Ludzie w ornatach od mokrej roboty (cz. 3.)

katolickie zgromadzenie
Stowarzyszenie Kapłanów Świeckich Miłości Apostolskiej, potocznie zwane stowarzyszeniem charystów

Przerywam zmowę milczenia, czyli ludzie w ornatach od mokrej roboty (cz. 3.)

Wszelkie struktury mafijne działające wewnątrz większej organizacji społecznej realizują cele, które wymierzone są przeciw interesom dominanta.

Czy księża charyści posiadali (posiadają) ludzi od tzw. mokrej roboty?

Współczesna historia Kościoła katolickiego w Polsce obfituje w zagadkowe zgony kapłanów.

U Konfederatów już kilkakrotnie o paru z nich wspominaliśmy. Jest zastanawiające, że Kościół nigdy kategorycznie nie zażądał wyjaśnienia okoliczności tych śmierci, zadowalając się zdawkowym wskazaniem na sprawstwo służb komunistycznych. No bo skoro nie one, to któż mógł dybać na życie prymasa Hlonda, czy też biskupów Łukomskiego i Pawłowskiego?

No właśnie. W tym miejscu warto przypomnieć, że już w 1938 r. ksiądz Antoni Bogdański, prominentny charysta, wiedział, że ksiądz Stefan Wyszyński rychło zostanie prymasem Polski.

Zresztą sam mu to oznajmił. Na przeszkodzie w realizacji tego planu stały dwie osoby: dotychczasowy prymas i biskup typowany na jego następcę. Obaj zostali wyeliminowani w ciągu zaledwie kilku dni, a na dodatek zmarli… w tym samym szpitalnym łóżku.

Okoliczności śmierci obydwu hierarchów obfitują w zagadkowe wątki. Spośród nich warto wskazać na dwa. Pierwszy dotyczy księdza Antoniego Hlonda Chlondowskiego i jego – często pomijanej w piśmiennictwie – obecności przy łożu śmierci brata, ks. bp Prymasa Polski kardynała Augusta Hlonda.

Dlaczego ksiądz Chlondowski nigdy publicznie nie odniósł się do rzekomego „testamentu” prymasa, w którym ten miał wskazać x. Wyszyńskiego jako swojego następcę? Czy milczenie x. Chlondowskiego miało być ceną za zgodę na funkcjonowanie założonej przez niego Salezjańskiej Szkoły Organistowskiej w Przemyślu (została ona zamknięta w zaledwie rok po jego śmierci)?

Kolejne symptomatyczne milczenie łączy się z okolicznościami wypadku samochodu, którym z pogrzebu prymasa Hlonda wracał niedoszły Prymas Polski biskup Stanisław Kostka Łukomski wraz ze swoim sekretarzem, x. Henrykiem Kulbatem. ksiądz Kulbat rychło „zapomniał” o całym zdarzeniu i publicznie nie wypowiedział się na jego temat ani nie podniósł żądania pełnego wyjaśnienia wszystkich okoliczności tego tragicznego w skutkach wypadku.

Czy fakt tego jego milczenia miał jakieś podwójne dno? A może warto podążyć tropem niezwykłej kariery x. Józefa Michalika, którego promotorem był przecież uparcie milczący x. Kulbat?

Jeszcze mniej wiemy o śmierci biskupa włocławskiego, Antoniego Pawłowskiego. Nadzwyczaj oszczędne źródła podają tylko, że zmarł on 16 września 1968 r. wskutek wypadku samochodowego, do którego doszło na szosie pod Opolem. Oficjalnie tylko tyle! A nieoficjalnie?

Wiadomo, że kilkanaście miesięcy przed śmiercią biskup Pawłowski otrzymał list dyscyplinujący od prymasa Wyszyńskiego, w którym nadawca żądał od adresata zaprzestania szykanowania księży charystów w diecezji włocławskiej. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że obaj hierarchowie byli… charystami! O charakterze relacji ich łączących najlepiej zaświadcza fakt, że biskup Pawłowski sakrę otrzymał… bez wiedzy Prymasa Wyszyńskiego i ten nosił się z zamiarem odwołania tej nominacji.

Mamy zatem co najmniej trzy zagadkowe śmierci wysokich dostojników kościelnych i w tle tych spraw możemy dostrzec ślady obecności księży charystów. Choć nie dysponujemy jakimkolwiek twardym dowodem na to, że to właśnie oni inspirowali te tragiczne w skutkach wydarzenia, to jednak w myśl starożytnej mądrości “is fecit, cui prodest”, nie możemy przejść obojętnie wobec najskromniejszych nawet poszlak. W tym miejscu musimy postawić dość szokujące pytanie: czy istnieją jakiekolwiek przesłanki uprawdopodobniające tezę, że charyści mogli posiadać wystarczające siły i środki pozwalające na “eliminowanie” swoich wewnętrznych bądź zewnętrznych przeciwników?

Aby podjąć próbę odpowiedzi na to śmiałe pytanie, musimy przyjrzeć się niezwykłej karierze wsi Lisków i zasłużonego dla jej rozwoju proboszcza, księdza Wacława Blizińskiego. ksiądz Bliziński w 1892 roku ukończył seminarium duchowne we Włocławku, a osiem lat później został nominowany proboszczem parafii Lisków (powiat kaliski).

Wieś ta była uosobieniem przysłowiowej nędzy i rozpaczy. Po latach ksiądz Wacław Bliziński tak wspominał to, co zastał w Liskowie: Na sto lichych chałup tylko jedna była murowana, kryta słomą, reszta drewniane, walące się strzechy, bez płotów, a już najgorszą chałupą była jednoklasowa szkoła powszechna na całą parafię; droga wyboista, pełna kałuż, błota, nawet na cmentarz grzebalny idąc ludzie z trudem buty wyciągali, a ja gubiłem kalosze, furmankę z trumną zawsze podtrzymywano żeby nie wypadła.

Wraz z nastaniem nowego proboszcza wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W Liskowie powstał sierociniec, szkoły, kółko rolnicze, dom ludowy, ośrodek zdrowia, sklep, bank, kasa kredytowa, kilka zakładów przemysłowo-rzemieślniczych, wydawano własną gazetę.

ksiądz Bliziński, sprawca tego cywilizacyjnego cudu, doczekał się licznych uhonorowań. Przez wiele lat był posłem i senatorem, prominentnym działaczem partyjnym, pracownikiem ministerialnym. Otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi oraz Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Oficjalne laurki wystawiane x. Blizińskiemu nie dopowiadają paru istotnych szczegółów. otóż proboszcz Liskowa był członkiem stowarzyszenia charystów i życzył sobie, by każdy jego następca również do tego związku przynależał. Wiadomo, że tak się rzeczy miały z kolejnym liskowskim proboszczem, ks. Aleksandrem Kwiatkowskim.

W tym artykule nas najbardziej interesuje jednak inny wątek związany z x. Blizińskim, stawiający w krańcowo innym świetle zarówno cywilizacyjny cud liskowski, jak i tamtejszego “cudotwórcę”. Otóż jedną ze wstydliwych, głęboko skrywanych tamtejszych tajemnic, jest wątek dotyczący napadu na carski furgon przewożący żołd dla żołnierzy z garnizonu kaliskiego. Atak miał mieć miejsce na początku pierwszej wojny światowej, a napastnikami – członkami związanego z Józefem Piłsudskim “Strzelca” – miał dowodzić… sam x. Bliziński.

Jakie umiejętności trzeba posiadać, by skutecznie zmierzyć się z silnie uzbrojonym oddziałem regularnego wojska? Czy takie mógł posiadać prowincjonalny proboszcz? A jeśli tak, to gdzie i w jakim celu je nabył? Musiał odbyć odpowiednie wojskowe przeszkolenie, a takiego nie przechodzi się w seminarium. Gdzieś nauczono go posługiwać się bronią, zabijać. Czy te swoje umiejętności wykorzystywał również w innych okolicznościach? I w końcu: czy on i jego ludzie mogli być zbrojnym ramieniem związku charystów?

