Cicha woda brzegi rwie, cicha woda wie,

  1. Tekst piosenki:

    [Intro]
    Dlaczego zawsze mam wrażenie,
    Że wszyscy oni starają się działać na naszą szkodę,
    Pieniądze, władza, afery, korupcja, hipokryzja,
    Prawo braku prawa, jestem tylko cichą wodą,
    Ja i miliony takich jak ja, czekamy żeby spojrzeć im w oczy

    Moi drodzy, powinienem teraz wygłosić toast,
    On będzie krótki, bo nie chcę wam zabierać za dużo czasu,
    Oby ten rok podatkowy nie był gorszy od poprzedniego,
    Tego życzę Wam i sobie

    [Śpiew: Cleo]
    Każdego z nas kusi ich blask,
    A może by tak, dotknąć tych gwiazd

    (Cleo, Donatan, Sitek, tak jest)

    [Refren]
    Cicha woda brzegi rwie, cicha woda wie,
    Zrób cash, zdobądź cash, zrób cash, zdobądź cash,
    W cichej wodzie ogień wre, zmienia rzeki bieg,
    Zrób cash, zdobądź cash, zrób cash, zdobądź cash,

    Cicha woda brzegi rwie, cicha woda wie,
    Zrób cash, Zdobądź cash, zrób cash, Zdobądź cash,
    Cicho robię to co chcę, cicho biorę cel,
    Zrób cash, Zdobądź cash, zrób cash, Zdobądź cash

    [Zwrotka 1: Cleo]
    Ciszej jedziesz dalej będziesz, grubiej szyjesz, lepiej przędziesz,
    Lecę wyżej, chcę więcej, uwierz mi że gram sercem,
    Głośniej idziesz, szybciej wpadniesz, dużo mówisz, ktoś cię zgadnie,

    (***)

    Donatan Cleo – CICHA WODA

    Donatan Cleo feat. Enej – Słowiańska Brać

  2. Kid said

Reklamy

Lew Aleksandrowicz Tichomirow: Czym jest nacjonalizm?

Od Tłumacza: Dzisiejszy polski ruch nacjonalistyczny cierpi na umysłową bierność i koncepcyjną wtórność. Pierwsza przejawia się w egzaltacji „aktywizmem” bez zastanowienia czemu miałby on służyć, dokąd prowadzić, jakie środki dobierać i jak je organizować dla osiągnięcia celu. Słabość ta znalazła już swoje publicystyczne miano w ironicznym terminie „prawica maszerująca”.

Wtórność koncepcyjna przejawia się z kolei na kilka różnych sposobów. Jednym z nich jest szukanie zewnętrznego protektora, przez niektórych publicystów nawet bluźnierczo nazywanego „katechonem” (termin ten oryginalnie posiada odniesienia metafizyczne i soteriologiczne, z których z premedytacją odzierają go jego profanatorzy).

Niekiedy bywa to Donald Trump, niekiedy Władimir Putin, zawsze jednak wtórność intelektualna wobec wyczekiwanego protektora z zewnątrz przejawia się jego bezkrytycznym uwielbieniem i bezwarunkowym poparciem we wszystkich sprawach.

Innym przejawem wtórności są próby szczepienia w Polsce zachodnich nurtów politycznych, wykształconych w warunkach zachodnich i odpowiadających tamtejszym potrzebom. Pierwsze takie próby dotyczyły neokonserwatyzmu, nieco później w modzie było małpowanie „autonomicznego nacjonalizmu”, obecnie popularne jest mechaniczne kopiowanie „białego nacjonalizmu”, „identytaryzmu”, oraz amerykańskiej Alt-Right. W tym przypadku, wtórność przejawia się już nawet w nieumiejętnym spolszczaniu nazw naśladowanych ruchów, lub wręcz posługiwaniu nimi w oryginalnej formie, stosując jednak do nich polską odmianę. Dotyczy to zresztą również użytego wyżej celowo w ironicznym tonie określenia „aktywiszm”, które jest oczywiście kalką z Zachodu, ponieważ język polski zna tu rodzime odpowiedniki: dla „aktywisty” jest to „działacz”, dla „aktywizmu” – „działalność”.

Wtórność to nie tylko nieumiejętność wypracowania własnej koncepcji politycznej, co zastępuje się poszukiwaniem zewnętrznego protektora, oraz nieumiejętność wypracowania własnej formuły politycznej, co zastępuje się kopiowaniem formuł i symboliki zachodniej. To również nieumiejętność wypracowania własnej idei politycznej, co zastępuje się kopiowaniem idei zachodnich – powstałych i właściwych dla zupełnie odmiennych kontekstów społecznych i kulturowych. W efekcie, polskie środowisko tożsamościowe cierpi na brak zakorzenienia krajowego, brak świadomości siebie i zainfekowanie ideami dla siebie zbędnymi, lub wręcz szkodliwymi. W charakterze przykładów można by tu wymienić idee takie jak laickość, jakobinizm, bolszewizm, rasizm i tym podobne.

O podobnych problemach środowisk rosyjskich pisał przed laty L. A. Tichomirow. Jego diagnoza była słuszna w ówczesnej Rosji i jest słuszna w dzisiejszej Polsce. Dlatego współcześni polscy nacjonaliści i prawicowcy powinni uważnie się z nią zapoznać i odnieść wyłożone w tekście uwagi do siebie. (Ronald Lasecki)

Czym jest nacjonalizm?

Wyrosło obecnie u nas coś w rodzaju słynnego ostatnio nacjonalizmu. Istnieje frakcja nacjonalistów w Dumie, istnieją rozmaite stowarzyszenia nacjonalistów, pojawiło się nawet „nowe słowianofilstwo”, strojące się w pewnego rodzaju narodowe barwy. Czy ów ruch w stronę wartości narodowych okaże się trwały, pokaże dopiero przyszłość, póki co jednak, powiedzieć możemy tylko tyle, że niezdefiniowanie jego zawartości treściowej szczególnie zagraża jego przyszłości.

W dzisiejszym nacjonalizmie łatwiej odnaleźć czczą gadaninę niż zrozumienie, co jest tym bardziej zaskakujące, że nacjonalizm w Rosji nie jest niczym nowym. Idea ta, w rozmaitych odcieniach słowianofilstwa, rozwinęła się na gruncie naszego społeczeństwa dużo bardziej, niż jakakolwiek inna zasada. I chociaż słowo „nacjonalizm” jest słyszane wszędzie, jego znaczenie oraz rodzaj działań do których zobowiązuje on dzisiejszego człowieka, wciąż są niemal niemożliwe do zdefiniowania.

Idea narodowa była w Rosji pielęgnowana przez co najmniej całe stulecie przez setki prominentnych funkcjonariuszy państwowych, filozofów, uczonych, historyków, etnografów, a do pewnego stopnia nawet przez prawników. Nie zaczniemy od przepisywania stronic późnej pracy Kołajowicza[1] Historia rosyjskiej świadomości narodowej, należy jednak wspomnieć nazwiska Chomiakowa[2], Kirejewskiego[3], Aksakowa[4], Samarina[5], Sołowiowa[6], Danilewskiego[7], K. Leontiewa[8], M. Katkowa[9], Dostojewskiego, etc.

