Znów powstanie warszawskie… czy ostatnie?

Motto: „Powstanie Warszawskie, które samo w sobie (…) było zrywem tragicznie bezsensownym. Koniec z tym szaleństwem! Raz na zawsze! (Prof. Bogusław Wolniewicz, Powstania a patriotyzm, kanał You Tube „Głos Racjonalny”)

Jesteśmy po kolejnej rocznicy powstania warszawskiego. Pomimo tego, że to rocznica „tylko” siedemdziesiąta czwarta, przeprowadzono ją z potężnym zadęciem.

Z rocznicy straszliwej klęski i tragedii w wymiarze nie tylko ludzkim (straty biologiczne), ale i historyczno-kulturowym (zniszczenie historycznej Warszawy, którą na szczęście w dużej mierze odbudowano, ale tego wszystkiego, co ukradli i spalili Niemcy, zarówno własności publicznej jak i prywatnej, nikt już nigdy nie odzyska) oraz politycznym (decyzja o powstaniu stała się końcem roli politycznej rządu na emigracji), uczyniono pożałowania godną zabawę, piknik ze skocznymi piosenkami, gdzie współcześni młodzi ludzie byli uczeni, że „mieć Visy na Tygrysy”, to coś fajnego (nawiasem mówiąc, Tygrysy były niepotrzebne na nieuzbrojonych powstańców, Visów było tyle, co kot napłakał, a na zdławienie powstania wystarczyły ad hoc organizowane jednostki niemieckie z trzeciego rzędu).

Nie oglądałem wszystkiego, więc nie wiem, ale w tym, co zobaczyłem nie usłyszałem choćby jednego rozsądnego głosu. Nawet nieliczni żyjący jeszcze weterani uwierzyli już chyba w mit stworzony po dziesiątkach lat. Polska jest pogrążona w szaleństwie.

Prof. Witold Kieżun twierdzi, że do powstania musiało dojść, bo w innym wypadku 100 tys. warszawiaków, którzy nie zgłosili się do robót przy wznoszeniu umocnień, zostałoby zamordowanych. Problem w tym, że rozkaz nakazujący zgłoszenie się na kopanie umocnień mówił o 28 lipca. Władze niemieckie przez trzy ostatnie dni lipca i 1 sierpnia do godz. 17 nie podjęły jednak żadnych działań wobec mieszkańców stolicy. Furia władz III Rzeszy i tragiczne rzezie ludności cywilnej w pierwszym okresie powstania, to skutek właśnie jego wybuchu.

Wg szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jana Józefa Kasprzyka (wcześniej m.in. prezes Związku Piłsudczyków):

„Powstanie Warszawskie było naturalną konsekwencją walki prowadzonej od 1939 roku . Decyzja o powstaniu była trudna, walka tragiczna i zakończona z punktu widzenia militarnego klęską, ale stanowiąca naturalną konsekwencję od momentu, kiedy Polska jako pierwszy kraj w Europie i na świecie powiedziała stanowcze „nie” narodowemu socjalizmowi niemieckiemu i komunizmowi rosyjskiemu. (…)

[Powstanie miało] Położyć kres temu obłędowi, jaki był elementem ideologii III Rzeszy. To była walka z obłędem, a nie obłęd, tak jak to niestety niektórzy publicyści czy historycy starają się – niestety przy okazji kolejnej rocznicy – powstania nazywać. – Powstanie musiało wybuchnąć tak jak musiały wybuchnąć wcześniejsze zrywy niepodległościowe”.

Sekundował Kasprzykowi prof. Jerzy Majkowski, prezes Okręgu Warszawa Światowego Związku Żołnierzy AK:

„Polacy, którzy przez pięć lat okupacji doświadczali ze strony Niemców nieustannego terroru, musieli chwycić za broń. – Powstanie musiało wybuchnąć. Do niego zresztą byliśmy przygotowywani przez polskie siły zbrojne – Polskie Państwo Podziemne, jak również, mimo woli, Niemcy działali w tym kierunku, żebyśmy walczyli i przygotowani byli do tej walki”.

Co to znaczy, że musiało? Ppłk Antoni Żurowski, dowódca AK na Pradze 6 sierpnia wygasił powstanie w tej dzielnicy. Gen. bryg. Edward Godlewski, dowódca Okręgu Kraków AK nie wykonał – chwała mu za to! – rozkazu „Bora” wywołania powstania Krakowie 1 września 1944 r. Zapewne, gdyby powstanie wywołał i z Krakowa zostałyby Błonia w skali makro, dzisiaj kolejny prezydent, prezes, profesor, czy inny urzędnik, kwieciście sławiłby klęskę i mówił, ze powstanie w Krakowie też musiało wybuchnąć.

O prawdziwym bohaterze gen. Edwardzie Godlewskim (zamordowanym później przez Niemców) nikt dziś nie pamięta, nikt nie nosi koszulek z jego podobizną, a to tacy jak on i Żurowski powinni być bohaterami współczesnej młodzieży, a nie politykierzy osłaniający swoją nieudolność hekatombą polskiej krwi!

Norman Davies ogłosił, że gdyby nie powstanie, Polska zostałaby 17 republiką ZSRR. Dla mnie to wystąpienie niegodne tego historyka – czysta propaganda obliczona jako paliwo dla współczesnych rusofobów. ZSRR w 1944/45 r. nie zrealizował nigdzie koncepcji inkorporacji, nawet w przypadku Czechosłowacji, gdzie komuniści mieli autentycznie duże poparcie.

Poza tym, czyżby p. Davies sugerował, że łatwiej byłoby utrzymać władze PKWN-owi w niezniszczonej Warszawie z jej przedwojenną ludnością, niż w pustym morzu ruin, po powstaniu? Wolne żarty. Nie ma też powodu przypuszczać, że Stalin dokonałby własnej rzezi Warszawy. Nic takiego nie stało się ani w Lublinie, ani w Krakowie, Białymstoku, Poznaniu itd. Były represje, nie było rzezi.

Davies twierdzi też, że Monte Cassino to było za mało, że trzeba było pokazać się na najważniejszym froncie II wojny światowej! No i pokazaliśmy. Rząd londyński przestał być podmiotem politycznym, Anglicy byli wściekli, a Stalin uzyskał jeszcze lepsze karty.

Wreszcie najświeższy argument, o tym, jak to dzięki powstaniu zatrzymaliśmy front wschodni na pół roku i uratowaliśmy Europę Zachodnią przed zajęciem przez Armię Czerwoną. To miał być ukryty cel powstania. Co prawda w tym samym czasie Norman Davies mówi, że celem powstania było w 6-7 dni zajęcie newralgicznych punktów stolicy i ułatwienie w ten sposób szybkiego zdobycia miasta przez Armie Czerwoną. Że jedno z drugim się kłóci? Kłóci? Po Smoleńsku nie ma już takiego pojęcia w języku polskim.

Są to wszystko słowa porażające. To niebywałe, że po takiej tragedii jak powstanie warszawskie, dzisiaj ludzie wydawać by się mogło poważni, myślący i z bagażem życiowego doświadczenia, całkowicie swobodnie wypowiadają stek absurdalnych frazesów, podlanych niczym nie uzasadnionymi hipotezami (pseudo)historycznymi, lekkomyślnie w ogóle nie biorąc pod uwagę faktu, że ich słowa przeważnie bezkrytycznie przyjmą młodzi ludzie.

Miłosz, Herbert i powstanie

22 czerwca b.r. wysłuchałem ciekawej audycji z serii „Dwukropek”, (Program II Polskiego Radia, prowadzący Andrzej Franaszek), o konflikcie Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta, z udziałem prof. Joanny Zach z katedry Krytyki Współczesnej UJ i prof. Stefana Chwina z UG, powieściopisarza, historyka i krytyka literatury.

Jednym z elementów tego konfliktu był spór o powstanie warszawskie. Wypływał on z odmiennej wizji przedwojennej Polski jaką mieli obaj poeci. Podczas gdy dla Miłosza, Polska międzywojnia była znienawidzoną przez niego „urzędniczo-oficersko-endecko-katolicką” Polską, dla Herberta był to wyidealizowany kraj lat dziecinnych, który autor później mitologizował.

Miłosz był konsekwentnie antyendecki, można nawet powiedzieć, że miał obsesję na tym punkcie, jednak zgodnie z rzeczywistością, widział narodowo-katolickie oblicze tamtej Polski pomimo braku endeków u władzy. Ideowy eklektyzm sanacji był dla niego w o wiele większym stopniu do zaakceptowania – nie zgadzał się m.in. na jej biurokratyczny wyraz oraz na kult munduru i wojska. Jeżeli zatem chodzi o codzienny obraz przedwojennej Polski, to nawet bez wartościowania poszczególnych elementów, można uznać słuszność tego określenia Miłosza, w taki sposób w jaki można by określić przedwojenną Łódź, jako miasto o obliczu polsko-żydowsko-niemieckim.

Miłosz był także radykalnym krytykiem powstania warszawskiego. Dla niego to zła, a w konsekwencji tragiczna decyzja, zdecydowany błąd polityczny, podczas gdy Herbert powstanie w istocie sakralizuje. W krytyce Miłosz idzie dalej. Klęskę powstania uważa co prawda za tragiczną i krwawą katastrofę, jednocześnie jednak uważa, że miało ono charakter „wyzwolenia”, od tej znienawidzonej Polski narodowo-katolickiej, która na skutek klęski powstania stała się przeszłością.

Miłosz brnie w uprzedzenie wobec endecji, nazywając powstanie ostatnim wyrazem Polski sanacyjno-endeckiej. Zdaje się gros odpowiedzialności za powstanie (i za wszystkie wady Polski przedwojennej) zrzucać na endecję, wbrew oczywistym faktom.

Można co prawda zrozumieć, że na takie zwichnięcie opinii Miłosza o endecji mógł wpłynąć neoromantyczny nurt ruchu narodowego, szczególnie silnie obecny w latach 30-tych, z którym Miłosz z konieczności obcował i ścierał się w tym czasie, niemniej, tak z punktu widzenia obiektywnego jak i z punktu widzenia samego poety, pretendującego do roli koryfeusza polskiej inteligencji, trzeba forsowanie takiego poglądu uznać, z jednej strony za kompromitację, z drugiej, za złośliwe nieprzyjmowanie do wiadomości ogromnie przeważającej nad epizodem neoromantycznym, endeckiej tradycji przeciwnej powstaniom czy w najlepszym wypadku wobec nich i wobec romantycznego, szerzej – szlachecko-narodowego wzorca polskości (który przecież dla romantyków-powstańców był punktem odniesienia), dalece sceptycznej i krytycznej.

Nie miejsce tu na dowodzenie tej tezy, gdyż jest ona powszechnie przyjęta w nauce historii. Summa summarum, miłoszowy i endecki punkt widzenia na powstanie warszawskie łączy ostra krytyka, natomiast dzieli pogląd na przyczyn wybuchu powstania. Dla endecji, to dalszy ciąg, w 1944 r. już wysoce anachroniczny, romantycznej wizji walki o niepodległość; dla Miłosza, to konsekwencja narodowo-katolickiego rządu dusz. Jest to więc wspólnota ocen raczej swoista, niemniej wspólnotą na poziomie samej oceny właśnie pozostanie, podczas gdy Herbert należy bez wątpienia do obozu kontynuatorów tradycji powstańczej.

A jak jest dzisiaj? Zbigniew Herbert jest jednym z guru obozu obecnej władzy, który i bez niego byłby wielkim kontynuatorem tragicznej tradycji powstańczej i wyznawcą anachronicznego wzorca polskości. Obóz ten, za pośrednictwem IPN i mediów masowych kształtuje – przede wszystkim w ludziach młodych – wciąż tą samą, prowadzącą do zatracenia wizję walki o niepodległość, szykując, bez wątpienia z premedytacją, potencjalne kadry do przyszłych stosów ofiarnych.

Prof. Stefan Chwin we wspomnianej audycji zauważa, na przykładzie doświadczeń z obecną młodzieżą akademicką, że: „część moich słuchaczy zajmuje raczej stanowisko zdecydowanie popierające racje Herberta, no, taka jest w tej chwili tonacja. (…) młodzi ludzie głównie stawiają ten moment przeciwko Miłoszowi, że nie wziął udziału w powstaniu warszawskim, że nawet to, że on potępiał powstanie, to jest pół biedy, ale to, że on tam był, był w Warszawie, i nie wziął udziału – wszyscy szli do powstania, a on nie wziął udziału (A. Franaszek: no, nie wszyscy) – ale to rekonstruuje w tej chwili sposób myślenia młodych ludzi, bo to jest znak czasów, ten sposób myślenia”.

Prof. Zach skomentowała to następująco: „to, co panowie mówicie świadczy o tym, że ten model, który tutaj reprezentuje Herbert (…) jest wciąż o wiele silniejszy niż model, który reprezentuje Miłosz (…) model takiego postępowania jako postępowania racjonalnego, a zarazem patriotycznego, to znaczy chroniącego substancję, a jednocześnie chroniącego ludzi, to znaczy, to jest taka pokoleniowa odpowiedzialność wobec ludzi, którymi się kieruje, którym się proponuje pewne wartości i pewne strategie [nie mając miejsca na wchodzenie w głębsza dyskusję stwierdzam, że model przypisany przez p. prof. Zach Miłoszowi jest w całej rozciągłości tradycyjnym modelem endeckim – AŚ], więc, jeśli dzisiaj studenci wybierają Herberta w takiej konfrontacji, to znaczy że w naszej rzeczywistości taki model patriotyzmu, jednak oblężonej twierdzy i takiej konieczności natychmiastowego świadectwa, w każdej sytuacji zagrożenia i to świadectwa cnót, to znaczy, każdy się musi wylegitymować tymi cnotami przed współrodakiem, że to jest bardzo silne”.

Prof. Chwin dodał: „w tym sposobie myślenia młodych ludzi jest jeszcze jedna rzecz – że większość ma rację, że większość poszła do powstania, zatem ci, którzy nie poszli do powstania są zdrajcami, ponieważ większość się zachowała inaczej, Nie ważne jest, czy ta większość się zachowała racjonalnie, sensownie, czy to, co oni robili w swojej masie przyniosło jakiś rezultat pożądany w punkcie wyjścia, to jest nieistotne, ale powiedzmy, że jest jakiś nurt życia narodowego i ktoś wychodzi poza ten nurt myślenia narodowego kierując się refleksją, co może wyniknąć z tej sytuacji (…) jest zdrajcą, bo wychodzi poza linię patriotyzmu większościowego”. Ta analiza myślenia części społeczności współczesnych studentów prowadzi do smutnego wniosku – oto propaganda obozu „dobrej zmiany” przynosi wymierne skutki.

Schemat jest dokładnie taki sam, jeżeli chodzi o Smoleńsk (wątpiący w wersję PiS są zdrajcami), o ocenę PRL, zagrożenie rosyjskie, itp. itd. Dopóki takie poglądy wyrażali ludzie w wieku poważnym na marszach, wiecach starej gwardii pisowskiej, dopóty mogliśmy czuć się bezpieczni.

Fakty mówią jednak, że rojenia Sakiewiczów, Macierewiczów, Targalskich i legionu pomniejszych wyznawców ofiarnego stosu, przenikają do głów ludzi młodych. Z tego punktu widzenia koszulki z wyklętymi, kult powstania warszawskiego w połączeniu z ideą Wojsk Obrony Terytorialnej, które mają się m.in. wzorować na Armii Krajowej, to wizja złowroga, która budzi wielki niepokój o nasza młodzież i o nasza wspólną przyszłość.

Wyższym oficerom polskim budzonym w noc listopadową też się wydawało, że mają przed sobą tylko młodocianych szaleńców, ale to właśnie oni stali się katalizatorem klęski państwa i narodu. Jesteśmy w o wiele gorszej sytuacji – dziś ze świeczką szukać ludzi dojrzałych, którzy by myśleli o historii i o przyszłości kierując się racjonalnym patriotyzmem, odpowiedzialnością za obecne i przyszłe pokolenia, z myślą o ochronie i ludzi i substancji.

Prof. Wolniewicz i Anna Świrszczyńska

Śp. prof. Bogusław Wolniewicz w jednym z najważniejszych swoich wykładów w ramach Jego kanału You Tube „Głos racjonalny” (odc. 89 i 90 – „Patriotyzm a powstania” i „Heroizm tragicznie bezsensowny”) wyraził swój pogląd m.in. na temat żołnierzy wyklętych i powstań, w tym powstania warszawskiego. Powiedział: „Wszystkie [poza wielkopolskim i śląskimi] nasze powstania były romantyczne i przegrane. ‘Poszli nasi w bój bez broni’. Od Konfederacji Barskiej poczynając po tragiczne Powstanie Warszawskie. Co więcej, po każdym z tych powstań (…) położenie Polaków i Polski stawało się gorsze niż było przedtem. Pora już chyba, by wysnuć z tego wnioski. Za podstawę patriotycznego działania brać nie heroiczny gest, tylko dokładne obliczenie stosunku sil i zaistniałych okoliczności. (…) Polska jałtańska, która z kataklizmu II wojny światowej wynikła, nie była tą, której chcieliśmy. Ale była! A mogło jej nie być. Mogło jej nie być wcale! Nie zapominajmy o tym. A dzisiaj się o tym często zapomina”.

Prof. Wolniewicz przypomina również postać poetki Anny Świrszczyńskiej (1909-1984) i jej twórczość poświęconą powstaniu warszawskiemu. Muszę przyznać, że po obrazoburczym kipiącym nieprawdopodobną energią i emocją wierszu Tadeusza Gajcego „Święty kucharz od Hipciego” (o masakrze setek ludzi na ul. Kilińskiego, po wybuchu czołgu pułapki – pisałem kiedyś o tym wierszu więcej), to własnie wiersze tej autorki o powstaniu zrobiły na mnie największe wrażenie.

Świrszczyńska wydała zbiór poezji – są to wszystko wiersze białe – w całości poświęcony warszawskiej hekatombie 1944 r. pt. „Budowałam barykadę” (Czytelnik, Warszawa 1974). Autorka była pielęgniarką w powstańczym szpitalu, przeżyła 63 dni, choć w pewnym momencie postawiono ją pod ścianą na śmierć. Obserwowała powstanie od początku do końca z punktu widzenia zwykłego człowieka. Chronologicznie opisuje swoje i innych przeżycia, w sposób pozbawiony choćby odrobiny patosu, jednocześnie kreśląc lakonicznymi słowy, obraz czasami porażająco naturalistyczny. Zbiór rozpoczyna wiersz, który przytoczył prof. Wolniewicz, i który powinien być memento dla wszystkich pragnących, bądź tylko godzących się na kolejny ofiarny stos. Niech ten i kilka innych wierszy Świrszczyńskiej pozwolą zapoznać się PT.

Czytelnikom z klimatem jej twórczości i tragedia powstania widzianą jej oczami.

„Ostatnie polskie powstanie”

Opłakujmy godzinę
kiedy się wszystko zaczęło,
kiedy padł pierwszy strzał.

Opłakujmy sześćdziesiąt trzy dni
i sześćdziesiąt trzy noce
walki. I godzinę
kiedy się wszystko skończyło.

Kiedy na miejsce, gdzie żyło milion ludzi,
przyszła pustka po milionie ludzi.

„Strzelać w oczy człowieka”

Miał piętnaście lat,
Był najlepszym uczniem z polskiego.
Biegł z pistoletem
Na wroga.

Zobaczył oczy człowieka,
Powinien był strzelić w te oczy.
Zawahał się.
Leży na bruku.