Nimb otaczający postać x. Blizińskiego nie minął wraz z jego śmiercią. Setna rocznica jego urodzin (rok 1970) była obchodzona bardzo uroczyście, a swoją obecnością zaszczycił ją sam prymas Wyszyński.

Postscriptum. Tekst ten nabiera rumieńców przy jego uważnej lekturze i skupieniu się na specyficznym kodzie zawartym w zaprezentowanych fotografiach. Naprawdę warto poświęcić im więcej czasu, niż czynimy to standardowo. I jeszcze jedno: moją wyłączną intencją – wbrew wielu insynuacjom – jest dobro Kościoła katolickiego, którego mam honor być niewielką cząsteczką. Tylko cała prawda o niszczącym go spisku może uleczyć jego współczesne poranienia.
Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.
Tagi:
kościół
tajemnicze zabójstwa
śmierci polskich duchownych

.http://zagozda.neon24.pl/post/149183,ludzie-w-ornatach-od-mokrej-roboty-cz-3

ksiądz Antoni Chlondowski
pl.wikipedia.org/wiki/Antoni_Chlondowski
Antoni Chlondowski, SDB, właściwie Antoni Hlond (zmienił nazwisko, aby nie kojarzono go ??? z bratem, kardynałem Augustem Hlondem, prymasem Polski), także Antoni Hlond-Chlondowski (ur. 13 czerwca 1884 w Kosztowach na Górnym Śląsku, zm. 13 maja 1962 w Warszawie) – polski salezjanin, kompozytor.

No, ale wracajmy do anegdoty, bo dygresje robią się coraz dłuższe. Tenże Bratkowski usłyszał kiedyś o sukcesie ekonomicznym księdza Wacława Blizińskiego, który podniósł z całkowitego upadku wieś Lisków pod Kaliszem. Postanowił zapoznać się z tym fenomenem i wysłał tam swoich ludzi, by naocznie zbadali sprawę. Oni to zrobili, a powróciwszy do bazy oznajmili Stefanowi, że sukces księdza prałata polegał na tym, że wyeliminował on z lokalnego rynku obrotu żywnością żydowskich pośredników. Do tego założył spółdzielnię i towarzystwo reasekuracji wzajemnej. Oraz różne inne potrzebne do życia urządzenia. Wieś Lisków zmieniła się w zasadzie od razu, w niewiele lat stała się miejscem gdzie rozkwitała kultura i oświata, gdzie powstała dobra szkoła i sierociniec. Usłyszawszy czego dowiedzieli się jego wysłannicy, Stefan Bratkowski, jak twierdzi mój znajomy, zakazał rozgłaszać te wieści i przestał interesować się fenomenem księdza Blizińskiego. I tak ksiądz prałat, którego dzieło sławne było na całą II Rzeczpospolitą nie stał się bohaterem wyobraźni masowej i nie został wciągnięty do panteonu gierojaw ekonomiczieskiego truda. Znany jest lokalnie, w Kaliszu i okolicach, a w samym Liskowie jego pamięć kultywuje się w sposób niezwykły i poważny. Jasne jest, że nikt w całej Polsce nie sięgnie po przykład księdza Blizińskiego, by pokazać jak powinna wyglądać wzorowa gospodarka wiejska, bo i komu to jest potrzebne w epoce sklepów wielkopowierzchniowych. Ponieważ jednak Kościół uczy przykładem, nie można tego znakomitego przykładu pominąć. Dlatego od dziś w naszej księgarni prezentujemy wspomnienia księdza Wacława Blizińskiego zatytułowane „Wspomnienia mego życia i pracy”. Tom zawiera liczne fotografie, a poprzedzony jest wstępem kardynała Stefana Wyszyńskiego.

.https://coryllus.pl/ksiadz-ktory-wykiwal-zydow/

Refleksja ks. Tischnera o roli Kościoła w społeczeństwie

Zmarły niedawno ksiądz profesor Józef Tischner znany był jako zwolennik wielostronnej reformy Kościoła katolickiego. Postawa ta zaznaczała się w niechętnym stosunku do filozofii tomistycznej, a koncentrowała się na kwestiach społecznych i roli Kościoła w państwie demokratycznym. W tej dziedzinie interesujące są poglądy wyrażone w artykule Wiara i potrzeby świata („W drodze”, nr 1/1997). Zdaniem Autora „gdyby Kościół uznał w porę znaczenie demokracji, czy doszłoby do tragicznego w skutkach poparcia Kościoła dla Hitlera? Do konkordatu z Hitlerem? Do pochwał wypowiadanych ustami biskupów?” (s. 83). Pomijając absurdalność zarzutu można zapytać czym złym jest konkordat z III Rzeszą, jeżeli wszystkie państwa prowadziły normalne kontakty dyplomatyczne z tym państwem? W istocie Kościół był przeciwnikiem dyktatury ale troszczył się o los katolików w III Rzeszy. Natomiast uznanie dla demokracji liberalnej wypowiadane przez współczesnych hierarchów pociąga za sobą nieuchronnie rozdział Kościoła od państwa zrealizowany po Soborze Watykańskim II. Pomimo, że teza o rozdziale Kościoła od państwa została potępiona przez wielu papieży, a zwłaszcza przez Piusa IX w Syllabusie (1864), to jednak ks. Tischner, podobnie jak wielu teologów współczesnych z całą mocą bronił tej zgubnej doktryny.
W dziedzinie kontaktów Kościoła ze światem w dobie przedsoborowej Autor pisze: „katolicy zamykają okna i drzwi przed wszystkim, co niekatolickie. Aż w pewnym momencie to wszystko pęka. Walą się «mury Jerycha»” (s. 83). Porównując Kościół do wrogiego Bogu i Izraelitom miasta Jerycho ks. Tischner sugeruje jakoby Kościół przedsoborowy był wrogi prawdzie i Bogu. (Por. Księga Jozuego, rozdział 6: ,,Jerycho było silnie umocnione i zamknięte przed Izraelitami. Nikt nie wychodził ani nie wchodził. I rzekł Pan do Jozuego: Spójrz, Ja daję w twoje ręce Jerycho wraz z jego królem i dzielnymi wojownikami”). Obraz ten zakłada przeciwstawienie dawnemu Kościołowi sytuacji w Kościele dzisiejszym, który jest rozumiany jako otwarty na dialog i postępowy w sensie liberalnym. Nie można jednak stracić z oczu faktu, iż obecne postępujące uznanie dla „wszystkiego, co niekatolickie”, prowadzi w Kościele do opłakanych skutków, których wyrazem jest potęgujący się indyferentyzm religijny i pomieszanie prawdy katolickich dogmatów z błędami herezji widoczne w tak wielu dziełach teologów posoborowych i w świadomości wiernych.
Aby wyrazić rozterki człowieka współczesnego ks. Tischner pisze: „człowiek nosi w sobie pytanie: czy Bóg jest także władcą totalitarnym? (sic)” (s. 84). Określenie to jest bliskie bluźnierstwu i wynika z absolutyzowania demokracji, a także pragnienia aby przedstawić współczesnemu człowiekowi, wychowanemu na zasadach liberalnych, wizję liberalnego Kościoła i łagodnej teologii, wolnej od „przymusu”. Problem polega na tym, że jest to wizja fałszywa, gdyż Kościół katolicki nie może być liberalny, a prawda wymaga zarówno bezkompromisowości jak i poświęcenia, zasad sprzecznych z demokratyczną praktyką „uznawania prawdy” tylko tam, gdzie znajduje się tylko większość arytmetyczna.
Ksiądz profesor Tischner nie był zawodowym ekumenistą, a publikował raczej książki i artykuły z dziedziny filozofii współczesnej i myśli społecznej. Należy uznać, że u podstaw jego rozumienia roli Kościoła we współczesnym świecie tkwią z pewnością zasady demokracji i pluralizmu charakterystyczne dla wielu myślicieli epoki posoborowej. Z tego powodu wszelkie dążenia do nieustępliwego głoszenia wiary katolickiej, także w dziedzinie społecznego panowania naszego Pana Jezusa Chrystusa były przez ks. Tischnera piętnowane mianem „integryzmu”, zwłaszcza na łamach takich pism jak „Gazeta Wyborcza” czy „Tygodnik Powszechny”.