Oczywiście, idea narodowa nie uniknęła właściwych sobie podziałów, jednak wspólne dla wszystkich jej wariantów podstawy są w każdym razie tak doskonale widoczne i na tyle trwałe, że wydawałoby się, iż współczesny nacjonalizm powinien wiedzieć doskonale czym jest, czego chce, oraz przy pomocy jakich sposobów może działać. Nic takiego jednak nie ma miejsca.

W ruchu tym dostrzec możemy nie tyle świadomość, ile głos instynktu, konkretnie zaś jego najsłabszą stronę – z winy której Rosja nie była w stanie przyjąć podmiotowej postawy wobec europejskiego Oświecenia, zawsze ulegała obcym ideom, zawsze kopiowała cudzoziemskie instytucje, oraz generalnie, wyróżniała ją tragiczna właściwość „małpowania”, tak więc coś charakterystycznego dla narodu „barbarzyńskiego”, który nie posiada jeszcze własnej świadomości.

Ów brak świadomości obejmuje także najsłabszą cechę współczesnego ruchu nacjonalistycznego, stawiając jego przyszłość pod znakiem zapytania. Brak świadomości, utrudnia, przede wszystkim, wypracowanie programu praktycznego działania, po drugie zaś, daje pełną możliwość wejścia w szeregi „nacjonalistów” ludziom, których przepajają najzupełniej odmienne poglądy i sympatie. W ten sposób, pod nacjonalistycznym sztandarem, rozwinąć się może działanie wprost wobec niego antagonistyczne.

Pamiętać musimy, że antynarodowy, proeuropejski ruch w Rosji, włączając w to tak zwane grupy liberalne i „wyzwolicielskie”, dał się poznać dzięki szczególnego rodzaju falsyfikacji, mianowicie dzięki podrabianiu cudzoziemskich etykiet jako środków walki. Ruchy głęboko narodowe nigdy tak nie postępują.

Luter, buntując się przeciw papiestwu, nie zasłaniał się tytułem „prawdziwego papisty”, lecz działał uczciwie i z otwartą przyłbicą jako nowa siła. Chcąc obalić monarchię, Rewolucja Francuska nie uciekała się, jak ma to miejsce u nas, do zniekształcania koncepcji władzy najwyższej, lecz po prostu przeniosła władzę najwyższą na ręce ludu.

My jednak wszędzie u siebie mamy podróbki. Ci, którzy walczą przeciwko Chrystusowi, nazywają siebie prawdziwymi wykonawcami przykazań chrystusowych. Ci, którzy walczą przeciwko prawosławiu i przeciwko carowi, nazywają się prawdziwymi prawosławnymi. I by pozbawić władzy cara, kłamią, celem zniekształcenia rozumienia idei samowładztwa i władzy najwyższej. Im słabsza jest nasza świadomość religijna, świadomość suwerennego prawa wobec tych lub innych czynników, tym bardziej skutecznie to łgarstwo i blagierstwo, te objawy wewnętrznej słabości, są zdolne oddziaływać. Przewaga instynktu w ruchu nacjonalistycznym czyni go łatwo dostępnym dla celowych zniekształceń, których dokonują nasi adwersarze.

Nie wspominamy już o niezamierzonych zniekształceniach, jak importowanie do nas formuły „Rosja dla Rosjan”. Są ludy, dla których taka formuła rzeczywiście jest elementem myślenia narodowego, wynikając z ich własnego ducha i z okoliczności ich rozwoju historycznego. W przypadku Rosji trudno jest sobie nawet dokładnie wyobrazić, jakiego rodzaju program, inny niż zapożyczony od cudzoziemców, mogłaby nam dać taka formuła. Zarazem, nie widzimy żadnego programu, który wypływałby z rosyjskiego ducha i z warunków historycznych i bytowych Rosjan.

Tak więc, by mieć przed sobą przyszłość i by stać się ruchem zarówno postępowym jak i zbawczym, współczesny nacjonalizm powinien przede wszystkim rozwinąć w masach dokładnie to zrozumienie, które stanowiło o rosyjskiej świadomości, obecnej dotychczas jedynie pośród pojedynczych myślicieli. I w tym celu, ważne jest by naświetlić masom społeczeństwa i ludowi właściwą koncepcję nacjonalizmu.

W rzeczywistości, ta koncepcja i ta zasada są jasne na wyższym poziomie i prowadzą nas do wniosku, że powinniśmy być sobą. Naród, lud, tak samo jak pojedynczy człowiek, ma swój specyficzny charakter i, mówiąc metaforycznie, swoją własną osobowość. Charakter ten kształtowany jest zarówno przez cechy poszczególnych szczepów i przez historyczne okoliczności życia danego ludu, jak i jego wysiłki nad zorganizowaniem siebie, jego pracę moralną i umysłową etc.

Nacjonalizm jest zasadą, w myśl której powinniśmy żyć w zgodzie z naszymi cechami narodowymi, ponieważ jedynie żyjąc wedle nich, obrać możemy kierunek życia i żyć szczęśliwie, możemy pracować z energią i produktywnie, by nasz naród wzrastał, oraz wnosił przez swą pracę coś pożytecznego dla ludzkości jako takiej.

Dla tych, którzy rozumieją zasadę tego, co powinien zawierać nacjonalizm, jest zupełnie jasne, że możemy być nacjonalistami jedynie w takim stopniu, w jakim przepaja nas wiedza i duch naszej historycznej egzystencji, wiedza i duch naszego ludu w przeszłości i obecnie, wiedza i duch naszych dawnych instytucji i wszystkiego, co zostało rozwinięte przez nasz naród. Jedynie będąc Rosjanami na taki właśnie sposób, w duchu i w swojej istocie, będziemy zdolni do kształtowania naszej teraźniejszości i przyszłości wedle narodowego imperatywu.

Lew Aleksandrowicz Tichomirow
(z języka rosyjskiego tłumaczył: Ronald Lasecki)

Lew Aleksandrowicz Tichomirow (1852 – 1923) – rosyjski rewolucjonista i terrorysta, zaangażowany w latach 70-tych XIX w. w ruch narodnicki, zaś w latach 80-tych w organizacji Wola Ludu (Narodnaja Wola). Gdy, po zamordowaniu przez rewolucjonistów cara Aleksandra II, Tichomirow uciekł na Zachód, zetknąwszy się zaś tam z liberalizmem i z demokracją, zmienił poglądy na monarchistyczne i kontrrewolucyjne.