Nie nauczyli go
Na lekcjach polskiego
Strzelać w oczy człowieka.

„Żołnierz niemiecki”

Dziś w nocy płakałeś przez sen.
Śniły ci się twoje dzieci
W dalekim mieście.

Wstałeś rano, mundur, hełm,
Na ramię automat.

Poszedłeś rzucać żywcem w ogień
cudze dzieci.

„Po pijanemu”

Po pijanemu
wlazł na barykadę pod ostrzałem.
Szedł, zataczał się,
krzyczał: Jeszcze Polska!

Trafili go
w połowie drogi.
Czterech klnąc czołgało się na brzuchu,
wlekli ciało
pod ostrzałem.

Powiedzieli matce:
zginął jak bohater.

„Marzenie harcerki”

Kiedy mnie rozstrzelają,
Nie wszystko jeszcze się skończy.

Podejdzie
Żołnierz, co mnie rozstrzelał,
I powie: taka młoda
Jak moja córka.

I spuści głowę.

„Panika”

Ludzie przybiegli do oficera,
trzęśli się, przysięgali, płakali.
– Na rany Chrystusa, tam są szpiegi.
Mamy dowody.

Oficer kazał rozstrzelać
szpiegów. Leżeli rzędem
ojciec, córka, zięć,
tulili się do siebie po śmierci.

Wtedy przybiegli inni ludzie.
Trzęśli się, przysięgali, płakali.
– Na rany Chrystusa, kazałeś rozstrzelać
Niewinnych.

„Major powiedział”
(pamięci Anny Ratyńskiej)

– Rozkaz ma być doręczony w ciągu godziny –
powiedział major.
– To niemożliwe, tam piekło –
powiedział podporucznik.
Poszło pięć łączniczek,
jedna doszła.

Rozkaz był doręczony w ciągu godziny.

„Czekam na rozstrzelanie”

Mój strach potężnieje
z każdą sekundą
jestem potężna
jak sekunda strachu
jestem wszechświatem strachu
jestem
wszechświatem.

Teraz kiedy
stoję pod ścianą
i nie wiem czy zamknąć oczy
czy nie zamykać.

Teraz kiedy
stoję pod ścianą czekając na rozstrzelanie.

Adam Śmiech

Literatura:
1. A. Świrszczyńska „Swir”, „Budowałam barykadę”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979
2. S. Chwin, „Czesław Miłosz wobec powstania warszawskiego”, „Teksty Drugie” 2011, nr 5, s. 62-81

http://mysl-polska.pl

Pogadajmy o wolności

Jeszcze raz potwierdziła się trafność spostrzeżenia, że jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści. Wydawało się przecież, że pan Adam Bodnar, umieszczony na operetkowej posadzie „rzecznika praw obywatelskich” nie potrafi zliczyć do trzech, tymczasem pozory mylą i pan Bodnar okazał się tęgim obserwatorem, co to potrafi spenetrować prawdę jednym rzutem oka.

Co tu dużo gadać; pan Bodnar okazał się bystrzejszy od wszystkich filozofów, co to przez całe wieki łamali sobie głowę, czym właściwie jest wolność, a niektórzy od tych rozmyślań nawet głupieli, jak na przykład niemiecki filozof Hegel, który doszedł do wniosku, że wolność, to „uświadomienie sobie konieczności”.

Tak się akurat złożyło, że dwa razy w życiu byłem „pozbawiony wolności”, co prawda nie na długo, niemniej jednak. Kiedy strażnik zatrzasnął drzwi celi i przekręcił klucz, uświadomiłem sobie konieczność ponad wszelką wątpliwość. Jednak aż do dnia dzisiejszego nie sadzę, by ten stan można było identyfikować z poczuciem wolności i dlatego podzielam opinię Stanisława Cata-Mackiewicza, który wielokrotnie wyrażał żal, że Hegla nie czytają zawodowi humoryści, którzy z jego pism czerpaliby mnóstwo inspiracji.

Jednak inni filozofowie nie brnęli w szaleństwo tak głęboko, jak Hegel, który swoją przypadłością zaraził całe pokolenia – najpierw Niemców, a potem, za ich pośrednictwem, również przedstawicieli innych narodów, wśród nich – również reprezentantów naszego mniej wartościowego narodu tubylczego.

Mamy na tym przykładzie dowód, że szaleństwo jest chorobą zakaźną i dziwne, że medycyna nie wpadła dotychczas na pomysł przebadania pod tym kątem właśnie filozofów. Możliwe, że specjaliści doszli by do wniosku, że wszyscy są trochę szurnięci, chociaż oczywiście stopień zaawansowania przypadłości w każdym przypadku byłby inny.

Weźmy na przykład takich filozofów marksistowskich, od których w moich czasach studenckich aż się roiło. Nawiasem mówiąc, Karol Marks wiele swoich przemyśleń po prostu zerżnął z Hegla, co wśród filozofów jest rzeczą nagminną. Jeden zrzyna od drugiego, trzeci – od tamtych dwóch, czwarty – od trzeciego, piąty… – i tak dalej. W ten sposób tworzy się „straszliwa wiedza, że Byt się zgęszcza i rozrzedza”, którą mniej uzdolnieni ale niemniej ambitni filozofowie rozdziobują na coraz to mniejsze okruszki, zapełniając biblioteki mnóstwem makulatury i uprawiając „organizacyjną krzątaninę” w postaci rozmaitych sympozjonów, podczas których uczestnicy piją sobie z dzióbków.

[Wspaniały opis! – admin]

Niestety, mimo tych wszystkich wysiłków nadal nie mamy odpowiedzi na proste, zdawałoby się pytania, na przykład – co to jest wolność. Niektórzy udzielają odpowiedzi nie wprost, przeciwstawiając wolność tak zwanej „wolności prawdziwej”, o której Sławomir Mrożek, a więc – nie żaden filozof – powiedział tylko, że czymkolwiek ta „wolność prawdziwa” by nie była, to występuje ona zawsze tam, gdzie nie ma zwyczajnej wolności.

Zresztą z innymi pojęciami nie jest wcale lepiej. Przed laty słyszałem w telewizji wypowiedź pani prof. Marii Szyszkowskiej, która z jakichś tajemniczych powodów stylizowała się na Jaruhę ze „Starej baśni” Kraszewskiego, że zdefiniowanie pornografii przekracza możliwości umysłu ludzkiego. Już prawie w to uwierzyłem, bo wtedy miałem wobec filozofów znacznie więcej respektu, niż dzisiaj, aliści już następnego dnia miało miejsce wydarzenie, które moją wiarę natychmiast zniszczyło. Oto na Bazarze Różyckiego w Warszawie, sierżant policji schwytał jegomościa, który miał cała torbę pornograficznych kaset.

Sierżantowi temu jeden rzut oka wystarczył, by zorientował się, z czym mianowicie ma do czynienia, podczas gdy pani prof. Maria Szyszkowska twierdziła, że przekracza to możliwości umysłu ludzkiego.

No a teraz, kiedy mnóstwo filozofów siwieje od rozmyślania nad istotą wolności, niczym astrolog z poematu Aleksandra Fredry o pewnej królewnie, pan Adam Bodnar od jednego rzutu okiem spenetrował prawdę.

Podczas festiwalu Pol’and Rock w Kostrzynie nad Odrą, gdzie 1 sierpnia „Jurek Owsiak” zarządził „godzinę W”, pan Bodnar obwieścił, że kwintesencją wolności jest właśnie „Jurek Owsiak”. Konkretnie chodziło mu o to, że „Jurek Owsiak” „jest kwintesencją wolności – tej nieokiełznanej, odnoszącej się do myśli i słowa”. Przeciwstawił mu „idee środowisk prawicowych”, które „wolałyby świat uporządkowany i kontrolowany”.

Tak pan Adam Bodnar próbował podlizywać się uczestnikom kostrzyńskiego festiwalu i to jest zrozumiałe – ale czy naprawdę tak właśnie myśli? Czy wbrew pozorom on też nie „wolałby” świata „uporządkowanego i kontrolowanego”?

Zacznijmy od „nieokiełznanej wolności odnoszącej się do myśli i słowa”. Co by pan Adam Bodnar powiedział, gdyby uczestnicy festiwalu powitali go pokrzykiwaniami: „ty jebany frędzlu, co nam tu pierdolisz o jakimś Sądzie Najwyższym, kiedy my jesteśmy młodzi i przyjechaliśmy tu pochłeptać piwka, poruchać i przeżyć „drgawy”? Spierdalaj stąd i to w podskokach!”

Oczywiście nic takiego się na festiwalu nie stało – a dlaczego? A dlatego, że wbrew pozorom, jakie festiwalowi próbuje nadać „Jurek Owsiak”, jego uczestnicy stosują się do konwenansu, który nakazuje swego gościa przynajmniej tolerować. Ale konwenans jest przecież elementem porządkującym świat, który właśnie dzięki temu nadaje się do życia. Gdyby konwenansu nie było, to pan Bodnar nigdy nie miałby pewności, czy – gdy wejdzie do jakiegoś pomieszczenia i uprzejmie powita znajdujących się tam ludzi – spotka się z równie uprzejmą odpowiedzią, a nie z ciosem noża w serce.

Konwenans tedy z jednej strony porządkuje świat, a z drugiej – pozwala utrzymać wydarzenia pod kontrolą, przede wszystkim – dzięki samokontroli. To właśnie dzięki temu żaden normalny w sensie medycznym człowiek nie wyknoci się na środek dywanu podczas recepcji u prezydenta, tylko – chociaż ta potrzeba jest powszechnie uważana za naturalną – pójdzie zadośćuczynić jej do miejsca specjalnie do tego przeznaczonego.

Jak widzimy, pan Adam Bodnar specjalnie mądry to nie jest; nie wiem nawet czy spełnia kryteria przewidziane przez ustawę, która tworzyła urząd rzecznika praw obywatelskich – co też jest – co tu ukrywać – elementem jakoś ten świat porządkującym.

To ładnie ze strony pana Bodnara, że przypisał upodobanie do świata „uporządkowanego i kontrolowanego” wyłącznie „środowiskom prawicowym”, chociaż jestem pewien, że uczynił to nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, to znaczy – „bez swojej wiedzy i zgody”, ale nie tylko intencje się liczą, bo ważny jest też efekt końcowy – a ten przybrał postać komplementu dla „środowisk prawicowych”.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Czy Akcja Wyborcza Polaków obudzi pokolenie przetrwania

Bo za sprawą 500+ i innych ochłapów z pańskiego stołu przestaliśmy być pokoleniem walki.

Jak wszystko w Polsce rodzi się w bólach i kłótniach. Pomysł na Akcję Wyborczą Polaków zrodził się w Lublinie a już Podkarpacie chce iść własną ścieżką. Poczekajmy jeszcze trochę. Miną upały i dowiemy się czy można uprawiać politykę bez obiecanek cacanek a zapraszając rodaków do myślenia.

Pierwsze jaskółki już wyfrunęły:

Komitet Wyborczy „Akcja Wyborcza Polaków” 1 – Oddział Rzeszów

Cele dalekosiężne – my proponujemy, Ty – suweren – rozumiesz, popierasz i zatwierdzasz.

1.Wyzwólmy Polskę z niewoli odsetkowej kosztującą nas około 130 mld zł rocznie.

Przywróćmy Narodowemu Bankowi Polskiemu wyłączne prawo emisji pieniądza suwerennego zgodnie z art. 227. p.1 Konstytucji RP. Tym sposobem społeczeństwo zaoszczędzi na odsetkach około 70 mld zł rocznie i o taką kwotę będą mogły także wzrosnąć inwestycje naszych firm dając trwałą podstawę wzrostu gospodarczego oraz budowy dobrobytu obywateli.

Zapamiętaj: zmiana architektury monetarnej jest kluczowym elementem odzyskiwania naszej suwerenno­ści gospodarczej. W przeciwnym przypadku żadna z reform się nie powiedzie a Polska będzie skazana na wegetację i to na kredyt obciążający przyszłe pokolenia.

2. Usuńmy przeszkody uniemożliwiające polskim przedsiębiorcom tworzenia silnych więzi kooperacyjnych.

Wprowadźmy przepisy wykonawcze umożliwiające polskim przedsiębiorcom łączenie się w związki gospodarcze o integracji produktowej radykalnie obniżające próg inicjatywy gospodarczej oraz równomiernie rozkładające ryzyko biznesowe oraz wzajemne korzyści. W szczególności: wielostronne umowy wspólnie kontrolowane pomiędzy rolnikami, przetwórcami i handlem staną się podstawą ustroju rolnego.

3. Usuńmy konflikt interesów właścicieli i pracowników, aby Polacy pracowali z pasją w Polsce.

Uzupełnijmy kodeks spółek handlowych o regulacje prawne dla spółki właścicielsko-pra­cowniczej umożliwiając uwłaszczenie pracowników na majątkach firm w których pracują.

Wesprzyjmy proces tworzenia się własności pracowniczej rozwiązaniami podatkowymi oraz prze­znaczeniem na ten cel części emisji pieniądza suwerennego.

4. Oddajmy faktyczną władzę obywatelom w samorządach na zasadzie: władza proponuje – obywatele zatwierdzają.

zreformujmy sposób pracy oraz ordynację wyborczą do organów władzy samorządowej tak, aby kluczowe decyzje zapadały na zasadzie konsensusu pomiędzy interesami lokalnego budżetu i lo­kalnej gospodarki.

upowszechnijmy głosowanie elektroniczne (e-voting) na wzór szwajcarski.

5. Naprawmy system artykulacji interesów społecznych w skali kraju.

Wprowadźmy instytucję „kontraktów wyborczych” oraz zbiorową odpowiedzialność ugrupowań parlamentarnych za realizację głoszonego programu. Posłowie mający wpływ na realizację obiet­nic wyborczych a nie czyniących tego (np. szefowie komisji sejmowych oraz szefowie klubów poselskich), powinni być z Sejmu usuwani na drodze referendalnej lub sądowej.

Wprowadźmy instytucję prawyborów oraz 3 mandatowe okręgi wyborcze do Sejmu.

6. Gdyby którakolwiek z zaproponowanych reform napotkała sprzeciw Unii Europejskiej zainicjujmy proces opuszczenia jej szeregów.

1W okresie przedwyborczym działamy w strukturze sieciowej a nie hierarchicznej dlatego że struktury hierarchiczne zabijają proces pracy nad stanowiskiem uzgodnionym w kluczowych aspektach życia politycznego i gospodarczego.

Tymczasowy kontakt: biuro@koreus.pl, jozef.kamycki@op.pl,

Nikander
http://nikander.neon24.pl

Polska maszeruje

„Rosną młode kadry związku kombatantów” – tak za komuny żartowali sobie żartownisie, kiedy w miarę oddalania się momentu zakończenia wojny wzrastała liczebność Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Z podobną sytuacją spotykamy się tego lata w Warszawie i nie tylko tu. Wprawdzie od Powstania Warszawskiego minęły już 74 lata i ostatni powstańcy powoli przenoszą się do wieczności, ale zainteresowanie tamtym wydarzeniem nie tylko nie słabnie, ale jakby nawet rosło. Składa się na to kilka przyczyn; obok rosnącego zainteresowania historią jakie widać w części młodego pokolenia, jest również pragnienie wykorzystania Powstania w toczącej się w Polsce politycznej wojnie.

Wzrost zainteresowania historią w środowiskach młodzieżowych też ma co najmniej dwie przyczyny. Pierwszą jest naturalna ciekawość przeszłości – jak było naprawdę, ale jest i druga. W związku z koordynacją żydowskiej polityki historycznej z polityką historyczną niemiecką, a także w perspektywie zrealizowania przez Polskę żydowskich „roszczeń” majątkowych preparowana jest poprawna historia Polski, w którą młode pokolenia maja uwierzyć.

W te przygotowania zaangażowanych jest kilka instytucji, z Muzeum Żydów Polskich i Żydowskim Instytutem Historycznym na czele.

Gdyby zainteresowanie historią zanikło, to za kolejnych 70 lat okazałoby się, że II wojnę światową wygrał Tewje Bielski z pułkownikiem Stauffenbergiem. Podjęli oni nieubłaganą walkę z polskimi nazistami, którzy w obawie przez surowym sądem zagniewanego ludu, zabarykadowali się w Warszawie, gdzie nawet wzniecili powstanie, by wymordować resztę pozostałych przy życiu Żydów – ale ponieśli sromotną klęskę, w następstwie której rozproszyli się bez śladu i dopiero w roku 2017 okazało się, że potajemnie wrócili do Warszawy i to w liczbie co najmniej 60 tysięcy.

Na razie koryfeusze polskiej historii jeszcze trochę się krępują, zwłaszcza, że coraz więcej młodych ludzi, w miarę poznawania prawdy o przeszłości własnego narodu odwraca się od preparowanej historii Polski z pogardą.

Powstanie Warszawskie znakomicie nadaje się do politycznego wykorzystania, toteż coraz to nowi kandydaci na Umiłowanych Przywódców w dymach płonącej Warszawy próbuje – jak powiedziały to Józef Ozga-Michalski – „uwędzić swoje półgęski ideowe”.

Skoro tak, to sygnał do powstania dał w Kostrzynie nad Odrą sam „Jurek Owsiak”, a w Warszawie biłgorajski chłop opętany przez Żydów, czyli pan Henryk Wujec już o 16.00, a więc całą godzinę przed słynna „godziną W”, poprowadził „Marsz Milczenia” od ulicy Kilińskiego ku ulicy Waliców.

W ten sposób do Powstania Warszawskiego podłączył się obóz zdrady i zaprzaństwa, na co dzień walczący o praworządność między innymi za pomocą listów do niemieckiego owczarka Franciszka Timmermansa z prośbą o interwencję.

Uczestnicy tego marszu przez cały czas intensywnie milczeli, niczym papież Franciszek w Oświęcimiu, spełniając w ten sposób prośbę pani Naomi di Segni, przewodniczącej Związku Włoskich Żydów. Ma to oczywiście swoje dobre strony, bo pomyślmy tylko, co mogliby powiedzieć o Powstaniu Warszawskim członkowie obozu zdrady i zaprzaństwa?

Z kolei obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm wprost pławi się w patriotycznej atmosferze, niczym w siarczanych kąpielach, lecząc w ten sposób swoje polityczne dolegliwości. Któż bowiem, widząc pana prezydenta, jak na Placu Piłsudskiego z zapałem śpiewa powstańcze piosenki, ośmieliłby się zapytać go o przyczynę „intensywnego milczenia” w czasie gdy część działaczy Polonii Amerykańskiej prowadziła desperacji lobbing przeciwko ustawie nr 447 JUST, która może doprowadzić do żydowskiej okupacji Polski?

To nie byłoby taktowne, nie mówiąc już o tym, że takiego śmiałka pewnie zatrzymałaby ochrona. Więc z jednej strony mamy Marsz Milczenia z udziałem obozu zdrady i zaprzaństwa, a z drugiej – lecznicze kąpiele w patriotycznej atmosferze, w jakiej pławi się obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm. I tylko ONR-owcom Marsz Powstania Warszawskiego się nie udał, bo na rondzie de Gaulle’a zatrzymała go policja, podobno działająca na rozkaz pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, która na koszulce jednego z uczestników tego marszu dopatrzyć się miała marksistowskich emblematów w postaci sierpa i młota.

Okazuje się, że pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, która przez całe lata nie zauważała adwokacko-urzędniczej mafii grabiącej warszawskie nieruchomości, tutaj natychmiast wypatrzyła w tłumie osobnika z marksistowskimi emblematami. Oczywiście nie wiemy, czy ten osobnik rzeczywiście tam był, a jeśli nawet – to czy przypadkiem nie został tam posłany przez panią prezydent, albo jeszcze lepiej – przez starych kiejkutów, którzy przecież musieli i nad panią Hanną i wspomnianą mafią trzymać parasol ochronny?