Adam Małaszewski (Leksykon Modernistów Polskich)

„Kirche Intern”

Ksiądz Józef Tischner, profesor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, filozof (jak sam mówi o sobie, po pierwsze filozof, po drugie ksiądz), jest w dzisiejszej Polsce wszędzie obecny: w telewizji publicznej ma swoje programy; udziela wywiadów prasie o lewicowej i libertyńskiej proweniencji; pisuje raz po raz imponujące rozmiarami artykuły w „Tygodniku Powszechnym’’ (redakcja eksponuje dzieła ks. Profesora na pierwszej stronie); wydaje książki autorskie i tzw. rozmowy, w których jego partnerami są antykościelny polityk i publicysta Michnik oraz laicyzująco-lewicowy dziennikarz Jacek Żakowski. Ks. Tischner jeździ też często za granicę, gdzie zdarza mu się przekazywać kontestatorskiej prasie, jak np. austriackiemu organowi ugrupowania „My jesteśmy kościołem” pt. „Kirche Intern”, swoje opinie – w rodzaju tej, że w Polsce są dwa różne środowiska katolickie: jedno światłe i godne, bo postępowe, czyli ludzie „Tygodnika Powszechnego’’ i wszyscy im bliscy, a drugie zacofane intelektualnie i konfesyjne, chylące się ku upadkowi – Katolicki Uniwersytet Lubelski ze swymi profesorami i studentami.
Dziwne rzeczy, które Ksiądz mówił i mówi (zaś mówi i pisze wciąż), można bez końca wyliczać: np. to, że dogmaty są już nieaktualne, bo każda epoka ma swoje; to znów, że Polsce potrzebna jest „ ucieczka (!) religii w prywatność albo że Kościół jest raz mądrzejszy, raz głupszy. Przepędza ludzi jak może (…) największym zagrożeniem dla Kościoła jest on sam. Ks. Profesor nie wahał się też rzec w wywiadzie dla „Trybuny Opolskiej’’ z 13 września 1996 r.: dla mnie Urban jest o ‚key.
Ks. Tischner bywa zwykle wyrozumiały i tolerancyjny. Gdy rozmawiała z nim indyferentna dziennikarka TV i „Dziennika Zachodniego’’ z Katowic, która orzekła, że podczas Ostatniej Wieczerzy Apostołowie upili się i zasnęli, komentarz księdza brzmiał, że każdy ma swoje słabości. Jednak owa tolerancja, której towarzyszy najczęściej życzliwy uśmiech, ma swoje granice. Gdy tylko ktoś ośmieli się z Ks. Profesorem nie zgodzić, a nie jest postkomunistą czy libertynem tylko wywodzi się ze „złej prawicy’’ bądź „Kościoła zamkniętego’’, nasz wielki Autorytet zmienia się natychmiast w gniewnego i bezlitosnego przeciwnika, w którego słowach trudno dojrzeć cnoty, wymagane od innych. Jego ulubioną metodą polemiczną jest rozpoczynanie sporu od sugestii, że oponent go nie rozumie – nawet gdy jest szanowanym intelektualistą czy uczonym. Tego chwytu można pogratulować: nie znali go zapewne nawet eryści…
Księdzu Tischnerowi lepiej w drogę nie wchodzić. Po stronie Księdza stoją nie tylko rzesze zasłuchanych w jego telewizyjne nauki, ale również wysokie osobistości duchowne. Profesor jest nietykalny, niekrytykowalny i niepodważalny. Przekonał się o tym pewien wyróżniający się inteligencją i sztuką władania słowem ksiądz wikary, który w programie jednej z radiostacji kościelnych wygłaszał swój cotygodniowy felieton, cieszący się wielkim uznaniem słuchaczy. Gdy ośmielił się poddać krytyce wypowiedzi ks. Tischnera, nie tylko odebrano mu natychmiast prawo głosu na antenie, ale wkrótce został przeniesiony z dużego miasta do skromnej wiejskiej parafii, gdzie ucichł i przestał się w opinii publicznej liczyć. I o to niewątpliwie chodziło.
Ks. Profesor objaśnia nam Dekalog i Katechizm – oczywiście, po swojemu; owe egzegezy wypowiada nie tylko w telewizji, ale pojawiają się one natychmiast w druku – w książkach, które wysypują się z oficyn, jak grzyby po deszczu, jedna po drugiej, wypełniając półki i witryny katolickich księgarń. Gdy pod Jasną Górą odbywają się uroczystości religijne, młodzi ludzie obchodzą wiernych, sprzedając natarczywie książki i broszury pióra Księdza. Ich autor, choć za teologa raczej się nie uważa, to jednak przedstawia własną interpretację teologii, postulując jej unowocześnienie i przyjęcie w formie, którą określił kiedyś mianem „nowej wiary”.
Niektórzy uporczywi wielbiciele ks. Profesora mówią wciąż o nim jako o „czołowym ideologu «Solidarności»”, chociaż Ksiądz nie ma od dawna z „S” nic wspólnego, będąc aktywnym sojusznikiem demoliberałów, skupionych w libertyńskiej UW. Pojawia się też bez skrępowania na konwentyklach tej partii; można sobie wyobrazić, jak straszny podniósłby się rejwach z burzą protestów włącznie we wszelkich instancjach i „organach”, gdyby na zebraniu ROP-u czy nawet AWS-u wystąpił jakiś ksiądz. Z pewnością usłyszelibyśmy głosy surowego potępienia takiego „upolitycznionego” duchownego, a nie wykluczone, że przyłączyłby się do nich bp. Pieronek, czy bp. Życiński. O zaangażowaniu politycznym ks. Tischnera nikt ani słówka nie piśnie…
Ksiądz Tischner nie poprzestaje bynajmniej na udziale w akcjach ukochanej „Unii” i wspieraniu jej słowem i czynem. Zasiada w Radzie Fundacji Batorego, sponsorującej antychrześcijańskie poczynania; jest członkiem Klubu Europa, uchodzącego za formację paramasońską. Ostatnio wraz z ks. Bpem. Józefem Życińskim – przystąpił do krytykowania wszystkich tych, co sygnalizują nasilające się w Polsce działania masonerii, wrogiej w swych podstawach ideologicznych religii, a szczególnie Kościołowi katolickiemu. Z tego, co obaj duchowni intelektualiści zawyrokowali na łamach bliskich sobie czasopism, wynika, że masonów w Polsce prawie nie ma, a gdy nawet są, nie zagrażają nikomu. Kto o nich mówi i pisze, wprowadza ludzi w błąd i jest śmieszny. Intencja tych wystąpień żadnego komentarza nie wymaga.
Umacnianie pierwszoplanowej pozycji ks. Profesora w świadomości Polaków – jako duchowego przywódcy „Kościoła otwartego”, czyli dającego się „zmieniać” według życzeń katolewicy – odbywa się w zgodnym współudziale postkomunistów i „lewicy laickiej” UD-UW. Ich ludzie rozpanoszeni w mediach robią wszystko, aby Ksiądz mógł być niemal wszędzie i mówić to, co mu na myśl przyjdzie. Hierarchia kościelna milczy, nawet gdy ks. Tischner krytykuje w niemiły sposób Kościół, którego cząstkę sam stanowi i o którego cześć powinien dbać. Czyni to gdzie się da. m in. udzielając wywiadów prowincjonalnym gazetom, w których potrafi atakować źle przez niego widziane („niepostępowe”) kościelne czasopisma, używając nawet w stosunku do nich niedopuszczalnych określeń.
Wypowiedzi Księdza oburzają wielu normalnie myślących ludzi, którzy jednak nigdzie nie mogą wyrazić swojej o nich opinii. Tak np. w artykule Sprawa Józefa Kurasia-Ognia, opublikowanym w „Tygodniku Powszechnym”, ks. Tischner napisał: Jestem również pełen niekłamanego podziwu dla ludzi partii i bezpieczeństwa (…) Jestem przekonany, że ludzie ci nie robili tego dla kariery. Robili z przekonania (…) ich odwaga i poświęcenie zostały od początku zmarnowane (…) bo komuniści marnotrawili czas, energię, surowce, wynalazki, a przede wszystkim ludzi. Dziś dorównuje im w tym zbożnym dziele jedynie tzw. «polska prawica».
Wyjątkowo wystąpił też swego czasu ks. Profesor na łamach miesięcznika kościelnego „Powściągliwość i Praca”, gdzie – udzielając wywiadu – kontynuował swoje stałe wątki; zaraz też tekst przedrukowała „Gazeta Wyborcza” (1993, nr 40). Jest w nim oskarżenie niektórych przedstawicieli Kościoła, że biorą Ewangelię jako punkt wyjścia do oskarżeń przeciw człowiekowi?), katolików „niepostępowych”, iż reprezentują moralność faryzejską, która służy do wodzenia za nos ludzi (!). Tej nieledwie prokuratorskiej oracji towarzyszy pochwała „Gazety Wyborczej”, która ma jakoby stosunkowo jasną wizję demokratycznego państwa. O redaktorach „Wprost”, atakujących wówczas bezustannie kościół rzekł Ksiądz: ,,Wierzę w uczciwość tych ludzi” , potępił natomiast „Niedzielę” i „Słowo” jako mające rzekomo manichejską wizję rzeczywistości.
Apologetów ks. Tischnera, zresztą mistrza autopromocji i autopropagandy, nie brakuje. Od pochwał pod jego adresem aż się roi, a najbardziej imponujący pod tym względem był artykuł Janusza Miliszkiewicza, anty-klerykalnego publicysty, w miesięczniku „Playboy” (1995 nr 12), zatytułowany Kapłan na luzie. Sam ten tytuł już wiele mówi, zaś jeszcze więcej pisze Miliszkiewicz. Cytuję (o ks. Tischnerze): W ciągu ostatnich pięciu lat stał się symbolem odnowy polskiego Kościoła rzymskokatolickiego (…) na jego wykładach są takie tłumy, że jak sam relacjonuje, nie może się wcisnąć do sali (…) Tischner wali w Kościół jak w bęben. W Kościele nie ma myślenia, natomiast namnożyło się nam prokuratorów. Ewangelia wykorzystywana jest do tego, żeby obrazić i poniżyć człowieka. Kościół jest chory, gdyż chory jest jego język.
Miliszkiewicz opracował swoją antologię tekstów ks. Tischnera nader starannie; jego zdaniem, „słowa Tischnera brzmią jak salwy armatnie”. Czy może o te słowa chodzi? (…) polscy księża są niedouczeni (…) mają ciasne horyzonty myślowe (…) Czy jako jedyni w Europie nadal będziemy szli ręka w rękę z Irlandią? (…) O istocie wiary nie dyskutujemy. Zamiast tego od pięciu lat spieramy się o kwestie dla prawdziwej wiary drugorzędne (…) np. o to jak ustawowo zmusić zgwałconą do urodzenia dziecka (…).
Podziw Miliszkiewicza wobec ks. Profesora nie ma granic. Ks. Tischner pisuje do „Gazety” i gdzie się tylko da, wyśpiewuje peany na jej cześć (…) broni go publicysta znany z łamów skrajnie antykościelnego miesięcznika «Bez dogmatu », a także ks. bp Pieronek, kwitujący łagodnym żartem ostrą krytyką Kościoła ze strony Tischnera. Ksiądz Profesor udziela wywiadu „pismu, co ma komunistyczne korzenie i niejasne źródła finansowania (…) Podziwiamy dwa ogromne zdjęcia, na jednym Tischner korkociągiem otwiera butelkę. Na drugim stoi z kielichem w garści, uśmiechnięty od ucha do ucha (…)
Czytanie i słuchanie tego, co ks. Tischner niewłaściwego napisał i powiedział, nie zmieściłoby się w ramach żadnej normalnej publikacji, zwłaszcza gdyby zechcieć omówić – choć w wyjątkach – książki Między Panem a Plebanem czy Tischner czyta Katechizm. Trzeba więc na zakończenie tego smutnego, a raczej żałosnego przeglądu zapytać: czy my, katolicy świeccy, nie mamy prawa do prawdy? Czy Urząd Nauczycielski Kościoła przestał istnieć, że toleruje się tego rodzaju „radosną twórczość” bez jakiejkolwiek reakcji? Czy mamy doprawdy uwierzyć że piekła i czyśćca już nie ma, a wszyscy wejdą do nieba, z góralami na czele? Czy, wprowadzanie w błąd polskich katolików, i nie tylko katolików ma odbywać się dalej, przy radosnym akompaniamencie wojujących ateistów i libertynów ? I komu na tym zależy, aby nasze przekonania religijne relatywizować, proponując, a nawet narzucając za pomocą wszelkich środków przekazu jakąś ,,nową ich wykładnię’’