W 1888 r. wyrzekł się swojej rewolucyjnej przeszłości i uzyskał przebaczenie oraz zgodę cara Aleksandra III na powrót do Rosji. Po przyjeździe do ojczyzny publikował teksty atakujące indywidualizm, parlamentaryzm, partie polityczne i liberalizm, zarówno polityczny jak i ekonomiczny. Chciał, by Rosja stworzyła i stała się ośrodkiem konkurencyjnej wobec liberalizmu ideologii wspólnotowej i kontrrewolucyjnej, dla której osnową byłaby religia. W 1905 r. opublikował swoje najbardziej obszerne dzieło O państwie monarchicznym, uważane za wykład filozofii politycznej rosyjskiego carskiego samowładztwa. Po rewolucji październikowej pracował jako nauczyciel szkolny.

[1] Michaił Osipowicz Kołajowicz (1828-1891) – rosyjski historyk i teolog, przedstawiciel tzw. „zachodnioruskiej” szkoły historycznej. Z przekonania był słowianofilem i opowiadał się za zjednoczeniem Słowiańszczyzny w duchu chrześcijańskiego posłannictwa Cyryla i Metodego. W 1884 r. ukazało się jego monumentalne dzieło Historia rosyjskiej świadomości narodowej.

[2] Aleksiej Stepanowicz Chomiakow (1804-1860) – rosyjski teolog, pisarz i jeden z prekursorów słowianofilstwa.

[3] Iwan Wasiliewicz Kirejewski (1806-1856) – słowianofil, teolog i krytyk literacki.

[4] Iwan Siergiejewicz Aksakow (1823-1886) – główny teoretyk słowianofilstwa, publicysta i poeta, działacz społeczny.

[5] Jurij Fiodorowicz Samarin (1819-1876) – urodzony w Niemczech rosyjski publicysta, heglista a później słowianofil.

[6] Władimir Siergiejewicz Sołowiow (1853-1900) – filozof prawosławny, publicysta o przekonaniach słowianofilskich i mesjanistycznych.

[7] Nikołaj Jakowlewicz Danilewski (1822-1895) – rosyjski filozof i kulturolog, słowianofil i panslawista, prekursor geopolityki.

[8] Konstantin Nikołajewicz Leontiew (1831-1891) – filozof, tradycjonalista i konserwatysta, dyplomata, prekursor eurazjatyzmu, najwybitniejszy umysł XIX-wiecznej Rosji.

[9] Michaił Nikoforowicz Katkow (1818-1887) – publicysta rosyjski, twórca nowoczesnego rosyjskiego nacjonalizmu.

http://xportal.pl

Die Welt: UE straciła z powodu sankcji 30 mld euro, a Rosja nadal zyskuje

Wielkość strat, które spowodowało rosyjskie embargo, do tej pory jest tematem sporów. Niedawno opublikowano rezultaty analizy przeprowadzonej przez austriacki Instytut Badań Gospodarczych na zlecenie Parlamentu Europejskiego.

Przedstawiono w nim konsekwencje gospodarcze sankcji i embarga dla krajów unijnych. Okazało się, że restrykcje kosztowały Unię Europejską w sumie 30 mld euro.

Wolumen eksportu z UE do Rosji zmniejszył się ze 120 mld w 2013 roku do 72 mld w ubiegłym roku. Spadek cen ropy naftowej i kursu rubla odegrał też swoją rolę. Jednak z analiz austriackiego instytutu wynika, że sankcje mimo wszystko wywarły największy wpływ w ograniczeniu wolumenu eksportu do Rosji, pisze „Die Welt”.

Największe straty wśród krajów europejskich poniosły Niemcy – w sumie 11,1 mld euro. Poważne szkody ograniczenia wyrządziły też Polsce, Wielkiej Brytanii i Francji. Jeśli przedstawimy sytuację w procentach, dane będą inne, pisze niemiecka gazeta. Cypr utracił 1/3 wymiany gospodarczej z Rosją. Na trudności napotkały też Grecja i Chorwacja, które straciły odpowiednio 23% i 21% eksportu. Straty Niemiec w ujęciu procentowym wyniosły 13,4%.

Jednak te cyfry nie odzwierciedlają realnych strat w pełnym wymiarze. Przed wprowadzeniem embarga współpraca gospodarcza między Rosją a UE kwitła. W okresie od 2009 do 2012 roku eksport z Europy do Rosji wzrósł średnio o 23%, a Moskwa była czwartym partnerem handlowym Wspólnoty. Gdyby ten wzrost trwał, wolumen eksportu byłby znacznie większy niż 120 mld euro, ale i straty spowodowane przez sankcje i embargo przekroczyłyby obecne, twierdzi „Die Welt”.

Wszystko to doprowadziło do szczególnie delikatnej sytuacji, bo próba postawienia Rosji w trudnej sytuacji gospodarczej nie zakończyła się sukcesem. Na początku pojawiły się pewne problemy, ale obecnie rosyjska gospodarka weszła w stadium wzrostu. Kryzys został pokonany. Eksperci przewidują, że w tym i przyszłym roku wzrost może wynieść 1,7%.

Generalnie Rosja zauważalnie zmniejszyła swoje uzależnienie od Zachodu. Zamiast zdawać się na dolara, Bank Centralny gromadzi złoto. Jak pisze „Die Welt”, obecnie Rosja posiada 1716 ton złota, czyli o 700 ton więcej niż przed kryzysem z Zachodem. Zapasy waluty też zwiększono. Przekraczają one 420 mld dolarów w porównaniu z 70 mld w 2015 roku.

Już w marcu wiodąca agencja ratingowa S&P pozytywnie oceniła sytuację w Rosji. Według jej danych kraju już niedługo dołączy do grona szanowanych państw, w które możne inwestować środki. Przy czym podczas kryzysów ukraińskiego i krymskiego zdolność kredytowa Kremla spadła do poziomu „śmieciowego”. [G*wno prawda. Nie zdolność kredytowa. Rankingi Rosji spadły z powodów politycznych. – admin]

Tymczasem na rynkach finansowych Rosja już jest uważana za wiarygodnego dłużnika. Inwestorzy też chcą lokować pieniądze w tym kraju. Latem, kiedy stosunki między Kremlem a Białym Domem osiągnęły najniższy poziom, Moskwa uzyskała 3 mld dolarów na rynkach finansowych. Nawiasem mówić, sankcje jakby przestały obowiązywać i ten fakt zwiększa presję na realną gospodarkę, domagając się osłabienia a nawet zniesienia ograniczeń, podkreśla „Die Welt”.

https://pl.sputniknews.com

Amsterdamizacja pod Wawelem. Mieszkańcy mówią „dość”!

Procesy zachodzące w centrum Krakowa nie napawają mieszkańców optymizmem. Po opanowaniu serca miasta przez domy uciech i różnorodne miejsca rozrywki, tworzone głównie z myślą o turystach, następuje powolne, ale widoczne „wypraszanie” mieszkańców z tej części miasta.

Pomysły na utrudnienia w ruchu samochodowym, likwidacja miejsc parkingowych na rzecz „przyjaznych” rozwiązań, to wyraźny sygnał – czas pakować manatki. Chętni na kamienice szybko się znajdą.