Podobnie było przecież w przypadku pana Dominika Tarasa, który na Krakowskie Przedmieście „skrzyknął” kilkuset, a może nawet tysiąc alfonchów ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy modlącym się tam kobietom proponowali, by im „pokazały cycki”. „Gazeta Wyborcza” pisała w entuzjastycznym tonie o podmuchu „świeżego powietrza”, który rozwiał panujący tam zaduch.

Żeby taki patriotyczny zaduch na Krakowskim Przedmieściu wyczuć z ulicy Czerskiej na Dolnym Mokotowie, trzeba mieś specjalnego nosa – no ale z tym w gronie redakcyjnego Judenratu nie ma kłopotu.

Tak czy owak – Marsz Powstania Warszawskiego w wykonaniu ONR-owców zastał zablokowany. Okazuje się, że polityczna wojna swoją drogą, ale gdy w grę wchodzi zablokowanie możliwości pojawienia się politycznej alternatywy, to pani Hanna Gronkiewicz-Waltz staje po tej samej stronie, co dysponent policji i viribus unitis robią „no pasaran”.

Toteż bez specjalnego zaskoczenia odnotowujemy inicjatywę Wielce Czcigodnego Arkadiusza Mularczyka, by Trybunał Konstytucyjny w Warszawie pozbawił Republikę Federalną Niemiec immunitetu państwa suwerennego. Kiedy już ją tego immunitetu pozbawi, to każdy Polak będzie mógł wystąpić do niezawisłego sądu, który przyzna mu stosowny udział w rekompensatach. Nie muszę dodawać, że wszystkie te sprawy może prowadzić pan Arkadiusz Mularczyk, który w cywilu jest adwokatem i zdążył zyskać reputację eksperta.

Dodatkowym impulsem do tej inicjatywy może być okoliczność, że pan Jan Zbigniew hrabia Potocki, uważający się za prezydenta Polski, właśnie wygrał od Niemiec 850 miliardów dolarów tytułem reparacji wojennych, co prawda przez Europejskim Sądem Polubownym Sądem Arbitrażowym w Ciechanowie, który funkcjonuje przy Regionalnym Klubie Biznesu w Opinogórze – niemniej jednak wygrał.

W tej sytuacji obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm nie mógł pozostać bierny – co ilustruje czastuszka treści następującej:

Już Kaczyński srogo łypnął spod swych okularów.
Zaraz Niemcy nam wypłacą miliardy dolarów!
Hej, hej Dunia ma, Dunia diewuszka maja!

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Przypowieść o siewcy

Przypowieść o siewcy

1 Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. 2 Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. 3 I mówił im wiele w przypowieściach2 tymi słowami:
«Oto siewca wyszedł siać. 4 A gdy siał, niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. 5 Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. 6 Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. 7 Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. 8 Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. 9 Kto ma uszy, niechaj słucha!».

Cel przypowieści

10 Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: «Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich?»4 11 On im odpowiedział: «Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano5. 12 6 Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. 13 Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. 14 Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza7:
Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie,
patrzeć będziecie, a nie zobaczycie.
15 Bo stwardniało serce tego ludu,
ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli,
żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli,
ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił.
16 Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. 17 Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych8 pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli.

Wyjaśnienie przypowieści o siewcy

18 Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! 19 Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. 20 Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; 21 ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. 22 Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. 23 Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny».

Przypowieść o chwaście

24 Inną przypowieść im przedłożył: «Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. 25 Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. 26 A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. 27 Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: „Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?” 28 Odpowiedział im: „Nieprzyjazny człowiek to sprawił”. Rzekli mu słudzy: „Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?” 29 A on im odrzekł: „Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. 30 Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza”».

Przypowieść o ziarnku gorczycy i o zaczynie10

31 Inną przypowieść im przedłożył: «Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. 32 Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn11 i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach».
33 Powiedział im inną przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło».
34 To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. 35 Tak miało się spełnić słowo Proroka:
Otworzę usta w przypowieściach,
wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata12.

Wyjaśnienie przypowieści o chwaście

36 Wtedy odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: «Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście!» 37 On odpowiedział: «Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. 38 Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. 39 Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. 40 Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. 41 Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, 42 i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. 43 Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego13. Kto ma uszy, niechaj słucha!

Panie zapierdalaypocement co Pan tutaj miesza, powyżej jest wszystko na temat

WSZECHWIEDZA BOGA A WOLNA WOLA

JAN LEWANDOWSKI

CZY WSZECHWIEDZA BOGA WYKLUCZA WOLNĄ WOLĘ CZŁOWIEKA?

Czy wszechwiedza Boga wyklucza wolną wolę człowieka? - foto

Autor/źródło: Pixabay, falco

Istnieje pewien dość popularny zarzut ateistyczny, który głosi, że wiedza Boga o przyszłości jest nie do pogodzenia z wolną wolą człowieka. Autorzy tego zarzutu twierdzą, że jeśli Bóg posiada pewną wiedzę o przyszłości to nie ma sensu twierdzenie, że człowiek ma wolną wolę. Przykładowo, jeśli jutro o godzinie 17.00 wybiorę pizzę a nie lasagnew restauracji, to Bóg wiedział o tym już przed stworzeniem świata i „nie mogę” zrobić inaczej. Jeśli zrobię inaczej to Bóg nie jest nieomylny. Jeśli jednak zrobię to co wie Bóg to nie mam wolnej woli i to co zrobię jest zależne w pełni od Jego wiedzy. Stanowisko takie nosi miano teologicznego fatalizmu. Oto paradoks, którym zajmę się wyczerpująco w niniejszym traktacie apologetycznym.

Już na pierwszy rzut oka widać, że coś tu nie gra. Pozornie to rozumowanie wydaje się spójne ale intuicja po cichu podpowiada nam, że gdzieś tu jest ukryty jakiś haczyk. Słusznie, bo tak właśnie jest. Tych haczyków jest tu wyjątkowo wiele. Jak to niejednokrotnie bywa z ateistycznymi paradoksami, często są to tylko pseudoparadoksy i opierają się na jakimś błędnym logicznie rozumowaniu, sprzecznych lub błędnych założeniach, błędnej perspektywie i tak dalej. Nie inaczej jest choćby ze słynnym paradoksem kamienia, którego Bóg nie może podnieść. Jak już niemal powszechnie wiadomo, paradoks kamienia jest obarczony błędem logicznym Contradictory Premises, czyli podtrzymuje on jednocześnie dwa sprzeczne założenia: że Bóg powinien jednocześnie móc zrobić wszystko (stworzyć każdy rodzaj kamienia, który mógłby podnieść) i nie móc zrobić wszystkiego (nie podnieść jakiegoś kamienia).

Paradoks wolnej woli człowieka i wszechwiedzy Boga jest oparty na podobnych wewnętrznie sprzecznych założeniach. Jest ich tu nawet więcej niż we wspomnianym wyżej paradoksie kamienia, którego Bóg nie może podnieść. Niżej wyliczę je wszystkie po kolei. Na samym początku warto odnotować pewną ważną rzecz. Ateista-fatalista uważa, że paradoks wolnej woli człowieka i wszechwiedzy Boga o przyszłości jest problemem teizmu. To teizm ma powodować istnienie tego paradoksu. Nie jest to prawdą. Nawet jeśli usuniemy Boga z tego rozumowania to paradoks ten pozostaje nadal. Załóżmy, że Bóg nie istnieje a my nadal mamy wybrać czy zjemy jutro o 17.00 pizzę czy lasagne. Coś przecież musimy wybrać. Bez względu na to czy istnieje Bóg, czy nie, wybierzemy tylko jedną z tych dwóch rzeczy i wyjdzie na to samo. Nasz wybór można w obu tych przypadkach potraktować jako pozbawiony wolnej woli. Coś przecież jutro musi wydarzyć się. Jeśli spojrzymy na to wstecz, już po dokonanym wyborze, to okaże się, że sytuacja wygląda identycznie, bez względu na to czy wmieszamy w to Boga, czy nie: wybraliśmy tak a nie inaczej i „nie mogliśmy” dokonać innego wyboru, skoro wybraliśmy tylko jedną określoną opcję. Paradoks nadal istnieje.

Usunięcie Boga z tego paradoksu pokazuje, że to nie Bóg jest tu problemem ale właśnie sam ten paradoks jest gdzieś wadliwy logicznie i wprowadza tylnymi drzwiami różne ukryte założenia, których mało wyrobiony w tym temacie obserwator po prostu nie zauważa, dając się łapać na różne haczyki. Wypunktuję teraz po kolei te różne haczyki i wewnętrznie sprzeczne założenia, które popełniają zwolennicy tego paradoksu.

Pierwszym wadliwym logicznie założeniem jest tutaj ukryta przesłanka, że coś co zdarza się, „musi” się wydarzyć. Nie jest to prawdą. Coś co zdarza się, po prostu zdarza się i tyle. Nawet jeśli przyjąć, że w umyśle Boga przyszłość jest „ustalona”, to przekłada się to co najwyżej na rzeczywistość gdzie rzeczy po prostu dzieją się ale nie muszą się dziać. To wydarzenia są źródłem wiedzy Boga o przyszłości a nie odwrotnie. Gdy polemizujemy z ateistą i mówimy mu, że ktoś przecież musiał stworzyć Wszechświat, ateista odpowiada: nie, Wszechświat po prostu jest. Ten sam ateista jednak twierdzi, gdy atakuje teizm przy pomocy fatalizmu, że coś co zdarza się, „musi” się zdarzyć. Problem jednak w tym, że z logicznego punktu widzenia nie wiadomo skąd miałoby się tu wziąć owo „musi”. Ateista-fatalista dokłada to założenie z zewnątrz gdyż żadne wydarzenie samo w sobie nie zawiera takiego imperatywu. Niżej omówię to jeszcze niejednokrotnie.

Kolejnym ukrytym założeniem jest tutaj przesłanka, że jeśli masz wybrać pizzę lub lasagne, to możesz wybrać pizzę lub lasagne ale nie obie na raz. Teoretycznie mógłbyś wybrać zjedzenie i pizzy i lasagne o 17.00 następnego dnia, co jest opcją możliwą ale niedopuszczalną na mocy konstrukcji tego przykładu. Ateista-fatalista jednak przyjmuje założenie, że możesz wybrać tylko jedną z tych dwóch rzeczy, po czym czyni z tego zarzut w stosunku do wolnej woli. A przecież na początku sam przyjął to właśnie założenie, że skoro możesz wybrać tylko jedną rzecz, to nie masz wolnej woli. Widać tu niekonsekwencję i jest to również błędne koło w rozumowaniu. Ateista-fatalista popełnia tu jednak więcej błędów, gdyż to założenie jest sprzeczne z jeszcze innym jego zarzutem, będącym logiczną konsekwencją zarzutu poprzedniego, a mianowicie takim, że wybierając pizzę nie mogłeś wybrać lasagne. Jednakże na początku jego założenie implikowało również taki właśnie wniosek, że jeśli wybierzesz pizzę to nie będziesz mógł wybrać lasagne. Znowu sprzeczność w założeniach ateisty-fatalisty i znowu błędne koło w rozumowaniu. Sprzeczność w założeniach ateisty-fatalisty jest także wtedy gdy z jednej strony zakłada on, że w zgodzie z wszechwiedzą Boga o twoim wyborze w przyszłości musiałeś wybrać pizzę, po czym za chwilę czyni zarzut, że musiałeś dokonać takiego wyboru. Jednakże przecież na początku ateista-fatalista sam twierdził, że jakiegoś wyboru musiałeś dokonać. Skoro jednak jakiegoś wyboru musiałeś dokonać to nie ma sensu również zarzucanie ci, jak to czyni czasem ateista-fatalista, że nie mogłeś nie podjąć jakiegokolwiek wyboru.

Sprzecznych założeń jest w tym całym paradoksie jeszcze więcej. Paradoks ten zakłada, że wiedza Boga o przyszłości, jak też i sama przyszłość, są czymś, co można zmienić, po czym czyni z tego podstawę do zarzutu: „gdybyś zrobił inaczej niż wie Bóg, to Bóg okazałby się omylny”. Jednak jeśli Bóg zna przyszłość to nie może okazać się omylny. Ponadto nawet wedle samych fatalistów nie można zmienić przyszłości więc założenie ateisty-fatalisty, że niemożliwość zmiany przyszłości oznacza brak wolnej woli jest bez sensu gdyż jest wewnętrznie sprzeczne. Skoro fatalista przyjmuje, że przyszłość jest „ustalona” i zdeterminowana to w takim wypadku nie można zmienić przyszłości na mocy samej niemożliwości a nie dlatego, że nie mamy wolnej woli. Ateista-fatalista nie tylko podtrzymuje tu sprzeczne założenia w swym zarzucie ale miesza również płaszczyzny niezwiązane ze sobą (wynikająca z błędnokołowych założeń fatalisty niemożliwość zmiany przyszłości i zagadnienie wolnej woli). Zarzut ten zawiera wewnętrzną sprzeczność, również wtedy gdy Boga zastąpimy podróżnikiem w czasie. Przyszłość jest w tym wypadku nadal czymś czego nie można zmienić – mamy tu więc ponownie wewnętrzną sprzeczność w założeniach ateisty-fatalisty (poruszamy się tu w całej pajęczynie sprzeczności, jak widać). Fatalista zakłada na mocy błędnego koła i determinizmu, że przyszłości nie da się zmienić nie tylko wtedy gdy zastąpimy Boga podróżnikiem w czasie, ale nawet wtedy gdy uznamy, że nikt jej nie zna lub znający ją Bóg po prostu nie istnieje. W pojęciu fatalisty nawet wtedy przyszłość jakaś przecież będzie i znowu nie jesteśmy w stanie jej zmienić. Ateista-fatalista zakładając, że powinieneś móc nie zrobić tego co przecież jego zdaniem i tak zrobisz, podtrzymuje kolejne wewnętrznie sprzeczne założenie, które jest absurdalne z logicznego punktu widzenia. W każdym przypadku ateista-fatalista wpada tu w sprzeczność ze swym założeniem, że możemy jakoś próbować zmienić przyszłość.

W ten oto sposób dochodzimy do jądra tego paradoksu, którym jest założenie, że skoro Bóg o czymś wie to my „musimy” tak zrobić. Sęk jednak w tym, że nie ma tu wynikania pomiędzy „zrobimy” a „musimy”. Jedno drugiego tu nie implikuje. Non sequitur. Z tego, że coś się dzieje wcale nie wynika, że musi się to dziać. Wynika z tego co najwyżej tyle, że się to po prostu dzieje i że mogło to równie dobrze potoczyć się inaczej (wtedy wiedza Boga także byłaby do tego dostosowana odpowiednio inaczej). Tylko do takiego wniosku doprowadzają nas przesłanki. Ateista-fatalista jednak po cichu przemyca to założenie do swego paradoksu, po czym dowodzi przy pomocy tego założenia swoją tezę. Jednak wpada tym samym w błędne koło gdyż teza, że „musimy” zrobić coś w przyszłości jest przedmiotem sporu i tym samym nie może być jednocześnie argumentem w tym sporze. Boska przedwiedza o tym co wybierzemy nie transferuje „konieczności” w stronę tego co wybierzemy, implikuje ona jedynie to, że coś wybierzemy. Jeśli nasz wybór byłby inny, również i wiedza Boga byłaby inna w ślad za naszym wyborem i nie odwrotnie. To wydarzenia są źródłem wiedzy Boga o przyszłości a nie odwrotnie. Warto zapytać fatalistę o to skąd Bóg wie o przyszłym czynie człowieka, jeśli właśnie nie od tego człowieka. Coś co musi się stać, stanie się, ale w drugą stronę to rozumowanie już nie działa. To tak jak przy rzucie kostką. Pewne jest, że jakąś liczbę dostaniemy, ale ta liczba sama w sobie już nie jest pewna. Wszystko co jest konieczne jest zarazem możliwe ale wszystko co jest możliwe nie jest już zarazem konieczne. Pewne jest tu jedynie to, że coś się zdarzy lub nie zdarzy i nic więcej. Pewne są tu tylko dwie opcje rozważane jednocześnie, każda z opcji rozważana pojedynczo nie jest już jednak pewna.

Spróbuję teraz w bardzo prosty sposób zobrazować błędne rozumowanie fatalisty za pomocą pewnego sylogizmu:

1. Koniecznie, jeśli Bóg wie, że zrobię x, to x nastąpi.

2. Jeśli Bóg jest wszechwiedzący, przewidział x.

3. Dlatego, koniecznie x musi nastąpić.

A teraz przedstawmy to samo rozumowanie, tyle, że na nieco innym przykładzie:

1. Koniecznie, jeśli jestem kawalerem, nie jestem żonaty.

2. Jestem kawalerem.

3. Dlatego, koniecznie muszę pozostać bez żony.

Widzimy gdzie jest błąd w tym rozumowaniu? Konieczność z członu 1 wnioskowania została w sposób bezpodstawny przetransportowana do członu 3 wnioskowania. Tymczasem takie właśnie wnioskowanie jest oczywiście wadliwe logicznie ponieważ nikt nie może być kawalerem raz na zawsze w sposób konieczny. Inny przykład:

1. Koniecznie, jeśli Ala ma dwa koty i psa to ma przynajmniej jednego kota.

2. Ala ma dwa koty i psa.

3. Koniecznie, Ala ma przynajmniej jednego kota.

Wnioskowanie to jest błędne logicznie ponieważ w ogóle nie ma konieczności aby Ala miała kota. Jest to jedynie zależne warunkowo de dicto i tym samym może się jej co najwyżej przytrafić jako zdarzenie prawdziwe (znaczenie terminu de dicto objaśnię niżej). Ma ona jednak wybór nie mieć kota, posiadanie kota nie jest więc w jej przypadku koniecznością, podobnie jak nie ma konieczności abyśmy zrobili x, skoro Bóg wie, że zrobimy x. A więc poprawmy wadliwe logicznie wnioskowanie ateisty-fatalisty odnośnie Boga:

1. Koniecznie, jeśli Bóg wie, że zrobię x, to x nastąpi.

2. Jeśli Bóg jest wszechwiedzący, przewidział x.

3. Dlatego, koniecznie x musi nastąpić.

Tak jest źle, jak już wiemy z powyższego. A teraz dobrze:

1. Koniecznie, jeśli Bóg wie, że zrobię x, to x nastąpi.

2. Jeśli Bóg jest wszechwiedzący, przewidział x.

3. Dlatego, x nastąpi.

Drobna zmiana, ale istotna. Z członu 3 usunęliśmy konieczność, która w sposób nieuprawniony logicznie została tam przemycona przez ateistę-fatalistę z członu 1. Zrobimy x ale nie musimy zrobić x skoro Bóg o tym wie, raczej zrobimy x bo tak wybraliśmy i dopiero w ślad za tym idzie wiedza Boga o tym, że zrobimy x. To jedynie odwrócenie w czasie tego porządku wprawia nas w złudzenie, że niby musimy zrobić x skoro Bóg wie, że zrobimy x, ale to tylko złudzenie i jak widzieliśmy na przykładach powyższych nie ma żadnej logicznej konieczności abyśmy zrobili x. Wiedza Boga o tym, że zrobimy x w żaden sposób nie przymusza nas do wyboru i tym samym jesteśmy wolni w tym wyborze. Fatalizm teologiczny jest błędny z punktu widzenia logiki modalnej i nie tylko. Fatalizm jest jedynie błędną kategorią umysłu fatalisty i tym samym nie ma żadnego poprawnego przełożenia na rzeczywistość.