Zbigniew Żmigrodzki ( Meandry Nowej Wiary Czyli Inwazja Katolewicy)

Rewelacje na temat ks. Tischnera w książce IPN. Cenckiewicz: Kontakt operacyjny, konsultant w MSW.

Ks. Józef Tischner w 1983 r. został zarejestrowany jako kontakt operacyjny, a w 1988 r. jako konsultant IV Departamentu MSW – wynika z publikacji „Kryptonim +Klan+. Służba Bezpieczeństwa wobec NSZZ ‚Solidarność’ w Gdańsku. Tom 2″ .

Informację tę podał szef WBH Sławomir Cenckiewicz.
„Już jest! 1000 stron fundamentalnych dokumentów SB o Solidarności, Wałęsie i ludziach Kościoła! Jedna z najważniejszych książek źródłowych IPN! Zaszczyt, że byłem jej naukowym recenzentem” – napisał w poniedziałek Cenckiewicz na Twitterze.

„Przykra ta rejestracja ks. Józefa Tischnera w kategorii KO i konsultanta Departamentu IV MSW. Szkoda” – napisał dyrektor Wojskowego Biura Historycznego w kolejnym tweecie, zamieszczając też skan jednej ze stron publikacji IPN, dotyczący ks. Tischnera.

[Przykra? Ktoś jest zaskoczony, że „postępowi” księża to z reguły wtyczki, kontakty i kable? Tischner, Czajkowski, Weksler-Waszkinel… – admin]

„W latach 1980-1983 rozpracowywany przez Wydział IV KW MO w Krakowie, w ramach SOR krypt. ‚Leo’, 27 lipca 1983 roku zarejestrowany pod nr. 81208 przez Departament IV MSW w kategorii ‚kandydat’, następnie KO. Od 13 października 1988 r. konsultant. Został wyrejestrowany 30 stycznia 1990 roku” – czytamy w opublikowanym przez Cenckiewicza skanie fragmentu książki, dotyczącego ks. Tischnera.