Kraków staje się coraz bardziej ciasnym miastem. Ciasnym, dla mieszkańców jego centrum, którzy raz po raz otrzymują sygnał, że nie są tam mile widziani. Serce miasta najwyraźniej nie ma służyć jego mieszkańcom, ale turystyce, biznesowi i rozrywce (często zresztą lubieżnej). Procesy zachodzą bardzo powoli, ale sukcesywnie.

Toczona obecnie batalia dotyczy 3 tys. likwidowanych miejsc parkingowych zlokalizowanych w płatnej strefie parkowania (zobacz więcej). Zdaje się, że włodarze miasta chcą powiedzieć swoim mieszkańcom i najemcom kamienic w centrum miasta: odejdźcie, albo zrezygnujcie z prywatnego transportu. Odwrotu nie ma.

Przesada? Wiele rozjaśnia nawet już pobieżna lektura założeń Strategii Rozwoju Krakowa 2030, „Tu chcę żyć. Kraków 2030”. Odnaleźć można w niej ciekawe informacje na temat kierunków, w których Kraków ma się rozwijać. To np. powszechnie dostępna, wysokiej jakości przestrzeń publiczna i związane z tym pozyskiwanie pozyskanie terenów dla przestrzeni publicznych.

Jak w ciasnym centrum wygospodarować potrzebne miejsce? Nie trzeba zgadywać, bo już zrealizowane inwestycje (jak np. fragment ul. Starowiślnej), a także te planowane (jak renowacja ul. Krakowskiej) przynoszą odpowiedź. Formalnie nazywa się to zastosowaniem „elementów równoważenia zieleni, ruchu pieszego, rowerowego, samochodowego w ciągach komunikacyjnych miasta”. W praktyce chodzi zaś o zagospodarowanie dotychczasowych ulic i parkingów, ale wcale nie z myślą o kierowcach czy zmotoryzowanych mieszkańcach miasta. Szerokie chodniki, parasolki, donice – takie oto centrum marzy się projektantom. To się już dzieje.

I można tylko domyślać się co kryje się pod hasłem „działania na rzecz ograniczania komercjalizacji przestrzeni publicznych” (kolejne uliczne kafejki, bary?) czy „dopasowanie lokalizacji i wyposażenia przestrzeni publicznych dla potrzeb różnych grup użytkowników, przeciwdziałanie wykluczaniu z przestrzeni publicznych”.

W takie działanie wpisują się kolejne – ekologiczne – przedsięwzięcia. To ograniczenie niskiej emisji (skądinąd potrzebne), ale też ograniczenie emisji komunikacyjnej i hałasu „w tym komunikacyjnego”. Nie trudno zgadnąć, że chodzi o prywatne „osobówki”. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, to miasto chce rozwijać komunikację zbiorową i uprzywilejować ją w ruchu miejskim (sprawny transport oczywiście się przyda), tworzyć infrastrukturę rowerową oraz podejmować inicjatywy „na rzecz realizacji idei miasta przyjaznego pieszym”!

W tę politykę wpisuje się „uspokajanie ruchu”. Mowa m.in. o obniżeniu w centrum dozwolonej prędkości do 30 km/h i z 70 do 50 km/h na „Alejach”. Realizacja celu jest określona wprost, poprzez: „ograniczenie lub eliminację indywidualnego ruchu samochodowego w mieście, szczególnie ruchu tranzytowego w śródmieściu”.

Do tego warto dodać pojawiające się „wrzutki” dotyczące reorganizacji ruchu samochodowego wokół plant (ruch jednokierunkowy). Podział płatnych stref parkowania (uniemożliwiający właścicielom identyfikatorów parkowanie w sąsiedniej strefie) już nastąpił. A to nic innego jak odebranie mieszkańcom chęci do korzystania z samochodu.

Chcesz mieszkać w centrum? „Zaprzyjaźnij” się z hukiem nocnych imprez i zrezygnuj z samochodu. Dojazd z dzieckiem do szkoły, przedszkola zlokalizowanego w centrum – tylko z dreszczykiem emocji, bo już nie ma gdzie „legalnie” zaparkować. A będzie jeszcze gorzej.

Tymczasem w centrum miasta zlokalizowane są urzędy, szpitale i kościoły. Te ostatnie w wyniku prowadzonej polityki wyludniania z miejsc kultu niebawem zmienią się w atrakcje turystyczne. Tak oto Kraków staje się „miastem przyjaznym” – tylko dla odwiedzających.

Już dziś nie brakuje narzekań mieszkańców, że w centrum miasta nie da się żyć. Komunikacja miejska – zatłoczona, transport własny – stanie w korkach i brak parkingów, zakupy – w galeriach, nawet awaryjny podjazd pod własne lokum – niemal niemożliwy.

A tak jeszcze niedawno uliczne witryny pełne były sklepikarzy i rzemieślników. Dziś ich miejsce zajmują m.in. kolejne filie banków i knajpy. Ruch klientów już dawno został przeniesiony do – położonych zbyt blisko centrum miasta – galerii handlowych.

Czy zatem Kraków jest – jak chcieliby jego włodarze – miastem wygodnym i przyjaznym dla swych mieszkańców?

Marcin Austyn
http://www.pch24.pl

Katalońskie referendum – powód do rewizji niepodległości Kosowa


Poproszony o komentarz w sprawie referendum niepodległościowego w Katalonii prezydent Serbii Aleksander Vucic zadał sobie pytanie, dlaczego Unia Europejska nie uznaje tego plebiscytu, podczas gdy bez sprzeciwu uznała oddzielenie się Kosowa od Serbii, choć zrezygnowano nawet z rozpisania referendum.

„Dlaczego uznano za legalne oddzielenie się Kosowa, w którym nie rozpisano nawet referendum, i jak 22 państwa UE mogły uznać tę secesję, z naruszeniem europejskiego ustawodawstwa i polityki, na której opiera się UE? Dlaczego Kosowo może, a Katalonia nie może? To najlepszy przykład podwójnych standardów w polityce światowej” — oświadczył Vucic dziennikarzom.

UE odpowiedziała dość szybko. Rzecznik Komisji Europejskiej Margaritis Schinas oświadczył, że sytuacje w Katalonii i Kosowie są nieporównywalne, bowiem do uznania niepodległości Kosowa „doszło w bardzo specyficznym kontekście”, poza tym „Hiszpania jest państwem członkowskim UE”.

Oficjalny Belgrad zaczął przygotowywać list protestacyjny do KE, a premier Serbii Ana Brnabic ma zamiar podnieść ten problem w czasie rozmów w Brukseli zaplanowanych na 10-11 października. „Wśród pytań znajdzie się takie: czy dla UE istnieje prawo międzynarodowe, czy też, czy istnieje jakieś prawo międzynarodowe stosowane w państwach niewchodzących do UE”- oświadczyła Brnabic.

Zauważmy, że Serbia uważa Hiszpanię za bliskie sobie państwo i z początku nie uznała referendum w Katalonii. Hiszpania jest bowiem jednym z pięciu państw UE nieuznających niepodległości Kosowa.