A więc jak widzimy, ateista-fatalista uważa, że skoro Bóg wie, że coś zrobisz, to „nie możesz” postąpić inaczej i „musisz” tak zrobić. W tym rozumowaniu jest jednak przemycone ukryte na pozór „oczywiste” założenie, że „musisz” zrobić to co wie Bóg a więc argumentacja ateisty-fatalisty tkwi w tym miejscu w błędnym kole (zakłada ona też determinizm, który sam w sobie również jest nieudowodniony). Założenie, że „musisz” zrobić to o czym Bóg wie jest bowiem przedmiotem sporu, tym co ateista-fatalista musi dopiero udowodnić, a więc nie może być to jednocześnie argumentem w tym samym sporze. Ateista-fatalista upiera się, że to jest przecież „intuicyjnie oczywiste”, że skoro Bóg wie, że coś zrobisz, to tym samym „musisz” tak zrobić i nie masz wolnej woli. Jednak wcale nie jest to oczywiste. Z logicznego punktu widzenia nie wynika bowiem wcale, że coś co się zdarzy jest tym, co „musi” się zdarzyć. Non sequitur, nie ma tu koniecznej implikacji logicznej. W tym miejscu jest wręcz dokładnie odwrotnie. To Bóg „musi” wiedzieć, że coś zrobisz, tylko dlatego, że ty chcesz to zrobić.

Niektórzy ateiści-fataliści próbują obejść wspomniany przed chwilą zarzut o błędne koło w tym miejscu i wycofując się ze swoich pierwotnych pozycji twierdzą, że co prawda przedwiedza Boga nie wpływa na wybory człowieka, ani ich nie determinuje, ale pomimo tego wciąż jednak je „gwarantuje” lub „zakłada” i przez to nadal nie możemy zrobić inaczej niż wie Bóg. Pominąwszy fakt, że to nie neguje wolności wyboru człowieka, to nadal jest to tkwienie w błędnym kole rozumowania i mamy tu do czynienia jedynie z nazwaniem tego samego w inny sposób. Skąd bowiem niby wiadomo, że przedwiedza Boga „zakłada” lub „gwarantuje”, że coś zrobimy? Czy to bezspornie wynika samo z siebie? Wcale nie, takie założenie jest bowiem znowu dodane z zewnątrz gdyż jest dokładnie odwrotnie – to nadal my gwarantujemy w tym momencie, przez to co zrobimy, że wiedza Boga jest taka a nie inna. Jest to jedynie odwrócone w czasie i widać to na opak, co powoduje pewne złudzenie optyczne w postrzeganiu tej kwestii. Porządek logiczny pozostaje tu bowiem taki: wiedza Boga idzie za naszym czynem ale nie odwrotnie. Porządek logiczny ma tu pierwszeństwo. Powyższe myślenie teologicznego fatalisty nadal tkwi tu więc w błędnej perspektywie optyki wywróconej do góry nogami i wciąż jest on ofiarą swoistego złudzenia, powstałego na skutek „lustrzanego” postrzegania wydarzeń odwróconego o 180 stopni.

Jak mawiają Anglosasi, wszystko jest kwestią perspektywy. Rozumowanie ateistów-fatalistów, że skoro Bóg wie wszystko o przyszłości to ty „nie możesz” zrobić inaczej, jest kwestią błędnej perspektywy. Perspektywa ta jest postawiona na głowie, będąc po prostu błędem optycznym. Ateista-fatalista stosuje tu pewien trik optyczny, oparty na tym, że sytuacja jest tu niejako ustawiona do góry nogami z powodu odwróconego porządku rzeczy w czasie. To nie jest tak, że człowiek nie może zrobić inaczej niż wie Bóg, ale to niejako jest tak, że Bóg nie może wiedzieć inaczej niż człowiek zrobi. To co zrobimy jest logiczną przyczyną wiedzy Boga o naszym wyborze a nie odwrotnie.

Główny błąd logiczny jaki popełniają w tym miejscu ateiści i fataliści to tak zwany błąd modalny (modal fallacy). Nazwa tego błędu bierze się stąd, że pochodzi on z logiki modalnej i jest naruszeniem jej zasad. Zdefiniowali go już średniowieczni filozofowie i polega on na pomieszaniu necessitas consequentiae (konieczność tego, że q musi wyniknąć z p) z necessitas consequentis (konieczność zaistnienia q, która istnieje sama przez się i na mocy własnej). Konieczność de re jest tu przez ateistę-fatalistę pomieszana z koniecznością de dictoDe re jest koniecznością samą w sobie a de dicto jest konieczne na mocy prawdziwości twierdzenia ale nie na mocy konieczności rzeczy samej w sobie. Pisząc niniejszy esej siedzę na krześle i jest to prawda de dicto konieczna na mocy prawdziwości twierdzenia. Nie jest to jednak konieczność de re ponieważ gdyby tak było to nie mógłbym robić nigdy nic innego jak tylko siedzieć na krześle i pisać ten esej. Wszystko co jest konieczne de re jest również konieczne de dicto ale na odwrót to już nie działa. Wszystko co jest bowiem konieczne jest zarazem możliwe ale wszystko co jest możliwe nie jest już zarazem konieczne. Odnosząc to teraz do powyższego przykładu z pizzą, jeśli jutro o godzinie 17.00 wybiorę pizzę a nie lasagne, to z tego, że jutro tak zrobię nie wynika, że musiałem tak zrobić. Mój wybór będzie wyborem zależnym a nie wyborem koniecznym. Pojęcie konieczności de re dla mojego czynu nie jest zawarte w przesłankach poprzedzających ten wniosek. Mój wybór nie jest konieczny de re ale jedynie konieczny de dicto. Wiedza Boga o moim przyszłym wyborze jest prawdziwa jedynie na mocy konieczności de dicto. Wiedza Boga o moim czynie nie oznacza, że nie mogę postąpić inaczej, oznacza jedynie, że nie postąpię inaczej bo w sposób wolny zdecydowałem, że nie chcę postąpić inaczej. Różnica jest tu kolosalna. Pojęcie posiadające esencjonalną własność konieczności de re nie jest zawarte przez Boga w moim czynie i jest tu dokładane bezpodstawnie z zewnątrz jako filozoficzne założenie, które trzeba dopiero udowodnić. Ateista-fatalista przyjmując to założenie jako oczywiste popełnia błędne koło w rozumowaniu gdyż założenie to powinien dopiero udowodnić i coś co jest przedmiotem sporu nie może być równocześnie argumentem w tym sporze.

Nawet jeśli przyjmiemy necessitas consequentis (konieczność zaistnienia q, która istnieje sama przez się i na mocy własnej), to ateistyczny fatalista wcale nie wygrywa, a wręcz przeciwnie. W tym wypadku upadnie bowiem wnioskowanie „koniecznie, jeśli Bóg wie, że zrobię x, to muszę zrobić x”, ponieważ człon „muszę zrobić x” będzie konieczny ale zarazem nie będzie już warunkowy. Z drugiej strony człon „Bóg wie, że zrobię x”, nie jest konieczny sam w sobie co oznacza, że Bóg nie wie w sposób konieczny, że zrobię coś, czego tak naprawdę przecież wcale nie muszę zrobić. Tym samym Bóg wie to jedynie w sposób warunkowy ale już nie w sposób konieczny. Wiedza Boga jest uwarunkowana moim wyborem a nie konieczna sama w sobie. Czy jest konieczne żebym jechał 100 km na godzinę swoim samochodem? Nie. Tak samo jak nie jest niemożliwe żebym jechał zaledwie 20 km na godzinę. Teista może więc bez problemu zanegować drugi człon fatalistycznego wnioskowania ateisty.

Ateistyczny-fatalizm jest błędny logicznie również z innego powodu. Logiczni konstruktywiści wskazują, że przesłanki mają sens tylko wtedy gdy są wyartykułowane lub skonstruowane. Tymczasem fatalizm przyjmuje, że jego przesłanki istnieją razem z wiedzą Boga wiecznie i są prawdziwe same przez się. Nie jest to jednak zgodne z zasadami konstruktywnej logiki. Przyszłość staje się realna dopiero wtedy gdy zaistnieje a wcześniej jest jedynie potencjalna i subiektywna. Nie zostaliśmy zbawieni na podstawie przedwiedzy Boga o śmierci Jezusa na krzyżu ale dostąpiliśmy zbawienia dopiero wtedy gdy stała się ona faktem. Ateistyczny fatalizm popełnia również błąd logiczny False Dichotomy ponieważ pokazuje tylko dwie opcje do wyboru w przypadku omawianego pseudoparadoksu: brak wolnej woli lub brak wszechwiedzy Boga. Tymczasem jest to przysłowiowy fałszywy dylemat ponieważ wolna wola człowieka nie koliduje z wszechwiedzą Boga. Tak zwani soft-determiniści uważają na przykład, że wolna wola człowieka nie koliduje z czynami człowieka nawet wtedy gdy są one czymś zdeterminowane. Gdy zamawiamy pizzę to może to być zdeterminowane wieloma czynnikami, naszymi przeszłymi przeżyciami, gustami ukształtowanymi w określonych okolicznościach środowiskowych, uwarunkowaniem biologicznym, kontekstem kulturowym i tak dalej. Jesteśmy więc przynajmniej częściowo zdeterminowani w swych wyborach ale nie oznacza to, że nie jesteśmy wolni ponieważ zamawiając pizzę chcemy tego dobrowolnie. Błąd logiczny False Dichotomy popełniany tu przez fatalistę powoduje, że następuje zaprzeczenie zasadzie alternatywnych możliwości: „Jeśli nie możesz czynić inaczej niż czynisz, nie działasz w sposób wolny”. Nie jest to prawdą gdyż wystarczy przyjąć, że ludzki obserwator mógłby w zasadzie mieć maszynę, która by wykryła, co zdarzy się w przyszłości, lecz istnienie tej maszyny lub jej użycie nie miałoby wpływu na wynik zdarzeń.

Nic lepiej nie ukazuje błędu w myśleniu ateisty-fatalisty niż to, że mogłeś zmienić zdanie po swoim wyborze. Powiedzmy, że do wyboru miałeś pizzę (A), lasagne (B) lub frytki (C). Po tym jak wybrałeś A, zmieniłeś zdanie i wybrałeś B. Ale załóżmy, że po jakimś czasie znowu zmieniłeś zdanie i wybrałeś C (wybory możesz kontynuować w nieskończoność lub przynajmniej do wyczerpania liter alfabetu). Ateista-fatalista zaoponuje w tym momencie, że i tak nie byłeś wolny bo Bóg wiedział, że ostatecznie wybierzesz C. Ale co to ma do rzeczy? Jeśli „nie miałeś wolnej woli”, jak twierdzi ateista-fatalista, to jak to się stało, że wybierałeś aż trzy razy? Jak to się stało, że w ogóle cokolwiek wybrałeś? Nawet gdybyś miał do wyboru tylko A to i tak coś byś już wybrał i nie zrobiłbyś tego nie posiadając wolnej woli. Gdybyś nie miał wolnej woli to nie wybrałbyś po prostu niczego, nawet A. Bóg wie zatem, że coś zrobisz, ale wie to w sposób warunkowy a nie konieczny. Wiedza Boga o twoim wyborze jest warunkowa względem twojego wyboru a nie na odwrót i tym samym nie wpływa na ten wybór. W tym momencie chyba najlepiej widać bezsens w rozumowaniu ateistów-fatalistów. To co wybierasz i tak nie jest spowodowane wiedzą Boga (Bóg nie zdradził ci też, że wybierzesz C, pozbawiając cię wolnej woli). Gdyby bowiem wiedza Boga sprawiała, że nie masz wolnej woli, lub gdybyś po prostu nie miał wolnej woli, to nie mógłbyś podjąć żadnego z tych wyborów, nawet jednego. Brak wolnej woli sprawiłby, że nie tylko nie wybrałbyś B i C, ale nie wybrałbyś nawet A. To byłby prawdziwy brak wolnej woli, a nie to, że Bóg wiedział, iż wybierzesz C. Jak widać jedno z drugim nie ma po prostu nic wspólnego. To nie człowiek „musi” wybrać C bo Bóg o tym wie ale jest wręcz dokładnie odwrotnie – to Bóg „musi” wiedzieć, że wybierzesz C skoro tak wybrałeś. Tak po prostu.

Teologiczny fatalizm jest zatem oparty na błędnym kole w rozumowaniu i tym samym jest wadliwy logicznie. Importuje on z zewnątrz założenie, że jeśli coś się zdarza, to „musi” się to zdarzać. Założenie to jest jednak dodane bez uzasadnienia. Jak już wspomniałem wyżej, najlepiej rozumieją to sami ateiści gdy przy innej okazji wykazują teiście, że Wszechświat nie musiał mieć przyczyny, gdyż Wszechświat po prostu jest. Wykazując błędność fatalizmu możemy rzec tak samo: wydarzenia po prostu dzieją się same z siebie i wcale nie muszą się dziać akurat w taki sposób, w jaki się dzieją. Księżyc ma określony kolor i waży 7,347 673×10 do potęgi 22 kilograma ale wcale nie musi mieć takiego koloru i tyle ważyć. Jest on taki jaki jest na mocy konieczności de dicto a nie de re. Atomy w mózgu ateisty-fatalisty pulsują w określony sposób ale czy jest jakiś powód, że nie mogłyby pulsować nieco inaczej? Piłka rzucona z balkonu spadnie na Ziemię w określony sposób ale czy jest jakiś powód, że nie mogłaby spaść inaczej? Nie ma takich powodów. Nie ma żadnego powodu dla którego coś musi się dziać akurat w taki a nie inny sposób. Po prostu dzieje się to niejako przy okazji, w ten właśnie sposób.

Można wystosować pewien argument, który ostatecznie obali teologiczny fatalizm. Wyobraźmy sobie, że człowiek żyje w nieskończonym świecie gdzie ma choćby potencjalną możliwość nieskończonego wybierania czegoś bez końca. Wybory możemy opisać jako n+1, gdzie n będzie oznaczać nieskończoność. Wynika z tego, że człowiek może nie tylko wybierać, co już samo w sobie jest przejawem wolnej woli, ale wynika z tego również i to, że człowiek nigdy nic nie wybierze ostatecznie. Bóg w tym momencie nie może więc wiedzieć co człowiek wybierze a ten jednocześnie cały czas może wybierać. Wybory te można by nawet potraktować jako dokonane i zarazem niedokonane, to jest zawsze potencjalnie możliwe do zmiany. W ten sposób będzie istniał ciąg nieskończonych wyborów, które nie byłyby przecież możliwe bez wolnej woli i zarazem zostaje tu odparty argument teologicznego fatalisty, że Bóg wie co ostatecznie zostanie wybrane.

Patrząc na naszą przeszłość z punktu widzenia naszej perfekcyjnej wiedzy o faktach dokonanych też możemy ulec złudzeniu, że skoro rzeczy potoczyły się tak jak potoczyły, to „musiały” się potoczyć tak a nie inaczej. Jednak czy to oznacza, że dokonując określonych wyborów w przeszłości „musieliśmy” wybrać tak a nie inaczej i nie byliśmy wolni? Wcale nie. Po prostu wybraliśmy tak jak wybraliśmy. Wiemy, że Napoleon przegrał bitwę pod Waterloo ale nasza wiedza o tym wydarzeniu nie wpłynęła w żaden sposób na to wydarzenie. Za to owo wydarzenie wpłynęło na naszą wiedzę. Nasza wiedza o wyborach innych ludzi dokonywanych w przeszłości jest tak samo pewna jak wiedza Boga o naszych wyborach w przyszłości, jednak nie wpływa w żaden sposób na te wybory. Tak samo wiedza Boga o naszych wyborach w przyszłości nie wpływa na te wybory.

Z naszego punktu widzenia przeszłość jest zatem tak samo ustalona i niezmienna jak dla Boga przyszłość. Spójrzmy więc w przeszłość i wtedy dostrzeżemy nasze wybory jako dokonane i nieodwołalne. Czy były one jednak takie gdy ich dokonywaliśmy? Nie. Czy nie byliśmy wolni gdy ich dokonywaliśmy? Nie. Zauważmy, że przeszłość jest tak samo „nieodwołalna”, nawet jeśli usuniemy z niej Boga. To nie Bóg więc powoduje, że nasz umysł postrzega nasze dokonane wybory jako „pozbawione wolnej woli”, tylko nasz umysł ulega złudzeniu, że są one takie w przeszłości lub w przyszłości.

Jak widać, wspomniany paradoks sam w sobie jest błędny logicznie i nie musimy uciekać się do innej apologetyki aby się przed nim obronić. Wspominam o tym dlatego, że niektórzy apologeci popełniają właśnie ten błąd i próbują obejść ten zarzut w inny sposób, redefiniując na przykład wolną wolę i pojęcie boskiej wszechwiedzy. Twierdzą, że Bóg może ale nie musi wiedzieć wszystkiego w danej chwili, lub Jego wiedza o przyszłości jest jedynie probabilistyczna (molinizm), stąd mamy wolną wolę. Albo też twierdzą, że pojęcie „wolnej woli” jest dyskusyjne i można to różnie rozumieć. Dla kompatybilistów na przykład człowiek może być wolny w swym wyborze nawet wtedy gdy jest przez coś zdeterminowany w tym wyborze. Jeśli nie ma przymusu w swym działaniu to jego wybory są zawsze wolne po prostu dlatego, że chciał ich dokonać. Pewni duchowni hinduizmu uważają, że człowiek jest wystarczająco wolny jeśli może się poddać dobrowolnie Krisznie a inne ludzkie czyny mogą być już predestynowane. Jeszcze inni apologeci próbują forsować wniosek, że Bóg jest poza czasem i dlatego ten paradoks nie dotyka Go. Skoro bowiem Bóg jest poza czasem to ateista-fatalista nie może twierdzić, że Bóg wiedział coś przed danym wydarzeniem. Czas nie jest bowiem linearny i niezmienny ale jest raczej względny i niestały, przynajmniej z punktu widzenia teorii Einsteina. Dla Boga czas być może jest nawet jak cegiełki, które da się przestawiać między sobą. Bóg wszystko widzi w jednym punkcie i jest we wszystkim jakby to było jedynie teraźniejsze. Bóg wie co zrobimy bo wciąż jest obecny tylko w tym momencie, w którym to robimy, mając bezpośrednią percepcję naszego czynu. Przyszłość i przeszłość są jedynie złudnymi kategoriami naszego umysłu a dla Boga istnieją jedynie abstrakcyjnie (przyszłość nie jest czymś namacalnym, więc w sumie nie istnieje). To ludzie a nie Bóg ustalają historię ludzkich wyborów. Z tego punktu widzenia paradoks również znika. Jeszcze inni uważają, że Bóg widzi nas potencjalnie w różnych światach równoległych, gdzie dokonujemy w tym samym czasie różnych wyborów, co też likwiduje domniemaną sprzeczność w zakresie rzeczonego paradoksu. Wszystkie takie próby uzgodnienia wolnej woli z wszechwiedzą Boga uważam za ciekawe ale zupełnie zbędne. Ponadto apologeci podejmujący takie próby milcząco przyznają, że problem rzeczywiście istnieje i wszechwiedza Boga w sposób istotny ogranicza wolny wybór człowieka. Próbując redefiniować wolną wolę człowieka lub wszechwiedzę Boga obchodzą więc tak naprawdę ten problem dookoła, podczas gdy sam ten problem pozostaje bez odpowiedzi. Tymczasem nie tylko nie trzeba, ale wręcz nie należy tak robić. Problem ten jest bowiem pozorny i tak naprawdę jest on tylko kolejnym ateistycznym pseudoproblemem. Jeśli istnieje jakiś problem to właśnie w tym zarzucie gdyż zawiera on w sobie na dzień dobry przynajmniej aż cztery błędy logiczne (błędne koło, błąd de dicto-de re, błąd wewnętrznie sprzecznych przesłanek Contradictory Premises oraz błąd False Dichotomy) i jest oparty na klasycznym złudzeniu optycznym.

