powiedział Barrett.

Także Robert F. Kennedy jr., syn Roberta F. Kennedego, mówi, że nie wierzy, że Sirhan przeprowadził zabójstwo jego ojca. W wywiadzie dla „The Washington Post” opublikowanym w miniony weekend, Kennedy powiedział, że spędził miesiące, przeglądając wyniki sekcji zwłok, raporty policyjne i przesłuchując świadków, którzy byli tam, gdy jego ojciec został zastrzelony. – [Na podstawie tego nie wierzy, że to uczynił Sirhan].

mak
Źródło: https://newsbook.pl/2018/05/30/bracia-kennedy-zostali-zabici-przez-cia-w-imieniu-izraela/
http://www.wicipolskie.org