Ciekawe jednak, że czystko teoretycznie referendum w Katalonii mogłoby zmniejszyć ilość państw uznających południową prowincję Serbii za oddzielne państwo.

Kosowiańsko-serbska ekspertka prawa międzynarodowego Slavka Kojic zauważyła w rozmowie ze Sputnikiem:

Państwa, które uznały niepodległość Kosowa, powinny zrewidować swoją decyzję zgodnie z zasadą „rebus sic stantibus”, która głosi, że każda umowa międzynarodowa dopóty jest ważna, dopóki okoliczności, w których doszło do jej zawarcia, pozostają bez zmian. Po referendum w Katalonii okoliczności uległy istotnej zmianie, przy czym nie dało się tego przewidzieć w 2008 roku, kiedy to rozpoczął się proces uznania Kosowa. Stanowisko KE wobec Katalonii, tj. wsparcie integralności terytorialnej Hiszpanii, stanowi właśnie kardynalną zmianę okoliczności, co daje podstawę do rewizji wcześniejszych postanowień o uznaniu niepodległości Kosowa, które naruszyły integralność terytorialną Serbii.

Kojic podkreśla, że obowiązek dokonywania rewizji bądź odwoływania tych czy innych decyzji leży u podstaw stosunków międzynarodowych, które zakładają równoprawny charakter wszystkich państw, jeśli mowa o ich suwerenności, prawach i obowiązkach.

https://pl.sputniknews.com

Z Czeczenii lepiej widać Europę


Ależ to była wyprawa! Znajomi i rodzina drżeli ze strachu o moje życie. No tak, przecież w Polsce wszyscy boją się Władimira Putina i muzułmanów. Co oni sobie o mnie pomyśleli, kiedy przyjęłam zaproszenie do tej „groźniej” Czeczenii? Przecież tam, wespół zespół, rządzą ci, którymi straszy się cały „cywilizowany” świat.

Tymczasem wróciłam cała i zdrowa, ale coś we mnie pękło.

Zanim zabrałam się za pisanie relacji z wyprawy na Kaukaz, zamieściłam kilka zdjęć i krótkich filmów na portalu społecznościowym, dodając do nich spontaniczne komentarze „na gorąco”. Media społecznościowe mają to do siebie, że rozkręcają dyskusję. Wymiana zdań i opinii pozwoliła mi jeszcze lepiej zrozumieć z jak ubogim społeczeństwem mam do czynienia. I nie chodzi mi o społeczność czeczeńską, ale… polską. Jeśli dodać do tego porównanie z gnijącą Europą Zachodnią, wychodzi bilans ujemny. I to my jesteśmy tutaj przegranymi.

Wojna i Pokój

Żeby dobrze zrozumieć fenomen Czeczenii, w pierwszej kolejności należy odrzucić europocentryzm. Kiedy już zrozumiemy, że nie jesteśmy „pępkiem świata” możemy iść dalej i wyruszyć wprost do mistycznej krainy na Północnym Kaukazie. Zamieszkuje go umęczony strasznymi wojnami naród.

O dwóch ostatnich wojnach sporo słyszeliśmy z przekazów medialnych. Byłam jeszcze dzieckiem, kiedy w odbiorniku telewizora widziałam doszczętnie zniszczony Grozny – stolicę Czeczenii. Z tamtego okresu pamiętam przekaz mówiący o tym, że walczący o niepodległość naród czeczeński chciał odłączenia od Federacji Rosyjskiej. Rosjanie nie dawali jednak za wygraną. Walki trwały latami. Zginęło bardzo dużo ludzi. Ogrom zniszczeń niewyobrażalny.

Decydujący krok w kierunku zatrzymania krwawych walk wykonał Achmat Kadyrow. W pierwszej wojnie z Rosją (1994-1996) walczył po stronie czeczeńskich partyzantów. Wzywał Czeczeńców, by zabili tylu Rosjan, ilu zdołają. Pod koniec lat 90. XX w. dotarło do niego, że on i jego ludzie są pionkami w grze, która jest sterowana z zewnątrz. Zrozumiał, że jedynym gwarantem przetrwania narodu czeczeńskiego jest pojednanie z Rosją.

Achmat Kadyrow, obok jego syn Ramzan.

W tym celu podjął rozmowy pokojowe, a Czeczeńców wzywał do niestawiania oporu armii rosyjskiej. Jednocześnie popadł w ostry konflikt z wahabitami, próbując doprowadzić do wypędzenia ich z Czeczenii. W międzyczasie nawiązał ścisłą współpracę z Władimirem Putinem. Jej owocem było doprowadzenie do uchwalenia serii amnestii, w wyniku których ujawniło się i złożyło broń kilka tysięcy byłych separatystów.

Po weryfikacji większość z nich wcielono do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Czeczenii, a część zasiliła cywilną administrację republiki.

Druga wojna czeczeńska – w której Kadyrow był już po drugiej stronie – trwała od 11 października 1999 do 15 kwietnia 2009 roku między Federacją Rosyjską a separatystami czeczeńskimi. W pierwszej fazie (1999-2000) miała charakter wojny regularnej, w drugiej (2000-2009) toczyły się walki partyzanckie. Konflikt zakończył się klęską separatystów.

Achmat Kadyrow jest dziś niekwestionowanym bohaterem narodowym. Czeczeńcy zdają się być świadomi, że swoją postawą i podjęciem pokojowych rozmów uratował on ich naród od wyginięcia. W oczach Czeczeńców respekt zyskał też Władimir Putin, o czym świadczy ulica jego imienia w centrum Groznego i liczne portrety prezydenta Rosji umiejscowione obok Achmata Kadyrowa i jego Syna Ramzana, obecnego przywódcy Republiki Czeczenii.

Z racjonalnego punktu widzenia podjęte przez Kadyrowa działania były jak najbardziej słuszne. Ostatecznie krwawa wojna została zażegnania, naród czeczeński przetrwał, zlikwidowano terrorystów, spacyfikowano partyzantów, odbudowano stolicę i republika może się rozwijać.

Legendarny przywódca za swoje starania zapłacił jednak najwyższą cenę. 9 maja 2004 roku Achmat Kadyrow zginął w zamachu, w wyniku eksplozji ładunku wybuchowego. Do zorganizowania zamachu przyznał się Szamil Basajew, szef czeczeńskich rebeliantów. Zamachowiec był uznany za jednego z najgroźniejszych terrorystów świata nie tylko przez Rosję, ale i ONZ, Departament Stanu USA oraz Komisję Europejską.

Z jednej strony mamy dwóch przywódców, którzy doprowadzili do trwałego pokoju – Kadyrowa i Putina – z drugiej terrorystę, który zabił tego pierwszego. Wydawać by się mogło, że rozstrzygnięcie kto był tutaj po właściwej stronie nie powinno podlegać dyskusji. Ale nie wśród Polaków, o reszcie Zachodu nie wspominając.