Aby unaocznić, że mamy tu rzeczywiście do czynienia z pewnym złudzeniem optycznym, przytoczę pewien przykład. Wyobraźmy sobie, że zapraszamy naszego kolegę do siebie na obejrzenie meczu piłkarskiego. Kolega nie wie, że mecz zostanie odtworzony w formie dokonanego wcześniej nagrania. W czasie trwania meczu możemy nawet zaskoczyć naszego kolegę impresją, że wiedzieliśmy co się stanie za chwilę. Z punktu widzenia kolegi gracze na boisku mają całkowicie wolną wolę. Jak jednak wygląda sytuacja z punktu widzenia obserwatora, który wie co się stanie gdyż ogląda już tylko zapis meczu? Czy sam fakt, że obserwator znający przyszłe ruchy poszczególnych graczy na boisku wie co się stanie oznacza, że gracze nie mają wolnej woli a wynik tej gry jest już z góry ustalony? Taki wniosek byłby bezsensowny i byłby tylko efektem pewnego złudzenia umysłu, jednak takiemu złudzeniu ulegają właśnie ateiści-fataliści twierdzący, że skoro Bóg coś wie z wyprzedzeniem o naszym czynie to rzekomo nie możemy zrobić inaczej. Jak widać mamy wolną wolę, tak samo jak gracze na boisku, na których wybory nasza wiedza o ich działaniach nie ma najmniejszego wpływu skoro nie wiedzą oni nawet o naszym istnieniu. To, że wiemy co ktoś zrobi nie sprawia, że nie mógłby on zrobić inaczej i nie jest wolny w swym wyborze. Non seqitur. Wiemy, że jutro wzejdzie Słońce, ale czy to oznacza, że ono wzejdzie dlatego, iż o tym wiemy? Wiem (i vice versa), że czytelnik czytający niniejszy tekst kiedyś umrze ale czy umrze on dlatego, że ja o tym wiem? Gdy stoję na światłach i wiem, że za chwilę czerwone zmieni się na zielone to stanie się tak dlatego, że ja o tym wiem? Nie, o zmianie świateł decyduje coś innego niż moja wiedza. Takie rozumowanie nie ma sensu ale tak właśnie rozumuje teologiczny fatalista.

Warto zauważyć, że pojęcie wolnej woli nie jest pojęciem biblijnym. Nasza wolna wola jest ograniczona na mocy naszych naturalnych ograniczeń. Nie możemy na przykład wznieść się w powietrze wyłącznie przy pomocy kończyn danych nam przy urodzeniu. Skoro wiele rzeczy leży poza granicami naszych możliwości i jesteśmy ograniczeni w swych wyborach to rozsądne jest uznać, że wszechmoc Boga, a nawet Jego ingerowanie od czasu do czasu w bieg wydarzeń, nie kolidują z naszą ograniczoną wolną wolą. Otrzymaliśmy 10 przykazań, które możemy złamać. Zadajemy innym cierpienia a Bóg mimo to nie ingeruje w nasze czyny. To pokazuje, że Jego boska wszechwiedza i wszechmoc nie kolidują z naszymi wolnymi wyborami. W 1 P 2,22 czytamy, że Jezus nie popełnił grzechu. Jeśli przyjmiemy, że Bóg już przed stworzeniem świata wiedział, że Jezus nie zgrzeszy, to dlaczego w ogóle dopuścił aby szatan Go kusił? To pokazuje, że przedwiedza o czyimś wyborze nie wyklucza tego, że jest on wolny w swoich czynach. Jezus nie dlatego nie zgrzeszył, że nie mógł zgrzeszyć z powodu swojej boskiej przedwiedzy o tym, ale dlatego nie zgrzeszył, że tak w sposób wolny zadecydował.

Teologiczny fatalizm jest w zasadzie nierozłączny z determinizmem. W świecie teologicznego fatalisty wszystko jest powiązane łańcuchem skutków i przyczyn. Nic co się dzieje nie jest bez przyczyny. Bóg wie co zrobimy i dlatego nie mamy wolnego wyboru. Wiedza Boga determinuje nasz wybór. Jednakże jak to jest możliwe, że jeśli Bóg przez swoją wiedzę powoduje, że coś zrobimy, to jednocześnie wie On o tym? Jeśli Bóg wie, że coś zrobimy, to w deterministycznym świecie teologicznego fatalisty czyn ten musi być czymś spowodowany, w tym wypadku wiedzą Boga. Teologiczny fatalista nie może temu zaprzeczyć ponieważ jeśliby to zrobił to okazałoby się, że Bóg wie co zrobimy a mimo to nie ma to przyczyny. Taki wniosek obalałby fundament rozumowania fatalisty. Nietrudno również zauważyć, że rozumowanie fatalisty jest w tym momencie znowu błędnokołowe ponieważ zakłada on, że Bóg może wiedzieć tylko o tym co ma przyczynę a może to mieć przyczynę tylko dlatego, że Bóg o tym wie. Błędne koło w rozumowaniu fatalisty jest tu znowu ewidentne.

Przywołajmy jeszcze raz powyższy przykład z nagranym meczem. Po tym gdy nagraliśmy mecz i odtwarzamy go ponownie wiemy już, że wygrała drużyna A. Czy to oznacza jednak, że drużyna A „musiała” wygrać? Nie. Czy to oznacza, że drużyna B „musiała” przegrać? Również nie. Umysł teologicznego fatalisty doznaje jednak złudzenia, że owo „musi” tu gdzieś występuje. Jest to jednak tylko złudzenie, iluzoryczna kategoria umysłu.

Rozumując ponadto na sposób w jaki czyni to fatalista możemy dojść do istnych absurdów, co również pokazuje nam, że teologiczny fatalizm jest błędny. Wiemy na przykład, że nasz świat w obecnej postaci będzie miał swój koniec za określony czas. Słońce zgaśnie, nasza galaktyka wyziębi się. Czy sam fakt, że o tym wiemy spowoduje koniec znanego nam świata? Nie. Jednak gdybyśmy rozumowali tak jak teologiczny fatalista to musielibyśmy dojść do wniosku, że to nasza wiedza o końcu świata spowoduje koniec świata. Rozumowanie to jest jednak absurdalne ponieważ nawet gdybyśmy nie istnieli ze swoją wiedzą na ten temat jako gatunek, to świat i tak musiałby kiedyś przestać istnieć w obecnej znanej nam postaci. Z drugiej strony moglibyśmy też dojść do absurdalnego wniosku, że świat przestanie istnieć dopiero od momentu gdy astrofizycy doszli do takiej konkluzji. Tak więc teologiczny fatalizm jest błędnokołowy i można go na tej podstawie odrzucić.

Chrześcijanie uznający ponadto teologiczny fatalizm za słuszny, jak choćby Kalwiniści, mają tu dodatkowy problem ponieważ okaże się wtedy, że skoro Bóg powoduje swą wiedzą o przyszłości takie a nie inne wybory człowieka, to wlicza się w to również grzech, którego Bóg również byłby w tej sytuacji przyczyną. Jednak to byłoby już absurdalne z chrześcijańskiego punktu widzenia. Tak więc teologiczny fatalizm jest również błędny teologicznie, nie tylko logicznie.

W świecie w jakim żyjemy są przed nami dwa rodzaje przyszłości. Pierwsza to przyszłość aktualna a druga to przyszłość potencjalna. Przyszłość potencjalna ukazuje to co możemy zrobić ale nie zrobimy. Przyszłość aktualna mówi o tym co rzeczywiście wybierzemy. Jednak czy przyszłość aktualna w jakiś sposób determinuje to co zrobimy? Nie. Nawet w kompletnie przypadkowym świecie błądzących elektronów i kwantów coś przecież zdarzy się. Jednak z perspektywy czasu nie oznacza to wcale, że musiało się to wydarzyć. Po prostu wydarzyło się i to wszystko. Jeśli nagle wprowadzimy do takiego świata obserwatora posiadającego wszechwiedzę o przyszłości to czy to cokolwiek zmieni? Nie, Wszechświat wraz z rozgrywającą się przyszłością nadal będzie taki sam. Przyszłość nie ma w takim świecie żadnego związku z przeszłością i z tym co wie Bóg. Tym samym niezależnie od tego w którą stronę analizujemy teologiczny fatalizm, to i tak okazuje się on błędny w ostatecznym rozrachunku.

Jan Lewandowski, czerwiec 2016

Chazarska dzicz a nuklearna zagłada Hiroszimy i Nagasaki

Atomowa chmura nad Nagasaki

Zaczęli od bomby „A”

Ludobójczy marsz syjonistycznego rasizmu zaczął się już na początku XX wieku od wojny globalnej i rewolucji październikowej w Rosji 1917 roku.

  • Międzynarodówki: Finansowa i Komunistyczna kontynuowały to poprzez przygotowania i wybuch drugiej wojny globalnej, lecz nowy, rozstrzygający etap tego marszu datuje się od ludobójczej masakry Japończyków po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

Chazarska dzicz w białych kołnierzykach nigdy nie stanęła przed jakimś Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Nigdy nie zostali oskarżeni, nigdy skazani. A była to ewidentna zbrodnia ludobójstwa, i to podwójnego:

  • samo zrzucenie bomby atomowej na bezbronne miasta japońskie, stanowiło niespotykaną dotąd zbrodnię wojenną;
  • użycie tych bomb nie miało uzasadnienia w wojnie USA z Japonią, wtedy już całkowicie bezbronną;
  • za tą zbrodnią ciągnęło się i nadal ciągnie gigantyczne pasmo kłamstw i przemilczeń, można rzec – smog większy, niż grzyby dymów i ognia nad Hiroszimą i Nagasaki.

Gigantyczne grzyby po wybuchach i szok, skutecznie przysłoniły coś jeszcze ważniejszego. Tym czymś była cisza spowijająca prace nad budową broni jądrowej, hipokryzja towarzysząca marszowi ku broni jądrowej.

Pół wieku później te nikczemności miały swój duplikat w ponownym ujarzmieniu państw świata islamskiego w celu nakręcenia krwawej spirali terroru i podboju od Bałkanów po Afganistan, z etapami w Libanie, Iraku i państwach północnej Afryki.

Zbrodnia międzynarodowego syjonizmu w postaci wyburzenia wież nowojorskich we wrześniu 2001 roku, miała jeszcze bardziej niszczycielskie skutki, niż dwa grzyby atomowe nad Japonią. Zginęło w tych wieżach „tylko” 3000 osób, ale zyskali prawo do „wojny z terroryzmem”. Zmasakrowano Afganistan po pretekstem poszukiwania Bin Ladena i jego mitycznej Al-Kaidy, potem Irak pod pretekstem wojny prewencyjnej przeciwko S. Husseinowi. Ten sam pretekst wciągnięto na sztandary nadchodzącej krucjaty przeciwko Iranowi.

Prace nad konstrukcją bomby atomowej prowadził szczególny gatunek ludzi oddanych temu szatańskiemu celowi. Zainteresował się nimi wytrwały demaskator tej diabolicznej kasty Eustace Mullins, kiedy pojechał do Japonii na cykl wykładów. W trakcie pobytu Japończycy zawieźli go do Nagasaki. Udali się do „Nagasaki Atomic Bomb Museum”. Mullins znalazł się pośród makabrycznych przedmiotów i eksponatów. Jednym z takich eksponatów były palce człowieka zatopione w szkle. Ujrzał cień człowieka na betonowej ścianie, stojącego przy niej podczas eksplozji. Człowiek stał się pyłem, lecz cień pozostał i jakby specjalnie na niego nadal czekał.

Był to dla E. Mullinsa wstrząsający impuls. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych odczuł przymus moralny do zajęcia się tym „tematem”. Plon swoich dociekań opublikował w internecie w lipcu 1998 roku. Nikt przedtem nie stanął przed takim zadaniem i z taką determinacją. Mullins odkrył dalekosiężną, diaboliczną konspirację przeciwko Ludzkości, nie tylko przeciwko Japończykom jako chronologicznie pierwszej zbiorowej ofiarze tego światowego spisku. Rozpoznał program fanatycznych spiskowców, których celem było i jest przechwycenie władzy nad Ludzkością.

Historia tego planu sięga lat trzydziestych XX wieku. Niemcy i Japończycy byli już blisko uzyskania technologii rozszczepiania atomu. W obu tych krajach ich przywódcy surowo zabronili naukowcom prowadzenia dalszych badań. Adolf Hitler, dziś niekwestionowany „potwór ludzkości” powiedział, że nigdy nie pozwoli pracować w Niemczech nad tak nieludzką bronią. Cesarz Japonii poinformował swoich naukowców, że nigdy nie zaaprobuje takiej „broni”.

W tym czasie Stany Zjednoczone nie miały u siebie ani jednego naukowca pracującego nad tym zagadnieniem. Naukowcy niemieccy skontaktowali się ze swoimi odpowiednikami z dziedziny atomistyki w USA. Wtedy usłyszeli, że istnieje możliwość rządowego wsparcia dla ich pracy właśnie w Stanach Zjednoczonych. Zatem ruszyli do USA ze swoim programem.

Przywołany przez Mullinsa Don Beyer pisał:

Leo Szilard wraz z jego kolegami – węgierskimi fizykami: Eugene Wigner’em i Edwardem Teller’em stwierdzili, że prezydent USA musi zostać ostrzeżony, że technologia bomby atomowej nie jest zbyt skomplikowana, jest możliwa do opanowania.

Tymczasem żydowscy emigranci mieszkający w Ameryce mieli już osobiste doświadczenia z tym, czym jest niemiecki faszyzm w Europie. W 1939 roku trzech fizyków uzyskało poparcie Alberta Ensteina i jego list datowany 2 sierpnia. Został on dostarczony przez Aleksandra Sachsa Franklinowi D. Rooseveltowi do Białego Domu 11 października 1939 roku.

Druga żydowska wojna z Ludzkością już trwała, ale tylko na etapie najazdu Niemców i żydochazarów na Polskę. Sternicy Roosevelta wiedzieli, że jest to tylko pierwszy etap działań militarnych w tej wojnie. W grudniu 1941 roku USA sprowokują atak Japonii na bazę amerykańską w Pearl Harbour. W odpowiedzi, USA „zostają zmuszone” wejść do wojny. Perspektywa skonstruowania bomby, która niewielkim kosztem powali wrogów Stanów Zjednoczonych, została amerykańskim Żydom niejako podana „na tacy”.

W tymże Muzeum Bomby Atomowej w Nagasaki, na czołowych miejscach zostały wyeksponowane fotografie dwóch Żydów: Alberta Einsteina i J. Roberta Oppenheimera. Ten drugi opracował technologię bomby atomowej w laboratorium ośrodka Los Alamos w stanie Nowy Meksyk. Znajduje się tam oświadczenie i fotografia generała Eisenhowera – wtedy najwyższego rangą dowódcy wojskowego. To zdjęcie można znaleźć w książce „Eisenhower” autorstwa Stephena E. Ambrose’a.

S. Ambrose pisał, s. 426:

„Sekretarz wojny [minister wojny] Henry L. Stimson [Żyd] pierwszy powiedział Eisenhowerowi o istnieniu bomby. Eisenhowera opanowało „uczucie przygnębienia”. Kiedy Stimson powiedział, że Stany Zjednoczone powinny użyć bomby przeciwko Japonii, Eisenhower wyraził się, że ma „swoje poważne obawy” [zastrzeżenia?], po pierwsze, z powodu swojego przekonania, że Japonia jest już pokonana, a zrzucenie bomby byłoby zupełnie niepotrzebne, i po drugie, „uważam, że nasz kraj powinien unikać szokowania opinii światowej przez jej użycie”.

Stimson miał być poirytowany zastrzeżeniami Eisenhowera „prawie gniewnie odrzucającego powody, które przedstawiłem w krótkim podsumowaniu”.

Trzy dni później Eisenhower poleciał do Berlina, gdzie spotkał się z Trumanem i jego najbliższymi doradcami. Eisenhower miał (rzekomo) powtórnie zaoponować przeciwko wykorzystaniu bomby i powtórnie został zignorowany.

Mullins stwierdza, iż Eisenhower „nie mógł wiedzieć”, że Stimson był wybitnym członkiem elitarnej loży Skull and Bones na uniwersytecie Yale (Brotherhood of Death – Bractwo Śmierci), założonej przez Russel Trust w 1848 roku jako gałęzi niemieckich Iluminatów. I rzekomo nie wiedział, że członkowie tej loży grali doniosłą rolę w organizowaniu wojen i rewolucji.

Tę rzekomą niewiedzę Eisenhowera także należy włożyć między bajki. Wystarczy przeczytać moją książkę „Lichwa rak ludzkości” aby wiedzieć, że na tych wyżynach władzy nie była możliwa taka niewiedza Eisenhowera.

Mullins na podstawie swoich ustaleń stwierdzał, iż człowiekiem, który to wszystko przygotował do realizacji, był Albert Einstein. Opuścił on Europę i przybył do Stanów Zjednoczonych w październiku 1933 roku. Żona tego żydomasona miała powiedzieć, że Truman „uważał istoty ludzkie za godne pogardy”. Dodajmy, że siebie jako Żyda, zgodnie z Talmudem, nie uważał za „istotę godną pogardy”, tylko – w domyśle – za nadczłowieka.

Wcześniej Truman korespondował z innym satanistą – Zygmuntem Freudem na temat jego projektów „pokoju” i „rozbrojenia”, chociaż Freud później powiedział, że nie wierzył, iż Einstein kiedykolwiek zaakceptuje jakąkolwiek z tych teorii (rozbrojeniowych).

Einstein osobiście interesował się pracami Freuda, ponieważ jego syn Eduard spędził życie w szpitalu psychiatrycznym, poddawany tam terapii insulinowej i leczeniu elektrowstrząsami, co jednak nie skutkowało poprawą jego zdrowia.

Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych Einstein był fetowany jako sławny naukowiec. Został zaproszony do Białego Domu przez parę prezydencką. Wkrótce Einstein głęboko zaangażował się w lewicową (lewacką) działalność Eleonore Roosevelt, którą – dodajmy od siebie – Kristian „Rakowski” w swoich zeznaniach na Łubiance w 1938 roku nazwał, wraz z jej mężem – „dwupłciową istotą”. Einstein całkowicie zgadzał się z działalnością żony Roosevelta.

Niektórzy z biografów Einsteina okrzyknęli tamten okres jako „rewolucję Einsteina”, „erę Einsteina”. Mullins stwierdzał: „prawdopodobnie dlatego, że to on inicjował program atomowy Stanów Zjednoczonych”.
I dodaje: Jego list do Roosevelta z prośbą o rozpoczęcie realizacji programu budowy bomby atomowej był z całą oczywistością inspirowany przez jego wieloletnie zaangażowanie na rzecz „pokoju i rozbrojenia”.

Przypomnijmy, iż „walka o pokój i rozbrojenie” stały się podstawową mantrą sowieckich chazarów po wojnie, czyli dokładnym przeciwieństwem tego, co robili w praktyce, jako główni okupanci Eurazji.