Książka „Kryptonim ‚Klan’. Służba Bezpieczeństwa wobec NSZZ ‚Solidarność’ w Gdańsku”. Tom 2: „I Krajowy Zjazd Delegatów” została wydana w 2019 r. przez Wydawnictwo Instytut Pamięci Narodowej.

Ks. Józef Tichner (ur.1931 r.) był filozofem, profesorem Papieskiej Akademii Teologicznej. Święcenia kapłańskie przyjął 26 czerwca 1955. W latach 70. XX w. stał się znaną postacią w życiu intelektualnym Polski. W 1980 podjął na szerszą skalę działalność publiczną. Jego teksty publikowane w „Tygodniku Powszechnym” zostały wydane w 1981 roku jako „Etyka Solidarności”. Jego kazanie wygłoszone na I Zjeździe Solidarności zaliczono w poczet oficjalnych dokumentów zjazdowych.

Wykładał filozofię w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie, a potem na Papieskiej Akademii Teologicznej. Prowadził także zajęcia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 80. związał się z ruchem Solidarności, w 1981 r. był kapelanem zjazdu Solidarności.

Ks. Tischner był autorem książek: „Świat ludzkiej nadziei” (1975), „Etyka Solidarności” (1981), „Polski kształt dialogu” (1981), „Myślenie według wartości” (1982), „Zawierzyć człowiekowi” (1991), „Spowiedź rewolucjonisty” (1993), „Nieszczęsny dar wolności” (1993), „W krainie schorowanej wyobraźni” (1997). W 1997 roku napisał „Historię filozofii po góralsku”, która okazała się przebojem rynkowym.

Ks. Tischner był członkiem rady programowej Unii Wolności [tak, tak… – admin]. Swoje poglądy polityczne i biografię przedstawił w opublikowanej w 1995 r. książce „Między panem a plebanem” – tomie rozmów z Adamem Michnikiem, przy współudziale Jacka Żakowskiego. Rok później powstała następna książka na podstawie rozmów z Jackiem Żakowskim – „Tischner czyta Katechizm”.

We wrześniu 1999 r. ks. Tischner otrzymał Order Orła Białego. Zmarł 28 czerwca 2000 r. w wieku 69 lat. Został pochowany w Łopusznej k. Nowego Targu.

„Kryptonim ‚Klan’. Służba Bezpieczeństwa wobec NSZZ ‚Solidarność’ w Gdańsku”, t. 2: „I Krajowy Zjazd Delegatów” ukazała się w tym roku nakładem IPN, wyboru i opracowania dokonali Dominik Sokołowski, Radosław Żydonik, którzy są także autorami wstępu do tej pracy gromadzącej m.in. dokumenty i materiały operacyjne i analityczne wytworzone przez SB dotyczące I Zjazdu „S”, które trafiały przede wszystkim do teczek dwóch spraw obiektowych: krypt. „Sejmik” (włączonych następnie do sprawy krypt. „Klan”) i „Debata”, założonych specjalnie na okoliczność I KZD. „Publikowane dokumenty ukazują arsenał zastosowanych środków oraz determinację, z jaką władze komunistyczne usiłowały wpływać na przebieg debaty zjazdowej” – podkreślają autorzy opracowania.

https://wiadomosci.dziennik.pl

Warszawski sąd rozpatrzy pozew przeciwko Facebookowi

W Sądzie Okręgowym w Warszawie w środę rozpocznie się proces z powództwa Macieja Świrskiego przeciwko Facebookowi. „Mój pozew dotyczy w mojej opinii łamania art. 54 Konstytucji, który zakazuje cenzury prewencyjnej” – powiedział PAP prezes Reduty Dobrego Imienia.

„Facebook dążył do tego, żeby proces oddalić z Polski, ale sąd Polski doszedł do wniosku, że jest właściwy do rozpatrywania tej sprawy. To już jest duży sukces” – powiedział Świrski.

Podkreślił, że pozew dotyczy łamania art. 54 Konstytucji. Mówi on, że „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” i że „cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”.

Maciej Świrski złożył pozew po Marszu Niepodległości 11 listopada w 2016 roku.

„Casus usuwania czy zamykania kont mówiących o Marszu Niepodległości to jest przykład większego zjawiska, jakim jest cenzura, która jest w Polsce zakazana. To spowodowało, w moim przypadku, że nie miałem pełnej informacji o marszu, a chciałem się na niego wybrać, nie będąc ani zwolennikiem Ruchu Narodowego, ani członkiem tej organizacji. Chciałem po prostu uczestniczyć w święcie patriotycznym. Polscy patrioci mają prawo wybrać miejsce, w którym mogą świętować niepodległość, a Facebook im to uniemożliwił. Stąd ten pozew” – powiedział Świrski.

Prezes RDI podkreślił, że z Facebooka korzystają miliony użytkowników, a „choć nie ma żadnej legitymacji demokratycznej, cenzuruje treści lub też jedne udostępnia, a inne nie”.

„Okazuje się, że udostępniane są treści szkalujące wartości tradycyjne, a zakazane są treści związane z wartościami tradycyjnymi. Ofiarą tej cenzury padają symbole narodowe, związane z polską historią” – stwierdził Świrski.

„Chodzi o to, żeby ograniczyć wpływ takiej organizacji jak Facebook na wolność słowa, na to, że ograniczają wolność słowa obywateli, ograniczają dostęp do informacji i promują wygodne i subiektywnie wybrane treści, które nie są przez wszystkich Polaków popierane. Takim przykładem są pojawiające się treści szkalujące Jana Pawła II, dla większości Polaków postaci świętej” – dodał.

Proces rozpocznie się w środę o godz. 12.30 w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

/Radio Maryja/
https://www.magnapolonia.org

Zdaniem admina – pozew jest bez sensu i skazany na niepowodzenie. Facebook to przedsięwzięcie prywatne, nie mające statusu użyteczności publicznej. Zatem reguły gry ustala wyłącznie właściciel, a komu się jego polityka nie podoba, niech sobie znajdzie inne medium wymiany informacji.
Admin

Porażka?

Jakub Stonawski

Jakub Stonawski

Pan prof. Adam Wielomski ogłosił porażkę Konfederacji. Po części z tym się zgadzam. Na pierwszy rzut oka tak to wygląda. Oczywiście Konfederacja nie weszła do PE, nie przekroczyła progu wyborczego (tak nawiasem, czy próg wyborczy jest zgodny z Konstytucją?).

Oczywiście, że przegrała z Wiosną Roberta Biedronia – co w naszym jednak katolickim kraju jest wynikiem zatrważającym.

[Łatwiej w „katolickiej” Polsce zrobić polityczną karierę na pedalstwie, aborcjonizmie, eurobełkocie czy patologicznym wręcz antyklerykalizmie, niż na chrześcijaństwie. Taka jest Polska i tacy są Polacy. – admin]

Jednak trzeba przyjąć, że polski wyborca póki co od kilku lat ma już zapisaną „dwubiegunowość” wyborczą. Świadomość ogólna jest taka, że albo PO albo PIS. Tu trzeba przyznać, że dobrą socjotechnikę mają te dwie partie.

Oczywiście wyborca antysystemowy istnieje i jest go coraz więcej. Bo jednak Konfederacja + K15 to ok. 8,25%. Parę lat temu nie było w ogóle takich wyborców.

Jak z tego wynika, my musimy bardzo solidnie dalej pracować nad edukacją wyborców. Jak właśnie widać – ta praca już daje efekty. Jeszcze może niewymierne, ale daje. Czeka nas ciężka i długa praca. [Proponuję zacząć od wykopania kilkunastu milionów dołów i napełnienia ich wapnem niegaszonym – admin]

Nie oszukujmy się, nie pokochają nas od razu tłumy, zwłaszcza, że opór systemu jest ogromny. Te setki informacji medialnych zarzucających Konfederacji działanie na rzecz Kremla – nawet w wiadomościach z bazarków w trakcie ciszy wyborczej Konfederacja była opisana jako „Kremlowska (małpka)”. Tu nie da się osiągnąć sukcesów na pstryknięcie palcem.