Okazuje się, że w opinii niektórych moich rodaków Achmat Kadyrow, to „zdrajca”, „ruski konfident”, „rzeźnik”, „terrorysta”, itd. Pół biedy, gdyby chodziło jedynie o brak elementarnej wiedzy na temat wojen w Czeczenii. Niestety sprawa ma swoje głębsze dno, które budzi mój największy niepokój.

[To na pewno nie Polacy tak myślą, tylko żydzi i cyganie – admin]

Tego typu wnioski wyciągane przez Polaków, to efekt prowadzonej u nas polityki historycznej gloryfikującej nieudane powstania, w myśl zasady: to nic, że powstania były z góry skazane na porażkę, zginęło wielu ludzi, skoro odnieśliśmy „moralne zwycięstwo”. Jeśli dodać do tego kult „żołnierzy wyklętych”, to mamy gotową odpowiedź, dlatego tylu Polaków nie potrafi docenić słuszności działania Kadyrowa, który najzwyczajniej w świecie chciał ocalić swój naród i dać mu szansę na pokojowy rozwój.

W opinii współczesnego „polskiego patrioty” niestawianie oporu wobec silniejszego wydaje się być jedynie oznaką słabości, tchórzostwa i zdrady.

Tymczasem nie zawsze tak jest. Wiedział o tym kardynał Stefan Wyszyński, który w powojennej Polsce nie pochwalał zbrojnego oporu i walk przeciwko sowieckiej dominacji. Prymas Tysiąclecia miał wówczas świadomość, że w tej walce na śmierć i życie poniesiemy klęskę. Mając w pamięci tragedię, jaka dotknęła naród polski w czasie II wojny światowej, na sercu leżało mu powstrzymanie dalszego zabijania. W takich okolicznościach najważniejsze było biologiczne przetrwanie narodu. Warto przypomnieć, że gen. August Fieldorf, ps. „Nil”, również prezentował podobne stanowisko.

Przechodzą mnie ciarki, kiedy czytam dziś w polskim internecie, że „Kadyrow to zdrajca, bo dogadał się z Putinem”. To istne szaleństwo formułować tak absurdalne opinie o człowieku, który z czasem zrozumiał, że Czeczenię wciągnięto w międzynarodowe rozgrywki przeciwko Rosji i postanowił położyć temu kres.

Pozwolę wręcz sobie stwierdzić, że autorzy takich komentarzy – świadomie lub podświadomie – życzą narodowi czeczeńskiemu jak najgorzej. W przeciwieństwie do tych, którzy mają czelność pouczać innych, byłam we współczesnej Czeczenii. I mogę dać świadectwo, że jest to obecnie kraj bardzo bezpieczny i ma szansę na wspaniałą przyszłość.

Hidżab, to nie burka!

Straszenie Czeczenią w wykonaniu ludzi, którzy nigdy tam nie byli, okazuje się być jeszcze bardziej złożone. Obok spraw politycznych dochodzą kwestie kulturowe. Niektórym kompletnie wszystko się pomieszało. Ale po kolei.

Wskutek fatalnej polityki Stary Kontynent zalewa fala imigrantów ekonomicznych. Wskutek propagandy polski odbiorca myśli, że ma do czynienia z inwazją muzułmanów, którzy szturmem chcą podbić Europę. Nie zagłębiwszy się w sendo problemu – tj. faktyczne przyczyny migracji, wojen na Bliskim Wschodzie, ekspansji terroryzmu, itp. – najwygodniejsze okazało się zrzucenie całej winy na islam.

Przeciętny Polak nie ma pojęcia o tej religii, nie odróżnia nawet szyitów od sunnitów. Nie wie też czym jest wahabicka sekta oraz kto i w jakim celu ją finansuje.

Wielu Polaków swoją opinię opiera na filmikach zamieszczanych na YouTubie i relacjach z rozmaitych blogów, niemających nic wspólnego z rzetelną i fachową wiedzą. Propagują one głównie patologiczne przypadki, ale na tyle nośne, że biją rekordy popularności.

Ciekawym zjawiskiem jest też to, że największą karierę w Polsce robią obecnie osoby straszące islamem na potęgę. Szczucie na muzułmanów stało się wręcz towarem gwarantującym oglądalność w mediach, a nawet poparcie wyborców. [Nie bez racji, droga autorko, nie bez racji – admin]

W konsekwencji polski internet, prasę i telewizję zalewają komentarze, które w ordynarny, obrzydliwy, haniebny wręcz sposób obrażają ludzi, tylko dlatego, że są muzułmanami. A jest ich na świecie – w przybliżeniu według różnych szacunków – blisko 1,5 miliarda. Czytając i słuchając tych obraźliwych opinii – z szacunku do Czytelników nie będę ich cytować – odnoszę wrażenie, że Polak „katolik” zapomniał, że tych ludzi w swoim boskim planie Bóg także powołał do życia. Trudno mi wyrokować – czy Polakami kieruje ignorancja, czy strach. Być może jedno i drugie. A już na pewno brak fundamentalnej wiedzy.

Czuję się więc w obowiązku dać świadectwo o tym, co zobaczyłam w Czeczenii, którą zamieszkują właśnie muzułmanie.

W pierwszej kolejności zauważalne jest tam to, że dla tych ludzi największą wartością jest rodzina. W zderzeniu z tym, co się dzieje w Unii Europejskiej – gdzie jest totalny rozkład instytucji małżeństwa, plaga rozwodów, aborcję traktuje się jako „prawo człowieka”, a urzędnicy coraz częściej zabierają dzieci ich rodzicom – pozostaje zapłakać nad naszym losem.

Podczas spotkania z czeczeńskimi dziennikarzami dowiedziałam się, że w Republice Czeczenii nie ma ani jednego sierocińca. Co więc dzieje się z dziećmi, które straciły rodziców? Żadne z nich nie pozostaje bez opieki, bo zawsze znajdzie się rodzina – dalsza lub bliższa – która je przygarnie. Osoby starsze czy schorowane także znajdują się pod opieką najbliższych. I analogicznie nie ma tam też domów starców. Takie panują zasady wśród czeczeńskich muzułmanów.

Rodzina fundamentem

W Czeczenii bardzo duży nacisk kładzie się na wychowanie młodego pokolenia. W tym celu utworzono Ministerstwo ds. Młodzieży Republiki Czeczeńskiej. Grupę polskich dziennikarzy przyjął sam minister – Isa Magomied-Chabijewicz Ibragimow. Podczas spotkania dowiedzieliśmy się, że w procesie wychowawczym młodzieży kluczowe są rodzina, szkoła, duchowieństwo i sport. Czeczeńską młodzież uczy się postawy pokojowego rozwoju. Jednocześnie surowo zakazane są tam ekstremizm i narkotyki; nie ma dyskotek, klubów nocnych, ani knajp z alkoholem.