Czołowym bardem żydochazarskiej walki o pokój był Ilja Erenburg (1891-1967), literat. Pracował w „Prawdzie”, ichniej „Trybunie Ludu”. Był wysłannikiem sowieckich gazet w czasie hiszpańskiej wojny domowej, wywołanej przez agenturę sowieckiej Piątej Kolumy. Erenburg prowadził robotę wywiadowczą dla NKWD w Hiszpanii. Podczas drugiej żydowskiej wojny globalnej był głównym komisarzem żydobolszewickiej propagandy, ponaglał w swoich odezwach bojców Armii Czerwonej do zabijania i rabowania Niemców cywilnych, co było tylko dalszym ciągiem terroru na przedtem „wyzwalanych” ziemiach polskich. W ulotce do Armii Czerwonej pisał: „…Niemcy nie są ludźmi… nic nas tak nie cieszy, jak trupy Niemców”.

Christopher Dufy w jego: „Red Storm on the Reich” cytował ulotki, które wyszły spod pióra Erenburga:

Żołnierze Armii Czerwonej! Zabijajcie Niemców! Zabijajcie wszystkich Niemców! Zabijajcie! Zabijajcie! Zabijajcie! Zabijajcie, dzielni żołnierze Armii Czerwonej! Nie ma wśród Niemców nikogo niewinnego. Słuchajcie poleceń Towarzysza Stalina i niszczcie faszystowską bestię w jaskini. Złamcie rasową arogancję Niemek. Bierzcie je jako prawowitą zdobycz. Zabijajcie, dzielni żołnierze Armii Czerwonej, zabijajcie!

W jego „Wojnie”, ten żydochazar nawoływał:

Jeżeli zabijesz jednego Niemca, zabij następnego. Nie ma dla nas nic radośniejszego, niż stos niemieckich trupów, których zabiłeś. Zabijajcie nawet nienarodzonych faszystów!

W 1948 roku po wizycie w Izraelu, Erenburg pisał w „Prawdzie”, cytując swoje wystąpienie w Izraelu:

U nas nie istnieje antysemityzm i kwestia żydowska. Nie istnieje też „naród żydowski”, ponieważ ZSRR zamieszkuje jeden naród radziecki. Izrael jest potrzebny Żydom z krajów kapitalistycznych, w których szaleje antysemityzm.

Ciekawe, czy chazarzy, którzy przybyli do Izraela jako „naród żydowski” byli zadowoleni, gdy żydochazar Erenburg odkrył, że nie istnieje „naród żydowski”.

Erenburg zbierał liczne odznaczenia, m.in. Order Lenina i Nagrodę Stalinowską. W Żydobolszewii szalały tysiące pomniejszych Erenburgów. Zagrzewanie żołnierzy Armii Czerwonej przez Erenburga do mordowania Niemców i gwalcenia Niemek, oczywiście szło na konto zbrodni „rosyjskich”. Dziś wszystkie zbrodnie ówczesnej Żydobolszewii nie są zbrodniami żydochazarskimi, tylko zbrodniami „rosyjskimi”.

Powróćmy do duplikatu Erenburga na gruncie amerykańskim – Einsteina, który robił wszystko, aby podjąć produkcję bomb atomowych. Program budowy „amerykańskiej” bomby atomowej nie mógł zostać uruchomiony bez aprobaty rzeczywistych władców Ameryki – Żydów z Wall Street. Sachs, rosyjski żydochazar, który dostarczył list Einsteina Rooseveltowi, był w rzeczywistości agentem Rothschildów, którzy regularnie dostarczali Rooseveltowi duże kwoty „na drobne wydatki”. Sach był doradcę Eugene’a Meyera z banku „Lehman Brothers”. Dostarczenie listu Einsteina Rooseveltowi było czytelnym sygnałem Międzynarodówki Finansowej, iż Sachs jest tylko ich posłańcem, zaś Einstein i Rothschildowie – inicjatorami programu.

W maju 1945 roku „Panowie świata” (Masters of Universe) zebrali się w San Francisco w luksusowym „Palace”, aby napisać Kartę Narodów Zjednoczonych. Kilku wybranych z wybranych „Panów świata” udało się na osobne spotkanie w Sali Ogrodowej. Szef delegacji „amerykańskiej” zwołał ten elitarny sanhedryn ze swoim asystentem Algerem Hissem. Hiss to członek CFR, protegowany sędziego Sądu Najwyższego USA, Żyda Feliksa Frankfurtera (członka Round Table, CFR, założyciela Harrolds Socjalist Club). Był dyrektorem American Peace of Pacyfic Relation – instytutu, który doprowadził do zwycięstwa komunizmu w Chinach. A. Hiss był pierwszym sekretarzem generalnym ONZ – otwierał sesję inauguracyjną tej atrapy Kom-internu i Kap-internu w San Francisco. Ten agent sowiecki reprezentował zarówno prezydenta Roosevelta, jak i sowieckie NKWD.

Ekskluzywny super-sanhedryn zebrany w Sali Ogrodowej stanowili:

– John Foster Dulles z firmy prawniczej „Sullivan and Cromwell”, ściśle związanej z banksterską mafią Wall Street. Nazwa tej firmy pochodziła od nazwiska Williama Nelsona Cromwella, nazywanego „zawodowym rewolucjonistą”, czyli super-komunistą, utajnionym żydobolszewikiem. Grasował on w Kongresie, rozdając tam dyrektywy do głosowania marionetkom stanowiącym ten „Kongres”.

– Averell Harriman, pełnomocnik nadzwyczajny, który spędził ostatnie dwa lata w Moskwie, kierując zza kulis wojną Bolszewii o jej przetrwanie. To syn udziałowca banku Kuhn and Loeb, który finansował rewolucję bolszewicką, członek loży Pilgrim Society i Rady Stosunków Międzynarodowych (w latach 1950-55 jej dyrektor); od 1943 ambasador w Moskwie. W 1950 roku zostanie specjalnym doradcą prezydenta „Trumana” (właśc. Harry’ego Salomona Schrippsa”).

Averell Harriman wraz z A. Hissem, E. Stettiniusem, Harry Hopkinsem („człowiekiem Barucha”, członkiem CFR i jednym z najwyższych rangą masonów), Charlesem Bohlemem, gen. George Marshallem, stanowili grupę najważniejszych graczy na konferencji w Jałcie. Bohlem był również delegatem na konferencje w Moskwie, w Teheranie, potem w Poczdamie. Jest spokrewniony z Bohlemami, którzy kierowali koncernem Kruppa w Niemczech, głównym producentem armat i czołgów niemieckich.

Epiphanius pisze w swojej książce (zob. przypis, s. 286), że Charles Bohlem przez 40 lat swojej kariery spędził 3000 godzin przy stole rokowań z bolszewikami. „Le Monde” pisał o nim: „Był tłumaczem prezydenta Roosevelta na konferencjach w Teheranie i Jałcie, zaś w 1945 roku w Poczdamie stał się jakby prawą ręką jego następcy. Po wojnie (1953-57) ambasador w Moskwie, od 1969 prezes Italamerica – funduszu inwestycyjnego założonego przez Rothschildów i Lechmanów”.

Hiss, John Foster Dulles, Harriman i Cromwell stanowili nieformalny rząd nad okupowaną Ameryką w sprawach polityki światowej. Wśród tych czterech żydochazarów tylko Sekretarz Stanu Edward Stettinius Jr piastował stanowisko autoryzowane przez Konstytucję. Wszyscy pozostali z tej czwórki byli samozwańcami spoza kręgów oficjalnej władzy.

Stettinius zwołał osobne posiedzenie w wąskim gronie po to, aby przedyskutować pilną sprawę: oznajmić, że Japończycy nieformalnymi kanałami dyplomatycznymi proszą o pokój, co świadczyło o krańcowym wyczerpaniu możliwości militarnych Japonii. I dodał, że bomba atomowa nie będzie gotowa w najbliższych miesiącach.

– Straciliśmy już Niemcy – powiedział Stettinius – Jeżeli Japonia się podda, to zostaniemy pozbawieni żywej populacji, na której można przetestować bombę.

Treść tego oznajmienia była przejrzysta, lecz musimy tu uwypuklić frazę początkową: „Straciliśmy już Niemcy…”. Oznaczało to, że nie zdążyli wyprodukować bomby atomowej przed kapitulacją Niemiec, więc nie zdążyli jej zrzucić na Niemcy! Co za strata! Jaka piękna żydochazarska zemsta stracona bezpowrotnie; jaki wspaniały fajerwerk na cześć ich zwycięstwa nad antysemickimi Niemcami!

Jak na to zareagowali pozostali z tego gangu „Masters of the Universe”?

– Ależ panie Sekretarzu – powiedział Alger Hiss – nikt nie może zlekceważyć tej straszliwej broni!

– Niemniej jednak – odparł Stettinius – nasz cały powojenny program jest ukierunkowany na przerażenie świata.

Odezwał się John Foster Dulles:

– Trzeba będzie mieć okrągłą liczbę. Powiedzmy – milion.

– Tak – zgodził się Stettinius – mamy nadzieję na okrągły milion w Japonii. Jeżeli jednak się poddadzą, nic nie zyskamy.

– W takim razie – dodał Dulles – należy ich utrzymywać w stanie wojny do czasu, aż bomba będzie gotowa.

Stettinius:
– To żaden problem. Bezwarunkowa kapitulacja! – Po chwili dodał: – Nie zgodzą się na to. Przysięgali bronić Cesarza.

– W rzeczy samej – powiedział John F. Dulles – utrzymamy Japonię w stanie wojny jeszcze przez trzy miesiące, aż będziemy mogli użyć bombę przeciwko ich miastom. Zakończymy tę wojnę z przerażoną ludzkością całego świata, który ukorzy się przed naszą wolą.

To oznaczało wyrok atomowej śmierci na Hiroszimę i Nagasaki.

Edward Stettinius to syn partnera J.P. Morgana, największego na świecie producenta broni w pierwszej żydowskiej wojnie globalnej. Został wyznaczony przez J.P. Morgana do nadzorowania wszelkich zakupów broni przez Francję i Anglię w Stanach Zjednoczonych przez cały czas trwania tej wojny.

John Foster Dulles był wyjątkowo sprawnym podżegaczem wojennym. W 1933 roku wraz ze swoim bratem Allenem Dullesem udał się do Kolonii w Niemczech na spotkanie z Adolfem Hitlerem, który właśnie za ich pieniądze i z pomocą ich mediów został kanclerzem. Pojechali tam, aby w prywatnej rozmowie zagwarantować mu środki na utrzymanie reżimu nazistowskiego. Obaj reprezentowali swoich mocodawców – banki z konsorcjum „Kuhn Loeb Co.” i Rothschildów, czyli elitę ówczesnych władców Globu.

Alger Hiss był „złotym księciem” żydobolszewickiej elity w Stanach Zjednoczonych. Jego nominację po wojnie na stanowisko szefa prestiżowej fundacji „Canergie Endowment for International Peace”, zaproponował i przeforsował nie kto inny tylko John Foster Dulles. Po latach Hiss wylądował w więzieniu jako sowiecki szpieg i krzywoprzysiężca.

Tamto tajne spotkanie „czterech plus piąty”, było osią równie tajnego spotkania, na którym ustalono treść Karty Organizacji Narodów Zjednoczonych. Było ono w istocie pierwszą nieformalną sesją ONZ. Karta była celem drugorzędnym, zaledwie formalnym pretekstem. Celem tego sabatu w Sali Ogrodowej było ustalenie i podporządkowanie im strategii militarnej Stanów Zjednoczonych w perspektywie rychłej budowy bomby atomowej, testowanej na „żywej populacji”. Alianci nie zdążyli jej sprawdzić na ludności Niemiec. Rekompensowali sobie ten talmudyczny nakaz „nekamy” (zemsty) za pomocą dywanowych nalotów na główne miasta niemieckie, eskadrami po 1200-1500 samolotów w niemal każdym nalocie. Spopielili m.in. Drezno, zabijając ponad 100 000 bezbronnej ludności. Katedrę w Kolonii bombardowali kilkakrotnie. Wkrótce potem zrzucili bombę atomową na Hiroszimę. Był to debiut bomby „A”.

Spotkanie 4+1 w Salonie Ogrodowym hotelu w San Francisco dało podwaliny pod rozkręcającą się właśnie psychozą tzw. „Zimnej Wojny”. Na fali tej psychozy wybuchły wojny w Korei i Wietnamie. Było to w istocie tylko testowanie i zużywanie zbędnych arsenałów militarnych – dla utrzymywania produkcji wojennej przez fabryki Morganów i pozostałej bandy ludobójców.

„Zimna Wojna” trwała 43 lata! Kristian „Rakowski” w swoich zeznaniach w 1938 roku ujawnił, że pomiędzy siostrzanymi międzynarodówkami – Finansową i Komunistyczną musi trwać udawany konflikt interesów, obudowany sprzecznymi ideologiami. Z tych sprzeczności wyłaniają się nowe podstawy do nowych konfliktów. Tak więc Dulles, Stettinius, Hiss i pozostali realizowali wiernie to, co już dawno wiedział „Rakowski” jako jeden z wtajemniczonych członków rządu globalnego.

Zimna Wojna kosztowała amerykańskich podatników pięć bilionów dolarów, co w ówczesnej sile nabywczej „zielonego” banknotu, można szacować na jakieś 30 bilionów dolarów. To w zasadzie niewiele w porównaniu z potokiem bilionów wyciekających z kieszeni podatników na „amerykańskie” inwazje wojenne w ostatnich 20 latach.

Zimna Wojna, zgodnie z założeniami obydwu stron, nic realnego nie dała żadnej z nich w sensie terytorialnym, ale gwarantowała im „ruch w interesie”.

Republikański senator Vanderberg, przywódca republikańskiej „opozycji” powiedział w 1945 roku, cytowany przez „American Heritage” z sierpnia 1977 roku: – Musimy ich piekielnie przerazić.
No i przerazili. Dwieście tysięcy cywilów spalonych żywcem w Hiroszimie i Nagasaki, włącznie z wieloma tysiącami japońskich dzieci w ławkach szkolnych. Przerazili także zwykłych Amerykanów. Jeden błysk, jeden podmuch – i piekło płomieni.

Żydzi amerykańscy nauczyli się od swoich bolszewickich idoli – Trockiego, Lenina, Stalina, Berii, Kaganowicza, że nie można rządzić bez uciekania się do permanentnego terroru i strachu. Terroru, który wymaga niezliczonych ofiar z gojów, ale i gigantycznych nakładów na zbrojenia.

Prace nad konstruowaniem bomby miały tajny kryptonim „Manhattan Project”. Nazwa stąd, że jego twórcą i finansjerem był Bernard Baruch, rosyjski chazar, ten sam, który finansował swoich psubraci spod znaku Trockiego i Lenina. Baruch mieszkał na Manhattanie – mateczniku oligarchii syjonistycznej. Wybrał on generała Leslie R. Grovesa na stanowisko kierownika tej ludobójczej „operacji”.

Czujemy się zwolnieni z potrzeby ustalenia, przedstawicielem jakiej to nacji był tenże Groves. To właśnie on budował Pentagon – monstrualny bunkier sił zbrojnych USA. Ten sam, w który uderzył pocisk 11 września 2001 roku, okrzyknięty jako Boeing porwany przez afrykańskich beduinów z nakazu Bin Ladena. Mianowany przez króla syjonistów Barucha, Groves automatycznie zyskał posłuch waszyngtońskich „kongresmenów”, automatów do głosowania według ustalonych ściągawek. Możni tego sanhedrynu zawsze zjawiali się na każde skinienie Barucha.

Dyrektorem naukowym ośrodka został J. Robert Oppenheimer, potomek bogatej żydowskiej rodziny kupieckiej. W książce „Oppenheimer the Hears of Risk” autorstwa James Kunetka (wyd. Press Hall, N.Y. 1982), autor pisze na s. 106, iż „Baruch był szczególnie zainteresowany Oppenheimerem w celu obsadzenia go na stanowisku starszego doradcy finansowego”.

Realizacja projektu kosztowała „w przybliżeniu” dwa miliardy dolarów, czyli lekko licząc, dzisiejsze dziesięć miliardów. Ale czego się nie robiło w celu „cholernego przestraszenia” gojów świata, zwłaszcza że te miliardy pochodziły z podatków gojów. Żaden naród nie mógł sobie, na fali powojennej traumy i nędzy, pozwolić na takie fanaberie. Natomiast mógł sobie na to pozwolić rzekomo „zamordowany” naród „starszych i mądrzejszych”, których hitlerowcy nie mogli zgładzić z powodu fosy zwanej Atlantykiem. Oni sobie pozwolili, i to z jakim skutkiem!

Pierwszy pomyślny test bomby „A” odbył się w Trinity Site – 200 mil na południe od Los Angeles o godzinie 5:29:45 rano, 16 lipca 1945 roku. Oppenheimer podczas tego fajerwerku podobno „wyskoczył ze skóry”, ale nieszkodliwie, bo nie tak jak wkrótce potem dziesiątki tysięcy Japończyków „wyskoczyło ze skóry” w Hiroszimie, potem w Nagasaki. Oppenheimer rzekomo wrzeszczał: – Stałem się śmiercią! Wielkim niszczycielem świata!

Bezwiednie miał słuszność. Bomba „A” była przecież spełnieniem marzeń talmudycznych lokatorów Manhattanu, czyli marzeń o unicestwieniu świata gojów. Naukowo nie mogli być pewni, że wybuch nie wywoła reakcji łańcuchowej i tym samym ich naczelny cel może się spełnić z nawiązką i natychmiast, zniszczeniem świata!

Szok Oppenheimera wynikał z tego, że uświadomił sobie, iż jego „mesjański lud” osiągnął najwyższą potęgą, dzięki której będą mogli spełnić swoje talmudyczne pragnienie o podboju świata gojów.

Szwedzki Żyd Truman chętnie brał na siebie odpowiedzialność za zrzucenie bomb atomowych na Japonię. W rzeczywistości, on tylko awizował decyzję oligarchii Kom-Internu i Kap-Internu.

Trumanem kręcili Żydzi z firmy „doradczej” „The National Defense Research Committee”, w składzie:
– George L. Harrison – prezes Rezerwy Federalnej;
– Jawies B. Conant – rektor Harwardu. Ten dżentelmen spędzał czas pierwszej żydowskiej wojny globalnej trudząc się pracami nad gazami trującymi.

W 1942 roku W. Churchill, kanalia nie lepsza od tamtych, skierował Conanta do opracowania tzw. „bomby antrax-owej” (wąglikowej), z oczywistym zamiarem użycia jej przeciwko Niemcom. Takie bomby mogły zabić każdą żywą istotę na większości obszaru Niemiec. Na szczęście (dla Niemców) Conant nie był w stanie doprowadzić swojej pracy do końca przed kapitulacją Niemiec. W przeciwnym razie mógłby dorzucić do listy swoich sukcesów naukowych jeszcze masowe ludobójstwo na Niemcach.

Mullins pisząc o nim stwierdzał:

– Jego służba w Komitecie Trumana, który doradzał mu zrzucenie bomby atomowej na Japonię, dodana do jego poprzednich zasług specjalisty broni chemicznej, pozwoliła mi opisać go w dokumentach złożonych do United States Court Claims (Sąd Odwoławczy Stanów Zjednoczonych) w 1957 roku jako: „najbardziej znanego zbrodniarza wojennego II Wojny Światowej”.