I tylko najważniejsze będzie, jak to wszystko potraktują szefowie Konfederacji. Czy nie upadną. Czy przetrwają.

Ale przecież jest jeszcze ta siła, która dopiero się budzi. I już gdzieś tam powoli się organizuje. Być może trzeba będzie połączyć tą siłę z Konfederacją i tym co zostanie z K15. Ja oceniam, że potencjał tej siły może być duży. Ale nie dzisiaj.

Więc tylko jedna trzeba napisać – nie upadajcie na duchu. Jest lepiej niż było parę lat temu. Pracujemy, działamy, edukujemy u podstaw. A sukces jest przed nami.

Jakub Stonawski
https://konserwatyzm.pl

Marek Lisiński, twarz kampanii przeciw pedofilii w Kościele – to łgarz i oszust, by nie rzec kurwa i złodziej.

Lisiński oskarżył księdza o molestowanie, by wyłudzić pieniądze?

„Pisałem ci, że kto mi pomoże, to odwdzięczę się, choć wiem, że nikt mi już nie wierzy, bo tyle nawywijałem w życiu i tylu skrzywdziłem, nawet i rodzina mi nie ufa. Ale teraz obiecuję, że będę słowny. Tego nie możesz mu ani nikomu powiedzieć, bo wtedy jestem załatwiony i mój plan nie powiedzie się. Tobie też wynagrodzę. Wiem, że kuria go wspiera [księdza] i chce pomóc, by dał te 150 000 złotych, których domagam się, a to rozwiąże moją sytuację. Ta kwota nie jest wygórowana tym bardziej dla tak zamożnego Kościoła w Polsce” – do tej treści maila, którego do znajomego napisał Marek Lisiński, do niedawna prezes fundacji „Nie Lękajcie Się”, dotarła „Gazeta Wyborcza”.

Fundacja „Nie Lękajcie Się”, jak przypomina „Gazeta Wyborcza”, powstała w 2013 r. za namową Ekke Overbeeka, warszawskiego korespondenta holenderskich mediów, który w 2011 r. nakręcił film dokumentalny p.t. „Silence in the Shadow of John Paul II” („Milczenie w cieniu Jana Pawła II”; później powstała również książka pod tym samym tytułem).

To właśnie na planie tego filmu mieli się poznać późniejsi założyciele fundacji Nie Lękajcie się – Wojciech Pietrewicz, Marek Mielewczyk oraz Marek Lisiński. Do celów fundacji należały: dokumentowanie przypadków molestowania dzieci przez księży, pomoc psychologiczna i prawna dla ofiar, wspieranie ich w pozyskiwaniu odszkodowań od Kościoła. Prezesem został Pietrewicz, ale wkrótce dowiedział się, że ma raka.

W praktyce fundacji szefował Lisiński.

– Marek w kółko mówił o pieniądzach – wspomina Pietrewicz. – Ja chciałem najpierw zbudować podwaliny, pozyskać dobrych prawników, a jeśli walczyć o odszkodowania, to z powództw sądowych. Przekonywałem, że każde odszkodowanie, które uda się uzyskać, musi być ogłoszone w mediach, żeby był efekt. A nie tak, że każdy weźmie od kurii pod stołem. A Marek: „Mają nam zapłacić do ręki” – opowiedział „GW” Pietrewicz, który w wyniku konfliktu wycofał się z fundacji. W 2015 r. prezesem został Marek Lisiński.

W sierpniu 2013 r. „GW” pisała o powstaniu fundacji. W tekście wypowiadał się także Lisiński, zarzucając przy okazji kurii opieszałość w prowadzeniu jego procesu. Dwa miesiące później proces się kończy, a w styczniu 2014 r. biskup Piotr Libera uznaje księdza Witkowskiego za winnego molestowania Lisińskiego i zawiesza w posłudze duszpasterskiej na trzy lata. Dożywotnio zakazuje mu też pracy z dziećmi.

Wyrok zapada, mimo iż nie został przesłuchany ani jeden świadek z ośmiu zgłoszonych przez księdza. Libera napisze w uzasadnieniu wyroku, że to dlatego, że się nie stawili. Gazeta dotarła do informacji, że nie stawili się, bo nikt ich nie wezwał. Libera nie przeprowadza też konfrontacji powoda z pozwanym. Wyrok zatwierdza watykańska Kongregacja Nauki Wiary. Tydzień po jego wydaniu ks. Zdzisław Witkowski pozywa Marka Lisińskiego do sądu o ochronę dóbr osobistych. Chce wycofania oskarżeń i przeprosin.

Marek Lisiński pisze wtedy do kurii. „Chciałbym z tego miejsca podziękować za działania, jakie podjął biskup Płocki Piotr Libera w stosunku do sprawcy, który zabrał mi nie tylko dzieciństwo, ale i czas teraźniejszy. Pomimo wyroku, jaki sprawca otrzymał, nadal niszczy mój spokój psychiczny, nie pozwala zapomnieć o tym, co było, oskarżając mnie w procesie cywilnym o naruszenie dóbr osobistych. Zwracam się, o ile to możliwe, o nieudostępnianie sądom cywilnym dokumentacji z mojego procesu, jaki miał miejsce w Sądzie Biskupim. Ta sprawa dotyczyła mnie i sprawcy, a prawo kanoniczne mówi jednoznacznie o ochronie i tajemnicy” – napisał.

W kolejnym liście Lisiński poprosił kurię o wsparcie w wysokości 150 tys. zł. Na tyle wylicza koszty terapii, którym musiał się poddać, żeby podnieść się po traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa. Libera nakazuje Witkowskiemu wycofać pozew, a sprawa zostaje umorzona.

20 października 2014 r. Lisiński wysyła do biskupa list z podziękowaniem. „Jeżeli Biskup byłby gotowy wypłacić mi rekompensatę w wysokości 200 tysięcy złotych na terapię, za straty moralne i psychiczne, gotów jestem zrzec się przyszłych roszczeń, a nawet wycofać z działalności publicznej w fundacji. Chciałbym już definitywnie zamknąć ten rozdział własnego życia” – napisał. Kuria płacić nie chce, więc teraz to Lisiński składa pozew cywilny. Żąda przeprosin i 10 tys. zł od Witkowskiego oraz od parafii, gdzie miało dojść do molestowania.

„Marka znałem słabo, bo do kościoła chodził rzadko. Ale uczyłem go religii. W 1986 r. odszedłem na probostwo do pobliskiego Chamska, na początku lat 90. zacząłem uczyć tam religii. Wtedy zakolegowałem się z Darkiem, naszym szkolnym wuefistą. Okazało się, że jego siostra wyszła za mąż za Marka Lisińskiego. Któregoś dnia przyjechali do mnie we dwóch maluchem. Marek chciał, żebym mu pożyczył pieniądze na wykupienie prawa jazdy. Stracił je za jazdę po pijanemu. Prosił tylko, żebym nic nie mówił jego żonie. To ukrywanie mi się nie spodobało, powiedziałem: O nie!” – opowiedział Witkowski dziennikarzowi „GW”.

Kilkanaście lat później Lisiński pożyczył od księdza ponad 20 tys. zł – rzekomo na leczenie chorej na raka żony. Zapewnił, że będzie miał z czego oddać, bo wybiera się do pracy do Niemiec.

– No i po kilku tygodniach doszła mnie wieść, że Marek wcale nie wyjechał do Niemiec. Pojechałem do jego żony. Okazało się, że wcale na raka nie chorowała. Zadzwoniłem do niego, żądając zwrotu pieniędzy – opowiedział ksiądz, który usłyszał wtedy „niech ksiądz nie podskakuje, bo są na was haki i mogę księdza załatwić. A wtedy nie tyle ksiądz straci” – opowiedział ks. Witkowski.