Kolejną ciekawostką, która mnie urzekła, była informacja, że lichwa – uznawana za grzech – jest w Czeczenii zakazana. W związku z tym Czeczeńcy nie pakują się w kredyty. A człowiek bez kredytu, to człowiek wolny. Jak więc sobie radzą młodzi małżonkowie, którzy poszli na swoje? Często pomaga im cała rodzina, która robi zbiórkę potrzebnych funduszy.

I znów nasunęły mi się porównania. Przez jakiś czas mieszkałam w centrum Warszawy. Z okien miałam widok na szklane wieżowce biurowców. O każdej porze w nocy widziałam palące się tam światła. Korporacje nie znają litości, wyciskają ze swoich pracowników nawet w godzinach nocnych. Pracownicy zaś godzą się na to. Kuszeni z reklam rozmaitymi produktami materialnymi i przekonani, że muszą je posiadać – tyrają ponad swoje siły, by zarobić na ich spłatę. Konsumpcjonizm zwyciężył, a ogromne kredyty na dziesiątki lat uwięziły większość znanych mi osób z mojego pokolenia.

I wreszcie sprawa, która – w opinii przekonanych o swojej wyższości Europejczyków – budzi chyba najwięcej kontrowersji. Chodzi o rolę kobiet i mężczyzn. Tam w Czeczenii pod tym względem wszystko wydaje się być na swoim miejscu. A przynajmniej w porównaniu z Zachodem.

Nie ma mowy o ideologii gender, agresywnych feministkach, zniewieściałych facetach, ruchach LGBT i innych tego typu dewiacjach. Byłam tam zbyt krótko, by poznać codzienne życie, ale wystarczyło, żeby mieć pewne porównanie z Europą. Czeczeńscy mężczyźni są silni, bardzo męscy, wysportowani, ubrani jak na facetów przystało. Czeczeńskie kobiety prezentują sobą kwintesencję kobiecości. Ubierają się bardzo gustownie, są zgrabne, delikatne, zadbane, poruszają się z wielką gracją – chodzą wyprostowane i dumne. Nie noszą spodni, tylko sukienki, nierzadko nawet bardzo strojne.

Nie mogłam się powstrzymać przed wrzuceniem do internetu kilku zdjęć ukazujących piękno tamtejszych kobiet. I znów poleciały gromy. „Jakże Czeczenki muszą być nieszczęśliwe przez te burki” – uważa przeciętny Polak. Kolejny raz załamuję ręce. Moi rodacy nie odróżniają burki od hidżabu. Czas więc odrobić podstawową lekcję. Burka, to strój zasłaniający wszystko oprócz oczu – w czasie rządów talibów w Afganistanie była obowiązkowym strojem. Hidżab, który noszą Czeczenki, to nakrycie okrywające głowę i dekolt. To ten sam ubiór, jaki nosiła Maryja – Matka Jezusa.

Paradoks polega na tym, że mieszkańcy katolickiej Polski użalają się nad losem Czeczenek, nie zwróciwszy nawet uwagi, że tak czczona w Polsce Maryja na wszystkich wizerunkach jest przedstawiona dokładnie w tym samym stroju. Ale nie, znów włącza się ten europocentryzm i poczucie misji, żeby innym ustawiać życie. A może to europejskim kobietom żyje się gorzej w tym zepsutym świecie, gdzie wszystko jest na opak – nie pomyśleliście o tym?

Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym

Wyjazd na Kaukaz dla grupy polskich dziennikarzy zorganizowała Fundacja Wspierania Dyplomacji Publicznej im. Aleksandra Gorczakowa. Była to wizyta oficjalna, więc mam świadomość, że w jej przygotowaniu dołożono najwyższych starań, by pokazać się z jak najlepszej strony. I nie ma w tym nic złego. Każdy rozsądny człowiek postąpiłby podobnie.

Podczas spotkania z czeczeńskimi dziennikarzami zapytano nas o to, co byśmy chcieli zobaczyć, gdyby była okazja pobyć w Czeczenii nieco dłużej. Odpowiedziałam, że chętnie przyjrzałabym się życiu zwykłych ludzi mieszkających na prowincji. Ciekawym doświadczeniem byłoby też pójście na tradycyjne czeczeńskie wesele.

Tym razem przeszliśmy się – zbyt krótko! – po miejscowym bazarze. Nieco dłużej byliśmy w fabryce, gdzie mieliśmy okazję przyjrzeć się procesowi produkcji przetworów spożywczych i napojów. Ponadto, złożyliśmy wizytę w Czeczeńskiej Akademii Nauk. Oprowadzono nas też po siedzibie czeczeńskiej telewizji. Spotkaliśmy się także z osobami publicznymi, w tym parlamentarzystami. Od jednego z nich usłyszałam, że mogę zdjąć chustę z głowy, gdyż Czeczenia jest otwarta na gości, w związku z czym, osoby przyjezdne nie mają obowiązku przestrzegania miejscowych norm ubioru.

Czeczenia, to także malownicze krajobrazy. Jednym z punktów programu naszej wyprawy był wyjazd w góry nad jezioro Kezenoy-Am. Przedstawiciele Fundacji Gorczakowa sprawili mi miłą niespodziankę i zaprosili na rejs łódką. Na środku jeziora doszło do pewnej symbolicznej sytuacji. Rosjanin – Nikita Silakow – wiosłował, abyśmy nie stali w miejscu, lecz płynęli do przodu, przed siebie, ku nowemu. Polka – niżej podpisana – włączyła kamerę, aby zarejestrować chwilę i przekazać dalej w świat. Czeczeniec – Abdulla Taramow – opowiedział w tym czasie czeczeńską legendę związaną z historią powstania jeziora. A brzmi ona tak:

Dawno, dawno temu, na dnie jeziora była wioska. Zamieszkiwał ją podły, grzeszny i niegościnny naród, który nie czcił Boga. Któregoś dnia do wioski przybył anioł pod postacią starego żebraka. Pukał od drzwi do drzwi, prosząc o nocleg, jedzenie i ubranie. Wszyscy po kolei odmawiali mu pomocy i gościny. Tylko w jednym biednym domu drzwi otworzyła wdowa z małymi dziećmi i choć sama była bardzo uboga, podzieliła się z przybyszem wszystkim co miała. Nakarmiła go, odziała i pozwoliła mu przenocować w swoim łóżku, a sama z dziećmi położyła się na podłodze. Na drugi dzień, kiedy starzec wypoczął i posilił się, przyznał się wdowie kim jest i powiedział, żeby wieczorem poszła z dziećmi na pobliską górę i nie oglądała się za siebie. Kobieta dostosowała się do nakazu starca. Kiedy wraz z rodziną wspięła się na szczyt, ziemia otworzyła się, a wioska została zalana wodą. Bóg ukarał grzesznych ludzi, a dobra kobieta i jej dzieci ocalały…

Czeczeńska legenda do złudzenia przypomina historię Sodomy i Gomory, z tą różnicą, że w biblijnym przekazie był Lot, a w Czeczenii wdowa. Czy na Zachodzie ktoś jeszcze przypomina o tym, że Bóg za dobro wynagradza, a za złe karze? Jakże ta bogata Europa wypada ubogo na tle Czeczenii…

Agnieszka Piwar
Myśl Polska, nr 41-42 (8-15.10.2017)
http://mysl-polska.pl

Może zbyt często kojarzymy Czeczenów z szumowinami, jakie uciekły ze swego kraju przed wymiarem sprawiedliwości, by znaleźć ciepłe przyjęcie u głupich Polaków?
Admin

Marzenia Konstantego Geberta (ps. Dawid Warszawski)

… czyli plany Judeopolonii wiecznie żywe jak Lenin (o czym przypomniał red. Mirosław Kokoszkiewicz w najnowszym felietonie „1000 szkół na 1050-lecie Polski”).