E. Mullins miał z nim na pieńku przez kilka dziesięcioleci. Jako Gauleiter Niemiec po II Wojnie Światowej wydal polecenie spalenia książki: „The Federal Reserve Conspiracy” (Spisek Rezerwy Federalnej) – dziesięć tysięcy egzemplarzy wydanych w Obermmergau, słynnym na cały świat z dorocznej uroczystości odtwarzania Męki Chrystusa.

Do Komitetu należeli także doktor Karl Compton i James F. Byrnes, urzędujący Sekretarz Stanu. Przez trzydzieści lat Byrnes był znany jako człowiek Barucha w Waszyngtonie. Ze swoich zysków z Wall Street Baruch wybudował bajecznie luksusową posiadłość w South Carolina (południowa Karolina), którą nazwał Hobcow Barony. Jako najzamożniejszy człowiek w stanie Karolina, był typowym przykładem posła przywiezionego w teczce, kontrolującego także sznurówkę politycznej sakiewki. Teraz Baruch znajdował się na pozycji pozwalającej wspierać nacisk przez swojego człowieka na Trumana, aby zdecydował się zrzucić bombę na Japonię.

A teraz wymieńmy w panteonie tych ludobójców zza biurka niejakiego Lipmana Siew. Na przekór temu, że „projekt Manhattan” był najbardziej strzeżoną tajemnicą z końca II żydowskiej wojny globalnej, Lipman Siew był jedynym, który miał zezwolenie na wgląd w realizację tego „projektu”; na uzyskiwanie wiedzy o wszystkim co dotyczyło tego „projektu”.

Lipman Siew to litewski żydochazar. Przybył do Stanów Zjednoczonych jako „uchodźca polityczny”, lecz trudno ustalić, dlaczego uzyskał ten status jako siedemnastolatek. Może za bolszewickie zasługi jego rodziców? Mieszkał w Bostonie przy ulicy Lawrence St. Zdecydował się zmienić nazwisko na „William L. Laurence”. Gdyby osiadł w Polsce, zostałby „Potockim” lub „Radziwiłłem”.

Na uniwersytecie Harward został bliskim przyjacielem Jamesa Conanta i cieszył się jego opieką. Kiedy Siew alias „Laurence” wyjechał do Nowego Jorku na stałe, został zatrudniony przez Herberta Bayarda Swope’a, redaktora i wydawcę „New York World”, znanego jako agenta osobistego do spraw reklamy Bernarda Barucha: to fucha odpowiedzialna i ekskluzywna na salonach oligarchów pieniądza. Baruch był właścicielem „New York World”.

W 1930 roku „Laurence” przyjął ofertę „New York Times” na stanowisko redaktora naukowego w tej gazecie. „Laurence” stwierdzał w „Who’s Who” (Kto jest kim), że został wybrany przez szefa projektu bomby atomowej zaledwie jako pisarz, wyłączny „rzecznik prasowy tego projektu”.

E. Mullins skwitował to pytaniem:
– Jak można zostać (być) rzecznikiem prasowym i pisarzem projektu o najwyższej tajności, tego on już nie wyjaśnia. Laurence był jedynym cywilem obecnym podczas historycznej próbnej eksplozji bomby atomowej w dniu 16 lipca 1945 roku. Niecały miesiąc później ten „pisarz” zasiadł w fotelu drugiego pilota samolotu B-29 podczas lotu bombowego nad Nagasaki.

Laurence nie mógł być zwykłym cywilem, jeżeli mógł zasiąść jako drugi pilot w B-29. Nie mógł być dyletantem pilotażu takiej maszyny, zwłaszcza lotu o takim zadaniu i z takim ładunkiem.

Czas naglił. Japonia starała się o zawarcie pokoju ze Stanami Zjednoczonymi. Każdy następny dzień zmniejszał szanse pretekstu do zrzucenia bomby na Japonię w warunkach wojny, a nie pokoju. W ciągu dwóch dni, 9-10 marca 1945 roku 325 bombowców B-29 spaliło trzydzieści pięć mil kwadratowych Tokio, co było tym łatwiejsze, że w tamtym czasie Tokio miało znaczną część zabudowy drewnianej. Po tym nalocie doliczono się 100 000 zabitych Japończyków, głównie w wyniku burzy ogniowej. Z 66 największych miast Japonii, aż 59 zostało znacznie zniszczonych. Spaleniu uległo 178 mil kwadratowych zabudowy, pół miliona Japończyków zginęło, 20 milionów zostało bez dachu nad głową.

I o dziwo: jedynie cztery miasta pozostawiono nietknięte. Były to: Hiroszima, Kokura, Niigata i Nagasaki. Ich mieszkańcy nie mogli przeczuwać, że oszczędzono ich dla eksperymentu z bombą atomową. Rzecz szła o zabicie jak największej liczby ludzi! Mullins pisze, że generał dywizji Leslie Groves pod naciskiem Bernarda Barucha żądał, aby wybrał Kioto na pierwszy cel atomowego uderzenia. Sekretarz Wojny Stimson sprzeciwił się temu argumentem, że jako starożytna stolica Japonii, miasto Kioto miało wiele historycznych drewnianych świątyń, nadto nie posiadało żadnych obiektów militarnych.

Tak więc talmudyczni żydochazarzy na czele z Bernardem Baruchem zapragnęli zniszczyć w pierwszej kolejności tę enklawę japońskiej kultury i religii. Ta sama satanistyczna żądza niszczenia obiektów sakralnych i zabytków kultury, dała makabryczne skutki w niszczeniu obiektów religijnych w Rosji carskiej po rewolucji 1917 roku. Ten sam motyw legł u podstaw masakry klasztoru na Monte Cassino, który praktycznie nie miał już wojskowego znaczenia w marszu aliantów na Północ, czemu zaprzecza zakłamana historiografia tej bitwy.

Mieszkańcy Hiroszimy coraz spokojniej obserwowali amerykańskie bombowce sunące nad ich miastem na inne cele. Jak się rzekło, nie mieli najmniejszych podejrzeń, jaką apokalipsę gotują im amerykańskie żydobestie.

William Manchester pisze o generale Douglasie MacArthurze w książce „American Cesar”:

Była inna Japonia. I MacArthur był jednym z niewielu Amerykanów, którzy podejrzewali jej istnienie. Wywierał nacisk na Pentagon i na Departament Stanu, aby były wyczulone na pojednawcze gesty. Generał przewidział, że propozycja pokojowa wyjdzie z Tokio, a nie z Armii japońskiej. Generał miał rację. Gołębia koalicja formowała się w japońskiej stolicy, a przewodził jej sam cesarz Hirohito, który wiosną 1945 roku doszedł do wniosku, że wynegocjowany pokój byłby jedynym sposobem zakończenia cierpień jego narodu. Od początku maja sześcioosobowa rada dyplomatów japońskich badała sposoby nawiązania kontaktu z Aliantami. Delegaci poinformowali najwyższych dowódców, że „nasz opór dobiegł końca”.

Dalej zamieszczamy rozdział, jak John Rockwell przestał być amerykańskim „hamburgerem”, który w latach pięćdziesiątych postanowił włączyć się do kampanii na rzecz elekcji gen. MacArthura na prezydenta. I nagle uderzył głową w przezroczysty mur dominacji żydzizmu, który nienawidził generała MacArthura.

Inny autor, Gar Alperowitz cytuje generała brygady Cartera W. Clarka, który stwierdził w listopadzie 1959 roku: Doprowadziliśmy ich do upadku, skrajnego wyczerpania przez wzmożone zatapianie ich statków handlowych i głód, i kiedy [już] nie musieliśmy tego robić, użyliśmy eksperymentu z dwiema bombami atomowymi.

Gar Alperowitz rozmawiał z upoważnienia prezydenta Stanów Zjednoczonych jako jego reprezentant na wszystkie tematy związane z bombą „A”, podczas obrad Komitetu Tymczasowego.
Z kolei autor apologetycznej książki o Trumanie, David McCullon przyznał, że Truman nie znał swojego Sekretarza Stanu, Stettiniusa. Nie miał żadnego doświadczenia w polityce zagranicznej, ani własnych doradców-ekspertów.

Tak więc zbrodnie ludobójstwa na Hiroszimie i Nagasaki ułatwiło to, że słaby, bez charakteru prezydent-mason pozostawał bezwolnym narzędziem Byrnesa i Barucha. Bomba atomowa była w polityce Byrnesa (czyli Barucha) podstawowym narzędziem „atomowej” dyplomacji.

I oto 6 sierpnia 1945 roku bomba uranowa o symbolu 3-235 i mocy 20 kiloton została zdetonowana na wysokości 1850 stóp nad Hiroszimą, co zapewniało maksymalną jej niszczycielskość. W proch obróciła cztery mile kwadratowe miasta. Zginęło 140 000 mieszkańców z 255 000.

W książce Kai Bird „Hiroszima’s Shedows” (Cienie Hiroszimy) znajduje się oświadczenie japońskiego lekarza, który „leczył” niektóre ofiary. Był to dr Shuntaro Hida:

Było dla nas zadziwiające, że Hiroszima nigdy nie była bombardowana, pomimo że bombowce B-29 przelatywały nad miastem każdego dnia. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że Hiroszima, według amerykańskich dokumentów archiwalnych pozostawała nietknięta po to, żeby ją zachować jako cel ataku bronią nuklearną. Być może, jeśli administracja amerykańska i jej dowództwo wojskowe poświęciłoby wystarczającą uwagę okropnej naturze ognistego demona, którego wynalazła ludzkość i jeszcze niewiele wiedziała o jej skutkach, to władze amerykańskie mogłyby nigdy nie użyć takiej broni przeciwko siedmiuset pięćdziesięciu tysiącom Japończyków, którzy w ostateczności stali się jej ofiarami.

To liczba zbiorcza obejmująca również ofiary choroby popromiennej. Myli się jednak ten japoński lekarz, iż „władze amerykańskie”, znając straszliwą siłę „piekielnego demona”, mogłyby powstrzymać się od jego użycia przeciwko całkowicie już bezbronnemu, powalonemu przeciwnikowi. Nie znał demonów w ludzkiej skórze – Byrnesa, Barucha, Trumana, Einsteina, Oppenheimera i pozostałych z tej bandy mega-morderców.

Moje oczy pragnęły zalać się łzami – pisał doktor Hida. Wmawiałem sobie gryząc wargi, że nie będę płakać. Gdybym się załamał i zapłakał, to straciłbym odwagę i nadzieję zniesienia widoku umierających ofiar Hiroszimy.

Na stronie 433 książki „Hiroshima’s Shedows” Konsaburo Och oświadczył:

Od momentu eksplozji bomby atomowej, stała się ona symbolem całego ludobójczego zła. To był prymitywny brutalny demon i najnowocześniejsze przekleństwo… Mój koszmar wychodzi z podejrzenia, że jakieś zaufanie w „ludzką moc” albo „humanizm” zaświtały w umysłach amerykańskich intelektualistów, którzy podjęli decyzję o rozpoczęciu projektu zakończonego zrzuceniem bomby na Hiroszimę.

W „Hiroshima’s Shadows” piszą o kampanii oszustw rozpętanej w następnych latach na rzecz bagatelizowania skutków tej masakry. Mieszkańcy Hiroszimy zostali rzekomo ostrzeżeni za pomocą ulotek, że bomba zostanie zrzucona na miasto. Powołują się na świadków, którzy widzieli takie ulotki w Muzeum Hiroszimy w 1960 roku, ale świadkowie zgodnie stwierdzali, że te ulotki zostały zrzucone już po zbombardowaniu miasta. Był to skutek decyzji „Prezydenckiego Komitetu Tymczasowego ds. Bomby Atomowej”. Decyzja stwierdzała w konkluzji: „nie możemy dać żadnego ostrzeżenia Japończykom”.

Ponadto decyzja o zrzuceniu „atomowych” ulotek na miasta japońskie nie była podjęta aż do 6 sierpnia, dnia zbombardowania Hiroszimy. Nie zrzucono ich aż do 10 sierpnia! Bezpośredni świadkowie i demaskatorzy tego kłamstwa – Leonard Nadler i William P. Jones stwierdzali zdecydowanie, że mieszkańcy Hiroszimy nie otrzymali żadnego ostrzeżenia. W dniu 1 czerwca 1945 roku, podczas spotkania Komitetu Tymczasowego podjęto decyzję o rezygnacji z ostrzeżenia ludności.

To właśnie James Byrnes czyli Baruch i Oppenheimer upierali się, że bomby muszą być zrzucone bez żadnego ostrzeżenia. Sztab japońskiej Drugiej Armii miał siedzibę w Hiroszimie, gdzie ponad połowa zginęła podczas ataku atomowego. W Nagasaki naliczono tylko 150 ofiar wśród wojskowego personelu stacjonującego w mieście. Podliczono wojskowe ofiary i okazało się, że stanowiły one zaledwie 4,4 proc. ogólnej liczby zabitych w obu atakach atomowych. Więcej niż 95 proc. ofiar to ludność cywilna.

W książce „Hiroshima’s Shedows” stwierdzano: „ścisłe zniszczenie celów wojskowych nie było istotne”. Stoi to stwierdzenie w sprzeczności z przechwałkami Trumana (na zdjęciu poniżej w stroju masona) w książce: „The Record: Private Papers of Henry S. Truman” (wyd. Harper, 1980, s. 304): W 1945 roku wydałem rozkaz zrzucenia bomby atomowej na Japonię w dwa miejsca, zajęte wyłącznie produkcją wojenną.

Było to piętrowe kłamstwo, całkowite przeciwieństwo faktów, zwłaszcza liczbowych podanych wyżej. Dla niego Hiroszima i Nagasaki zamieniły się w anonimowe „dwa miejsca”.

Prawda była taka, że wiele tysięcy dzieci siedzących właśnie szkolnych ławkach zostało po prostu spopielonych. Bombę zrzucono – jak piszą w tej książce – ponieważ: Kierownicy projektu Manhattan naciskali na użycie bomby atomowej. Byrnes przesiadywał na tych spotkaniach. Generał Groves wydawał się być autorem twierdzenia, że użycie bomby atomowej uratuje milion amerykańskich istnień – przenośnia z krainy fantazji.

Truman przekonywał, że użycie bomby atomowej rzekomo uratowało życie 250 tysięcy amerykańskich żołnierzy, potem mówił nawet o 500 tysiącach, wreszcie posłużył się liczbą generała Grovesa o uratowaniu jednego miliona „istnień ludzkich” (dzięki zrzuceniu tych bomb), co rzekomo przyśpieszyło kapitulacją Japonii.

Tymczasem wspomniany William L. „Laurence”, który pisywał dla „New York Times” za pełną pensję, jednocześnie drugą pobierając z Departamentu Wojny jako agent public relations ds. bomby atomowej, opublikował kilka opowieści (ujawnia E. Mullins) w gazecie „New York Times” zaprzeczających, jakoby nastąpiło jakieś napromieniowanie ofiar bombardowania Hiroszimy. Na dowód cytował pełne oburzenia komentarze generała Grovesa: Japończycy ciągle prowadzą swoją propagandę nakierowaną na stworzenie wrażenia, że wygraliśmy wojnę niesprawiedliwie, w ten sposób próbując stworzyć i podtrzymywać współczucie dla siebie.

Porzućcie nadzieję

Takie właśnie byłoby ostateczne przesłanie tej koszmarnej zbrodni ludobójstwa w postaci zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Byłoby, ale nie było i być nie mogło, bowiem tak zwany cywilizowany świat przyjął tę zbrodnię jako finalną „bitwę” drugiej wojny Globalnej. Ludobójcy starannie zadbali o taką a nie inną konotację tej masakry: była to jakby jeszcze jedna bomba, tym razem propagandowa z milionów innych, tyle że najbardziej niszczycielska. Dlatego tak fanatycznie ścigali się z czasem, aby zdążyć z tą zbrodnią przed oficjalną kapitulacją Japonii. I zdążyli. Można powiedzieć – zdążyli nawet przed Panem Bogiem. Przed Jego karzącą ręką.

Poselstwo Szwajcarii w Tokio wysłało 11 sierpnia 1945 roku memorandum do Departamentu Stanu. Było ono potem trzymane „pod korcem” przez następne dwadzieścia pięć lat.

Pisano w memorandum:

W dniu 6 sierpnia 1945 roku amerykańskie samoloty zrzuciły na obszar miasta Hiroszima bomby nowego typu, zabijając i raniąc w jednej sekundzie ogromną liczbę cywilów i niszcząc ogromną część miasta. Hiroszima była tylko prowincjonalnym miastem bez żadnej obrony lub specjalnych obiektów wojskowych szczególnego rodzaju, a także żaden z sąsiednich rejonów lub miast nie przedstawiały sobą celów wojskowych.

We wstępie do książki „Hiroshima’s Shadows” znajduje się następująca konkluzja: Twierdzenie, że inwazja na macierzyste wyspy japońskie wymagała użycia bomb atomowych, jest nieprawdziwa. Twierdzenie, że „atomowe” ostrzeżenie zostało dostarczone ludności Hiroszimy, jest nieprawdziwe. I nieprawdziwe jest twierdzenie, że obydwa miasta były ważnymi celami wojskowymi.

Relacja pilota B-29

Potwierdza to wszystko wstrząsający zapis Ellswortha Terrey’a Carringtona pt.: „Refleksje pilota Hiroszimy” (s. 9):

Jako część planu atomowej bitwy, mój B-29 o nazwie Jabbit III, trzeci samolot kapitana Johna Abbota Wilsona, leciał w misji obserwacji pogody na drugi cel Kokura, w dniu 6 sierpnia 1945 roku: Po zrzuceniu pierwszej bomby, dowództwo sil atomowych bardzo się obawiało, że Japonia może się poddać, zanim będziemy mogli zrzucić drugą bombę, więc nasi ludzie pracowali na okrągło, 24 godziny na dobę, aby uniknąć takiego pecha.

Miasto za miastem, na całym obszarze Japonii (za wyjątkiem miast oszczędzanych dla przyszłego holokaustu atomowego), było niszczone niewyobrażalnie okrutnymi burzami ogniowymi [bombami konwencjonalnymi] nieznanymi w historii, przy bardzo małych stratach własnych (bombowców B-29). Czasami żar bijący z tych burz ogniowych był tak intensywny, że następne fale bombowców B-29 były chwytane przez gorące powietrze na tyle potężne, że unosiły samoloty z wysokości czterech tysięcy stóp na wysokość od ośmiu do dziesięciu tysięcy stóp.

Major powiedział nam, że bombardowanie bombami zapalającymi dowiodło swej skuteczności ponad wszelkie oczekiwania i wyobrażenia i że XX Armii Powietrznej zaczęło brakować miast do spalenia. Nie było już żadnych (jeśli chodzi o pierwszy tydzień czerwca 1945 roku) celów – miast pozostałych, które warte by były zainteresowania zgrupowania lotniczego ponad 50 bombowców B-29, a w szczycie mogliśmy wysłać aż 450 bombowców.

Całość zniszczeń w Japonii była niezwykła i szło to w parze z prawie całkowitą bezbronnością Japonii na dzień pierwszy czerwca 1945 roku, zanim bomba atomowa została zrzucona (s. 14).
Rząd Trumana cenzurował i kontrolował wszystkie informacje wojenne dopuszczone do obiegu publicznego i oczywiście Truman miał żywotny interes w ukrywaniu prawdy, ażeby móc ukradkiem przedłużać wojnę i mieć polityczną możliwość użycia bomby atomowej.

Jeśli chodzi o drugi element roosveltowsko-trumanowskiej atomowej strategii Zimnej Wojny, oszukiwania opinii publicznej przez wprowadzenie jej w błąd, że Japonia ciągle była sprawna militarnie podczas wiosny i lata 1945 roku, a było to piekielnie kosztowne i przestępcze, zwłaszcza kampania przeciwko Okinawie.