Witkowski zagroził mu sądem, ale Lisiński w czerwcu 2008 r. przyjechał do niego po raz kolejny. Przeprosił za wszystko i obiecał, że wkrótce pieniądze zwróci. – Wrócił w sierpniu, ale zamiast gotówki chciał mi wcisnąć odkurzacz oraz jakąś myjkę do mycia okien w kościele, wartą podobno kilka tysięcy – opowiedział ks. Witkowski.

Mimo kolejnych ponagleń, Lisiński pieniędzy Witkowskiemu nie oddał – pisze „GW”. Dwa lata później, we wrześniu 2010 r., oskarżył Witkowskiego o molestowanie. – Dostałem wezwanie do kurii. Biskup Libera powiedział mi, że ma wytyczne, by w takich wypadkach od razu zwalniać – powiedział ks. Witkowski.

/Gazeta Wyborcza, TVP Info/
https://www.magnapolonia.org

Poczytaj też:
>https://www.magnapolonia.org/marek-lisinski-bedacy-twarza-kampanii-przeciw-pedofilii-w-kosciele-to-zwykly-oszust/

Dlaczego Sekielski, autor filmu „Tylko nie mów nikomu”, milczał na temat Lisińskiego?

Marek Lisiński, do niedawna prezes fundacji „Nie Lękajcie Się”, wyłudził pieniądze od ofiary pedofila. Chciał też wyłudzić pieniądze od Tomasza Sekielskiego za udział w „Tylko nie mów nikomu”. Czemu Sekielski nie powiedział tego nikomu?

Jak pisze Gazeta Wyborcza, „29 października 2018 roku 26-letnia dziś Katarzyna – ofiara księdza Romana B. – dostaje wiadomość od Marka Lisińskiego”, w której prosi o pożyczenie mu 30 tys. zł na operację.

Lisiński – jak ustaliła „GW” – „wysyła maila dwa tygodnie po tym, jak decyzją sądu na konto Katarzyny wpływa milion złotych zadośćuczynienia za to, że Roman B. z Towarzystwa Chrystusowego 13 lat temu więził ją, bił i gwałcił”.

Katarzyna powiedziała Gazecie: „Przyjechał do mnie i ja mu te pieniądze dałam do ręki. 20 tysięcy na umowę pożyczki, dziesięć w prezencie. Nie mogłam spać, jak mi o tym napisał. Człowiek, który tyle dla nas, ofiar, zrobił, któremu tak ufałam, śmiertelnie chory?”. Lisiński miał ją poprosić, by „to zostało między nimi”.

Marek Lisiński był prezesem fundacji „Nie lękajcie się”, ale złożył rezygnację. gdy wyszły na jaw jego machlojki finansowe. Tymczasem, jak ujawniła „GW”, miał on być jednym z bohaterów filmu „Tylko nie mów nikomu”, ale został wycięty z filmu po tym, jak w lutym wysłał SMS-a do Tomasza Sekielskiego. Szef promowanej przez Joannę Scheuring-Wielgus organizacji miał zażądać w nim 25 tys. zł na fundację i 25 tys. zł dla siebie. „Dałem Wam numery do ofiar, namiary na sprawy. I co mam za to?” – miała brzmieć wiadomość.

„Nagraliśmy rozmowę z nim w listopadzie 2017 r. i od tamtej pory nie udało mi się umówić na kolejny wywiad” – opowiada Sekielski. „Podczas pierwszego nagrania bardzo oszczędnie mówił o tym, co go spotkało, tłumaczył, że jeszcze na to za wcześnie. Dlatego zależało mi na tym, aby jeszcze raz usiadł przed kamerą. Przekładał terminy, aż w końcu zażądał tych 50 tys. zł. Nie mogliśmy się na to zgodzić, żadna z ofiar nie chciała od nas pieniędzy” – czytamy w „Gazecie Wyborczej”.

Ale Tomasz Sekielski milczał na ten temat. Co ciekawe, Lisiński wystąpił w zapowiedzi filmu „Tylko nie mów nikomu”. Promocyjny fragment dokumentu, gdzie głównym bohaterem był właśnie prezes NLS, dostała i opublikowała redakcja Wirtualnej Polski.

Według relacji Sekielskiego, którą cytuje „GW”, stało się to miesiąc przed otrzymaniem SMS-owego żądania 50 tys. zł. Dlaczego już później, 30 marca, Sekielski wystąpił na Dniach Ateizmu z logo NLS w tle? Dlaczego od lutego do maja 2019 r. nie poinformował o działaniach Lisińskiego opinię publiczną?

Sekielski milczał również po emisji swojego filmu, podczas gdy Lisiński występował w mediach (np. 15 maja w programie Konrada Piaseckiego w TVN). Twórca „Tylko nie mów nikomu” nie informował o tym również wtedy, gdy „Gazeta Polska” ujawniła, że w przeszłości Lisiński szantażował Kościół katolicki, żądając 200 tys. za wycofanie się z pracy w fundacji.

„Jeżeli Biskup byłby gotowy wypłacić mi rekompensatę w wysokości 200 tys. zł na terapię, straty moralne i psychiczne, gotów jestem zrzec się przyszłych roszczeń, a nawet wycofać się z działalności publicznej w fundacji” – taką propozycję diecezji płockiej złożył w 2014 r. Marek Lisiński, prezes fundacji „Nie lękajcie się”. Pieniędzy nie otrzymał, a teraz jest jednym z „niezależnych” ekspertów bijących w Kościół – pisał w połowie maja Jacek Liziniewicz w „GP”.

Tomasz Sekielski kilka miesięcy po otrzymaniu finansowej propozycji, w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” (dodatek „GW”) powołuje się na Lisińskiego, nie mówiąc nikomu o tym. Co ciekawe, w rozmowie pojawia się wątek finansowego szantażowania przez Lisińskiego, ale nie jako zarzut wobec niego, tylko krytyka wobec diecezji płockiej.

/TVP Info/

Judaizmu i bałwochwalstwa definitywne potępienie. O niewyobrażalnym dla katolików zepsuciu żydowskim.

„10. Należy unikać czczej gadaniny, nieprzyzwoitych wyrażeń, dowcipkowania, pijaństwa, rozpusty, hulanek, nadmiernego gniewu, pogańskich lub sprośnych śpiewów, wzywania bożków lub demonów.

Bracia i współsłudzy, zachęcamy was, abyście unikali próżnych rozmów, szpetnych słów, dowcipów, pijaństwa, rozpusty, hulanek, nadmiernego gniewu i niedorzecznej gadaniny; tak też w niedzielę, która jest dniem waszej radości, zabraniamy wam mówić i czynić cokolwiek niegodnego. Pismo bowiem mówi: Służcie Panu z bojaźnią i radujcie się dla Niego z drżeniem.
[Jak bardzo różni się to od ckliwego „Bóg jest miłością”… – admin]

Zatem nawet wasza radość powinna się łączyć się z bojaźnią i drżeniem. Wierny chrześcijanin nie powinien recytować pogańskich wierszy ani śpiewać sprośnych piosenek, gdyż zdarzyć się może, iż w piosence wymieni diabelskie imiona bożków, a wówczas zamiast Ducha Świętego wstąpi w niego Zły.

11. Upomnienie pouczające, by unikać grzechu bałwochwalstwa.

Nie wolno wam też przysięgać na bożków, wypowiadać ich wstrętnych imion, kłaniać się im i czcić jak bogów: oni bowiem nie są bogami, ale złymi demonami i śmiesznymi tworami. Bóg w pewnym miejscu tak mówi o Izraelitach: Opuścili Mnie i przysięgali na tych, którzy nie są bogami, Wyniszczę imiona bożków z ich ust; oraz: Oni Mnie do zazdrości pobudzili nie – bogiem, rozjątrzyli Mnie swoimi bożkami.