Do 2050 r. Polska stanie się źródłem gospodarczej potęgi z polskimi Żydami jako siłą napędową

(By 2050 Poland will become an economic powerhouse with Polish Jews as its driving force, „Moment”, II 1998, s. 45-46. „Moment” jest żydowskim miesięcznikiem ukazującym się w USA.)

Z perspektywy czasu wszystko wydaje się tak oczywiste, iż zastanawia niemożność zauważenia kierunków zmian przez świadków wydarzeń końca XX wieku. Już ponowne pojawienie się polskiego żydostwa w ostatnim ćwierćwieczu obecnego stulecia powinno stanowić wskazówkę co do kierunku zachodzących wydarzeń.

Pomimo szoah, powojennych pogromów [jakich? – admin], pół wieku komunizmu i chaotycznej demokracji, wyłaniającej się z bałaganu skorumpowanego systemu, polscy Żydzi przetrwali. Gdy tylko stało się to bezpieczne, dzieci i wnuki tych, którzy powodowani złudzeniem bądź pod przymusem porzucili swoją żydowskość, odnaleźli drogę powrotną do żydowskich instytucji.

Jedni przystąpili do Synagogi, inni nagle zakładali świeckie stowarzyszenia. Wszyscy współpracowali w celu ponownego zorganizowania przedszkoli, szkół i programów młodzieżowych.

Do roku 2000 Polska będzie miała społeczność żydowską liczącą około 30000 osób [najpewniej autorowi chodzi jedynie o Żydów jawnie przyznających się do żydostwa – przyp. tłum.], sześć razy większą niż w 1989 r., kiedy to żydowskie odrodzenie rozpoczęło się na serio.

Demograficzne wyzwanie zakończyło się sukcesem i społeczność ta poczęła wzrastać, aczkolwiek w wolniejszym, bardziej naturalnym tempie. Polityczne wyzwanie okazało się wykonalne. W swojej determinacji przystąpienia do Unii Europejskiej i wyzbycia się przekonań politycznych, które czyniły naród polski zakładnikiem historii przez 200 lat, młodzi Polacy porzucili zarówno złe jak i dobre tradycje. Wolą uczyć się niemieckiego niż historii wojen z Niemcami. Uczą się raczej programowania komputerowego niż mętnych teorii spiskowych.

Antysemityzm został zmarginalizowany do księżycowych peryferii. Zarazem całe połacie tożsamości narodowej i tradycji zostały zapomniane.

Bardzo niepatriotycznie – mówią polscy Żydzi z dezaprobatą. Jak tylko polscy Żydzi zakończą odbudowę swojej tożsamości i instytucji, rozpoczną program specjalny mający na celu zachowanie polskiej tradycji. W roku 2100 żydowscy profesorowie zdominują wydziały polskiej historii i tradycji na uniwersytetach.

Kiedy Polska ostatecznie przystąpi do Unii Europejskiej, doprowadzi to do odkrycia sojuszników poza Polską. Pokolenia polskich Żydów, które uciekły z kraju i odbudowały swoje życie gdzie indziej na kontynencie (w Europie), wychowały swoje dzieci w nostalgii do starego kraju, kraju płaczących wierzb, szarżującej kawalerii, wódki i Fryderyka Chopina.

Polskie lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę, powiązaną z zadziwiającym rozwojem polskiej gospodarki, pomagając w stworzeniu polskiego cudu gospodarczego. W połowie przyszłego wieku Polska stanie się kontynentalną potęgą gospodarczą, a polscy Żydzi, w całej Europie, będą jej siłą przewodnią. Społeczność nadrabiała hucpą, to czego brakowało jej z nieodbytych nauk.

Oprócz niektórych specjalistów dokumentujących historię chasydyzmu, antysemityzmu i szoah większość polskich Żydów byłaby szczęśliwa bogacąc się i sprowadzając amerykańskich rabinów i uczonych dla dokonania reszty. Jako że amerykańskie żydostwo będzie się asymilować i kurczyć żydowskie instytucje edukacyjne muszą rozwiązać sakiewkę.

Aczkolwiek europejska pozycja nie powinna być wyszydzana, a do połowy XXI wieku nauczanie żydowskie będzie masowo importowane ze Stanów Zjednoczonych. Dziesięć lat później nie będzie już takiej potrzeby. Po kolejnych dziesięciu latach polscy Żydzi nie tylko będą tworzyć uczoność żydowską ale także ją eksportować.

To było przysłowiowym źdźbłem trawy, które złamało wielbłąda. Amerykańskie władze będą kpić z amerykańskich Żydów, którzy będą oskarżali polskich Żydów o nieuczciwą konkurencję akademicką, w o wiele większym stopniu niż Stany Zjednoczone oskarżały Unię Europejską o nieuczciwą konkurencję gospodarczą w przeszłości.

Izrael, od dłuższego czasu będzie wściekły na Europę Środkową za jej manifestacyjny brak sympatii syjonistycznych, przyłączy się do Amerykanów. Ewentualnie obydwie strony będą zwalczać się do rozejmu. Potomkowie polskich Żydów w Ameryce i Europie Środkowej będą negocjować zawieszenie broni z polskimi Żydami.

Celem uhonorowania roli żydostwa środkowoeuropejskiego w dziele wspomagania integracji kontynentu – nade wszystko to Żydom będzie łatwiej zaprzysiąc lojalność wobec Europy niż mogliby to uczynić inni obywatele z różnych państw narodowych – rząd Unii Europejskiej w Brukseli nagrodzi barona de Rothschild pierwszym wyróżnieniem dla polskiego Żyda.

Konstanty Gebert
[znany również jako Dawid Warszawski -przyp. tłum,] jest redaktorem naczelnym jedynego w Polsce miesięcznika żydowskiego „Midrasz”. Wcześniej był związany z „Gazetą Wybarczą”, największym dziennikiem w Polsce. W 1978 r. pomagał w utworzeniu żydowskiego uniwersytetu latającego, grupy studyjnej która spotykała się w celu dyskutowania kwestii żydowskich. Był on jednym z założycieli Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów w 1990 r. 

Tłum. z j. ang. wyk. Ruch Narodowy, skr. 55, 81-701 Sopot I, tel.(0-58) 551 65 69
http://macgregor.neon24.pl