Pan Bóg w całym Piśmie zakazuje takich zachowań.

12. Nie wypada śpiewać pogańskich pieśni, przysięgać na bożka, oddawać się wróżbom z lotu ptaków, przepowiedniom, wróżbiarstwu, pląsom ani przestrzegać zasad judaizmu, bo to jest bezbożne i sprzeczne z poznaniem Boga.

Pisma zawierają nie tylko zakazy na temat bożków, ale również przepisy zabraniające przysięgać na gwiazdy i oddawać im cześć. Pismo mówi: Gdy ujrzysz słońce, księżyc i gwiazdy, nie pozwól się zwieść i nie oddawaj im pokłonu, i w innym miejscu: Nie uczcie się drogi pogan i nie lękajcie się znaków niebieskich.

Gwiazdy i ciała niebieskie zostały dane ludziom jako światło, a nie po to, aby im się kłaniano, chociaż Izraelici w swej przewrotności zamiast Stwórcy kłaniali się stworzeniu, znieważali Stworzyciela i okazywali nadmierny podziw stworzeniu, czy to wtedy, gdy zrobili sobie cielca na pustyni, czy kiedy kłaniali się Beelfegorowi, Baalowi, Tamuzowi, sydońskiej Astarte, potem Molochowi, Kemoszowi, a także słońcu jak o tym pisze Ezechiel, wreszcie nierozumnym zwierzętom, takim jak Apis i mendezyjski kozioł w Egipcie, oraz srebrnym i złotym bożkom w Judei.

To wszystko mając na uwadze tak groził im Bóg przez usta proroka: Czy nie dosyć domowi Judy dokonywać tych obrzydliwości, które popełniali? Napełnili ziemię bezprawiem, aby Mnie obrazić. Oto oni kpią sobie, a Ja będę działał zapalczywie. Oko Moje nie okaże litości i nie będę ich oszczędzał. Będą wołać do Moich uszu donośnym głosem, lecz ich nie wysłucham.

Widzicie, umiłowani, jak wyraźnie Pan zwraca się przeciwko bałwochwalcom oraz tym, którzy oddają cześć słońcu i księżycowi.

Zatem człowiek Boży, czyli chrześcijanin, nie powinien przysięgać ani na słońce, ani na księżyc, ani na gwiazdy, ani na niebo czy ziemię, ani na żadne małe czy wielkie żywioły. Jeśli Nauczyciel zabronił nam przysięgać w sprawie Boga, który istnieje, aby słowo nasze na większą zasługiwało wiarę aniżeli przysięga, jeśli zakazał nam przysięgać na niebo, gdyż jest to przejaw pogańskiej bezbożności, na Jerozolimę, na świętości Boże, na ołtarz i ofiarę, na złoto świątyni i na własną głowę, albowiem jest to zwyczaj związany z żydowskim zepsuciem i dlatego powinien być zakazany, jeśli nakazuje wiernym, aby tak było tak i nie było nie, a co nadto jest, pochodzi od Złego, to tym bardziej winni są ci, którzy w przysięgach używają fałszywych imion i oddają cześć urojeniom, a nie temu, co naprawdę istnieje.

Za ich przewrotność Bóg wydał ich na pastwę bezmyślności, tak że czynili niegodziwe rzeczy.”

Constitutiones Apostolorum V 10 – 12.

https://swietatradycja.wordpress.com

Państwo polskie zapłaci za brutalność policji

[Państwo zapłaci? Nie. Zapłacą podatnicy. Policja i prokuratura uszczerbku nie poniosą. – admin]

Trzeba było międzynarodowej instancji, by sprawiedliwości mogło stać się zadość. Brutalne zatrzymanie i pobicie, jakiego dopuściła się polska policja wobec niewinnego mieszkańca Gdańska, było złamaniem prawa.

Policyjna przemoc wykroczyła daleko poza środki dopuszczone przepisami. Skandalem jest, że krajowa prokuratura nie była w stanie tego dostrzec.

Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPC) wydał wyrok, zgodnie z którym Polska jako państwo musi zapłacić mieszkańcowi Gdańska 25 tys. zł zadośćuczynienia, za krzywdę z rąk policji, jaka spotkała go w 2011 r. Gdańszczanin został brutalnie pobity przez funkcjonariuszy, którzy prowadzili wówczas śledztwo w sprawie uprowadzenia kobiety. Trybunał w Strasburgu uznał, że policja zdecydowanie nadużyła wobec niego środków przymusu bezpośredniego.

[25 tysięcy, qrva? 25 tysięcy? – admin]

Poszkodowany miał wówczas 26 lat. Przed siódmą rano do mieszkania, w którym wtedy przebywał, wpadł oddział antyterrorystyczny. Na “dzień dobry” dostał kolbą w twarz i został powalony na ziemię. Gdy leżał i krwawił, policjanci nadal go kopali, m.in. w głowę. Został skuty, a mimo to funkcjonariusze razili go paralizatorem po całym ciele, również w genitalia. Na tym się nie skończyło.

„Policjanci razili mnie prądem również w samochodzie, aż zacząłem się dusić” – zaznał poszkodowany. Został zatrzymany na dwa dni jako podejrzany w śledztwie. Niedługo potem okazało się, że rzeczywistym sprawcą porwania kobiety był kto inny.

Po opuszczeniu “dołka”, poturbowany przez „stróżów prawa” gdańszczanin udał się się do lekarza, a następnie od razu złożył skargę na zachowanie policji do prokuratury.

Sprawa znalazła szczęśliwy dla niego finał dopiero teraz, gdy rozstrzygnęła ją instancja międzynarodowa. Wcześniej Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku umorzyła postępowanie, choć uznała, że zeznania ofiary mogą być prawdziwe, policja postępowała zgodnie z przepisami i nie doszło do przestępstwa z jej strony. Stwierdzono, że paralizatora użyto zachowując przewidziane procedury.

Trzeba było dopiero ETPC, do którego odwołał się mężczyzna, by oficjalna instancja orzekła, że policja działała wbrew polskiemu prawu. Kluczowy dla Trybunału był fakt, że gdańszczanin był rażony prądem i bity już po unieruchomieniu. Prawo tymczasem zezwala funkcjonariuszom na użycie przymusu bezpośredniego wyłącznie w celu zapewnienia, że zatrzymany będzie przestrzegał ich poleceń.

Zastanawiać może, czemu ustalić tego nie zdołała krajowa prokuratura?

„Prawa skarżącego zostały naruszone poprzez nadmierne użycie siły przez policję i brak należytego postępowania w tej sprawie” – stwierdził ETPC. Uznał też, że śledztwo policyjne prowadzone było niezgodnie ze standardami europejskiej konwencji prawa człowieka sygnowanym przez Polskę.

Wyrok skomentowali eksperci z biura RPO, uznając go za przełomowy, ze względu na podkreślenie konieczności proporcjonalnego użycia środków przymusu przez służby.

Sprawa gdańszczanina ma również znaczenie w kontekście głośnego morderstwa Igora Stachowiaka popełnionego przez policjantów podczas zatrzymania w 2016 r. Stachowiak również był wtedy rażony prądem i maltretowany po unieruchomieniu, na skutek czego poniósł śmierć. Ujawnienie tego aktu bestialstwa wstrząsnęło Polską, zwracając uwagę opinii publicznej na systemowy problem brutalności policji.

Autorstwo: PJ
Źródło: https://strajk.eu/wyrok-trybunalu-w-strasburgu-panstwo-polskie-zaplaci-za-brutalnosc-policji/
https://wolnemedia.net