Następnie pilot Terry Carrington cytował admirała Williama D. Leahy z książki „I Was There” (Wydawnictwo Mc Graw Hill):

Przeważająca część japońskiej floty spoczywała już na dnie morza. Wspólna akcja jednostek Marynarki Wojennej i wojsk powietrznych, już w tym czasie postawiły Japonię w sytuacji, która zmuszała ją do wcześniejszej kapitulacji. Nikt z nas w tym czasie nie znał potencjalnych możliwości bomby atomowej, ale to była moja opinia i podkreślałem z cała mocą Szefom Sztabów, że żadna większa lądowa operacja na ziemię japońską nie jest konieczna do wygrania wojny. Połączone siły Sztabów wydały jednak rozkaz przygotowania planów inwazji, ale sama inwazja nigdy nie była autoryzowana.

Ta opinia admirała Leahy’a oznacza, że Truman uparcie potem powoływał się na generała Grovesa twierdząc, iż: „Milion amerykańskich istnień zostało uratowanych” dzięki użyciu bomby atomowej, podczas gdy inwazja lądowa nigdy nie była zatwierdzona i nigdy nie była nawet planowana, a to dlatego, że nie była już potrzebna.

Carrington tak demaskował tych jaskiniowców:

Porażająca prawda jest taka, że koordynacja kampanii na Okinawie była związana wyłącznie z wcześniej planowanym harmonogramem bombardowań atomowych. Oskarżam prezydentów: Franklina Delano Roosevelta i Harry’ego Trumana o – z rozmysłem popełnienie zbrodni wojennych przeciwko narodowi amerykańskiemu wyłącznie w tym celu, aby zaaranżować niepotrzebne użycie broni atomowej przeciwko Japonii!

Co, konkretnie, miał na myśli Carrington pisząc o „popełnieniu zbrodni wojennych na narodzie amerykańskim”?

Mówił o moralnej zbrodni na narodzie amerykańskim. Polegała ona na pogrążeniu narodu amerykańskiego w statusie ludobójców; nieobliczalnych, gotowych do najgorszych podłości, dlatego wystawionych na permanentne niebezpieczeństwo odwetu i pogardy świata. A przecież społeczeństwo amerykańskie nie było sprawcą zbrodni wojennych. Winni byli czołowi talmudyczni jaskiniowcy okupujący Amerykę.

Carrington:

Niczym nieuzasadnione użycie przez Trumana broni atomowej sprawiło, że Amerykanie poczuli się dramatycznie pozbawieni poczucia bezpieczeństwa po wygraniu II Wojny Światowej, jak nigdy dotąd, i to poczucie zagrożenia [trwa] dotąd przez cynicznych polityków napędzających machinę Zimnej Wojny.

Na potwierdzenie tego, Carrington ponownie cytuje admirała Leay’a z książki „I Was There”:

To jest moja opinia, że użycie tej barbarzyńskiej broni w Hiroszimie i Nagasaki nie miało żadnego materialnego wpływu na naszą wojnę przeciwko Japonii. Japończycy byli już pokonani i gotowi do kapitulacji (na zdjęciu poniżej moment jej podpisania) z powodu skutecznej blokady morskiej i udanych bombardowań bronią konwencjonalną.

Z całym cynizmem uściślił tę ludobójczą decyzję senator Venderberg:

„Musimy ich piekielnie wystraszyć, aby wymusić na Amerykanach płacenie wysokich podatków w celu wspierania Zimnej Wojny”.

Tak więc „piekielne wystraszenie” Japończyków nie było głównym celem tej masakry. Rzecz szła także, a może głównie o „piekielne wystraszenie Amerykanów”. Czy tylko Amerykanów?

Mit o wygraniu wojny dzięki bombie „A”

To zmitologizowane w kilku następnych dziesięcioleciach cyniczne i bezprzykładne kłamstwo, było wspierane i utwierdzane przez niesłychanie rozbudowaną wytrwałą propagandę.

Admirał William Leahy był pierwszym, który publicznie przyznał Amerykanom status barbarzyńców w cytowanej książce „I Was There”:

– Uważam, że używając tego [bomby atomowej] jako pierwsi przyjęliśmy etyczne wartości typowe dla barbarzyńców Mrocznych Wieków. Nie uczono mnie prowadzenia wojny w taki sposób, a wojny nie mogą być wygrywane przez zabijanie kobiet i dzieci.

Admirał niesłusznie przyznaje Amerykanom pierwszeństwo w barbaryzacji wojny poprzez atomową masakrę bezbronnych w Hiroszimie i Nagasaki. Mieli oni znamienitych poprzedników w żydobolszewikach i sprusaczonych Niemcach, których ofiary liczyły się w dziesiątkach milionów, w tym kobiet i dzieci.

Na pewne usprawiedliwienie jaskiniowców XX wieku – Hitlera i Stalina można przywołać niepodważalnie udowodniony naukowo, paranoidalny syndrom osobowości tych dwóch potworów, co profesjonalnie wykazał Allan Bullock w fundamentalnej pracy „Hitler i Stalin”.

Roosevelt i Truman nie byli paranoikami jak Hitler i Stalin. Byli tylko – i aż – talmudycznymi fanatykami wojny z cywilizacją łacińską. Ich nacyjny pomiot drugiego i trzeciego już pokolenia będzie z takim samym zapamiętaniem bombardował kraje islamskie, podobnie jak zniszczył wieże nowojorskie 9 września 2001 r.

Gar Alperowitz wyartykułował na stronach omawianej książki „I Was There”:

W dniach 5 maja, 12 maja i 7 czerwca Biuro Służb Strategicznych (Office of Strategic Service, służby wywiadowcze) informowało, że Japonia rozważa kapitulację. Następne komunikaty nadeszły w dniach 18 maja, 7 lipca, 13 lipca i 16 lipca.

Alperowitz wyjaśniał:

Stałe żądanie Stanów Zjednoczonych „bezwarunkowej kapitulacji” bezpośrednio zagrażało nie tylko osobie Cesarza, ale także głównym dogmatom kultury japońskiej. Teraz już wiemy – zestaw poniżających warunków kapitulacji służył jednemu celowi – przedłużaniu wojny.

Alperowitz cytował generała Curtisa Le May’a – szefa Sił Powietrznych (s. 334): Wojna mogła być zakończona w czasie dwóch tygodni, bez udziału Rosjan i bomby atomowej.
Dziennikarze zapytali generała Curtisa Le May’a:
– Czy rzeczywiście, Generale? Bez Rosjan i bez bomby atomowej?
– Bomba atomowa nie miała absolutnie nic wspólnego z zakończeniem wojny.

Nagasaki: rzeź katolików

Amerykanie zrzucili bombę atomową na to miasto z asystą Williama „Laurence” siedzącego w fotelu drugiego pilota B-29 i udającego, że jest „doktorem” Stagelove. Tutaj celem orientacyjnym była katedra, która ustalała bez żadnych obaw pomyłki, że to Nagasaki, rejon jedynej w Japonii diecezji katolickiej istniejącej tam od połowy XIX wieku i liczącej dziesiątki tysięcy wyznawców katolicyzmu.

To właśnie tej wielkiej enklawie katolicyzmu Nagasaki „zawdzięczało”, że do pewnego czasu eskadry amerykańskie bombowców omijały to miasto, skutecznie usypiając lęki mieszkańców. Chodziło o wymordowanie maksymalnej liczby mieszkańców tego miasta, tej jedynej diecezji katolickiej w Japonii. Nagasaki było podobnie jak Hiroszima, rejonem całkowicie wyzbytym celów wojennych i cywilnych o strategicznym znaczeniu.

Proponujemy, aby ktokolwiek podjął próbę obalenia tej naszej przyczynowo-skutkowej paraleli pomiędzy katolicyzmem Nagasaki, a świadomym wyborem tego miasta do zniesienia go z powierzchni ziemi razem z jego około 80 000 tysiącami katolickich mieszkańców, zrzuceniem drugiej i ostatniej bomby atomowej przez „Amerykanów”.

Eustace Mullins, z którego ustaleń czerpiemy te fakty, przywołuje książkę Williama Craig’a „The Fall of Japan” (Zniszczenie Japonii). W. Craig pisze w niej: Dach i mury katolickiej katedry zawaliły się na klęczących chrześcijan. Wszyscy zginęli.

Kościół został odbudowany: to jeden z głównych obiektów zwiedzania Nagasaki – gigantyczny monument zwyrodnienia chazarskich jaskiniowców okupujących już wtedy Stany Zjednoczone.

Po nieludzkich masakrach Hiroszimy i Nagasaki, tryumfująca chazarska dzicz rozpoczęła równie bezlitosne „osądzanie” japońskich prominentów za ich „zbrodnie wojenne”. To stała praktyka – zamienianie ofiar w katów, czego polskim doświadczeniem jest oskarżanie pokolenia naszych dziadów i ojców o czynny udział w tzw. „holokauście” dokonanym na żydochazarach wspólnie z bliżej nieustalonymi „nazistami”.

Można bez trudu ustalić szereg innych przykładów takiego zbrodniczego odwracania kota ogonem przez miłujących pokój, wolność, równość i braterstwo, współczesnych panów świata. A choćby oskarżenie Serbów o czystki etniczne, których ofiarami mieli stać się kosowscy muzułmanie. A choćby Rosjan, którym przypisuje się wszystkie zbrodnie ludobójstwa rosyjskojęzycznych żydochazarów po żydobolszewickiej rewolucji z 1917 roku, na czele z rzeziami polskich jeńców wojennych i setek tysięcy ludności cywilnej (zob. tom II – „Zagłada Polski”).

W latach 1945-1951 kilka tysięcy japońskich wojskowych zostało uznanych winnymi zbrodni wojennych przez Międzynarodowy (kryptożydowski) Trybunał Wojskowy, który panoszył się w Tokio od 1946 do 1948 roku.

Nie zamierzali postawić przed tym Trybunałem żydowskiej oligarchii pieniądza, czyli samych siebie, kiedy zmierzając do sprowokowania Japonii do oddania „pierwszego strzału”, zablokowali Japonię ekonomicznie do tego stopnia, że Japonii nie zostało nic innego, jak podjąć atak na bazę Pearl Harbour, o którym wywiad amerykański wiedział od dawna, m.in. dzięki złamaniu kodów japońskiej armii.

Dwudziestu ośmiu japońskich przywódców wojskowych i cywilnych zostało oskarżonych o udział w spisku mającym za cel popełnienie ludobójstwa! To ponad dwukrotnie więcej, niż stracono prominentów hitlerowskich w wyniku wyroków kryptożydowskiego Międzynarodowego Trybunału Wojennego w Norymberdze.

Znalazł się w składzie tego trybunału sądzącego Japończyków jeden niezależny i prawy sędzia. Był nim Radhabinod z Indii. Odrzucił on oskarżenie, iż japońscy przywódcy spiskowali w celu popełnienia ludobójstwa. Oświadczył, że znaczniej mocniejsze są podstawy do oskarżenia o zbrodnię ludobójstwa nie Japończyków, tylko ich „amerykańskich” pogromców. Powołał się na użycie bomb atomowych, które zamieniło się w masowe ludobójstwo, przy czym z wojskowego punktu widzenia użycie bomb atomowych było już całkowicie zbędne.

We współczesnej Japonii bardzo popularnym filmem był obraz zatytułowany: „Duma, nieuchronna chwila”. Ukazuje on premiera, generała Hideki Tojo w bardzo pozytywnym świetle. Wraz z sześcioma innymi przywódcami Japonii został on powieszony z wyroku talmudycznego Trybunału Wojennego jako „zbrodniarz wojenny”.

Podczas procesu jego obrońcy oświadczyli przed tymże „Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym dla Dalekiego Wschodu” (azjatycka wersja trybunałów norymberskich), że zbrodnie wojenne generała Tojo nie mogą być rozpatrywane w oderwaniu od ludobójczego zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

Trybunał udawał, że jest głuchy i ślepy w taki sam sposób, jak Trybunał Norymberski w sprawie Katynia. Kiedy marszałek Goering zapytał, kto w końcu jest sprawcą mordu katyńskiego, wówczas prokurator Rudenko, brutalnie mu przerwał i wniósł o oddalenie tego pytania i sprawy Katynia. Oddalono na pół wieku.

Jak zareagowali prokuratorzy „amerykańscy” przed Trybunałem Wojennym do spraw Dalekiego Wschodu? Zareagowali tak samo jak Rudenko: wnieśli sprzeciw i ocenzurowali oświadczenia o „amerykańskiej zbrodni ludobójstwa w Hiroszimie i Nagasaki”. Tak ujawnił się, choć tylko pośrednio, żydochazarski sojusz i solidarność na odwetowej linii Tokio – Waszyngton – Norymberga – Moskwa, w sprawie zbrodni ludobójstwa i zbrodni wojennych. Żydochazarska dzicz już wtedy ostentacyjnie demonstrowała swoje panowanie nad światem gojów. Odrzucili pozory.

Tak czy owak, to w Tokio po raz pierwszy i ostatni nazwano po imieniu „amerykańskie” ludobójstwo w Hiroszimie i Nagasaki. Brutalnie powstrzymywano japońskich urzędników przed podejmowaniem wszelkich inicjatyw w tej kwestii, tak wtedy jak i w latach następnych, kiedy jeszcze Hiroszima i Nagasaki były ciągle krwawiącymi ranami wołającymi o pomstę do nieba.

Amerykańska okupacja wojskowa nad Japonią oficjalnie zakończyła się w 1952 roku traktatem z Japonią, ale była nieformalnie kontynuowana przez szereg następnych lat: 50 000 amerykańskich żołnierzy nadal stacjonowało w Japonii, podobnie jak w Niemieckiej Republice Federalnej.
Najpotężniejszą jednostką amerykańskich Sił Powietrznych była wtedy U.S. Strategic Bombing Survey (Biuro Bombardowania Strategicznego), które ustalało cele ataków w oparciu o konkretne potrzeby militarne, następnie analizowało wyniki tych bombardowań na użytek kolejnych takich „misji”.

W książce „Hiroshima’s Shadows” znajduje się raport tegoż U.S. Strategic Bombing Survey z dnia 1 lipca 1946 roku:

Atomowe bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki nie pokonały Japończyków, ani dzięki świadectwom wrogich przywódców, którzy zakończyli wojnę, nie skłoniły Japonii do przyjęcia bezwarunkowej kapitulacji. Cesarz, Strażnik Tajnej Pieczęci; premier, minister spraw zagranicznych i minister floty wojennej zadecydowali w maju 1945 roku, że wojna powinna być zakończona, nawet jeśli miałoby to oznaczać przyjęcie porażki na warunkach Aliantów (…)

Jest to wynikiem opinii U.S. Strategic Bombing Survey mówiącej o tym, że z pewnością przed 1 listopada 1945 roku Japonia poddałaby się, nawet gdyby bomby atomowe nie zostały zrzucone i nawet gdyby żadna inwazja nie była planowana.

Amerykańscy dowódcy wojskowi, politycy i przywódcy religijni wypowiadali się negatywnie o użyciu bomby atomowej przeciwko japońskim cywilom. Federalna Rada Kościołów Chrystusowych w Ameryce wydała w marcu 1946 roku oficjalne oświadczenie cytowane przez Gara Alperowitza w książce „The Decision To Use The Atomic Bomb”. Pisano w oświadczeniu:

Nieoczekiwane zbombardowanie Hiroszimy i Nagasaki jest nie do przyjęcia. Oba bombardowania muszą być uznane za niepotrzebne do wygrania wojny. Jako mocarstwo, które pierwsze użyło bomby atomowej w tych okolicznościach, zgrzeszyliśmy ciężko przeciwko prawom Boskim i przeciwko ludowi Japonii.

Na stronie 438 „Hiroshima’s Shedows” cytują M. Gillisa, redaktora naczelnego „Catholic World”:

Nazwałbym to zbrodnią, gdyby zbrodnia nie implikowała grzechu, a grzech wymaga świadomości winy. Działania rządu Stanów Zjednoczonych były podjęte wbrew każdemu uczuciu i każdemu przekonaniu, na którym jest oparta nasza cywilizacja.

Do najbardziej radykalnych krytyków atomowych bombardowań należał David Lawrence, założyciel i redaktor pisma „News and World Report”. Drukował on szereg nie przebierających w słowach artykułów i oświadczeń zbiorowych. Pierwszy pochodził z 17 sierpnia 1945 roku. Jedenaście dni po zbrodni, bezbłędnie przewidział on „argumenty” zbrodniarzy:

Konieczność wojskowa będzie naszym stałym wrzaskiem w odpowiedzi na każdą krytykę, lecz nie wymaże on nigdy z naszych umysłów prostej prawdy, że my, najbardziej cywilizowani [czyżby?], chociaż wahamy się użyć gazów trujących, to jednak nie zawahaliśmy się zastosować najbardziej śmiercionośnej broni wszechczasów na oślep, bez zastanowienia, przeciwko mężczyznom, kobietom i dzieciom.

Później, 5 października Lawrence kontynuował tę chłostę:

Stany Zjednoczone powinny być pierwsze w potępieniu bomby atomowej i przeprosić za jej użycie przeciwko Japonii. Rzecznik Sił Powietrznych powiedział, że nie było to konieczne i że wojna była już wygrana. Przekonujące świadectwo istnieje jako dowód, że Japonia dążyła do poddania się na wiele tygodni przed bombą atomową.

Eisenhower nigdy nie zmienił zdania o celowości użycia bomby atomowej, a w czasie swojej prezydentury wielokrotnie usprawiedliwiał użycie bomb „A”. Steve Neal cytował go w książce „The Eisenhower Doubleday” z 1978 roku, następnie stwierdzał obłudnie: Ike nigdy nie pozbędzie się swojego sceptycyzmu co do broni, a później nazywał ją „piekielnym wynalazkiem”.

Nawet brat Eisenhowera – Milton Eisenhower, z zawodu pedagog, był krytyczny w swoich wypowiedziach. Powiedział m.in.:

Nasze wykorzystanie tej nowej siły [„siły”!] w Hiroszimie i Nagasaki było najwyższą prowokacją w stosunku do innych narodów, zwłaszcza wobec Związku Radzieckiego. Ponadto jej użycie zniszczyło normalne standardy prowadzenia wojny, poprzez eksterminację całych populacji, głównie cywilów w zaatakowanych miastach. To co stało się w Hiroszimie i Nagasaki, z pewnością będzie na zawsze obciążało sumienie narodu amerykańskiego.

W książce „Eisenhower’s Diaries” (Pamiętnik Eisenhowera) czytamy na str. 261:

Wyrażenie: „atom dla pokoju” weszło do słownictwa spraw międzynarodowych wraz z przemówieniem Eisenhowera z dnia 8 grudnia 1953 roku w Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Kontrola energii atomowej dała zwycięskiej klice żydowskiej (Nowemu Porządkowi Świata – New World Order) ogromną potęgę i podstawy do dyktatu globalnego. Wtedy jeszcze tradycyjni politycy i wojskowi mieli odwagę mówić o lucyferycznej amoralności tej ludobójczej broni, jawnie krytykować nowych jaskiniowców.

Z biegiem lat przesłanki moralne, etyczne dostały się na indeks słów zakazanych, w najlepszym razie przestarzałych. Ustąpiły one „walce o pokój”, cynicznej zbitce słownej do kamuflowania każdej zbrodni ludobójstwa w imię tej „walki o pokój”.

Eisenhower w swoim pożegnalnym przemówieniu prezydenckim skierowanym do Amerykanów, już opuszczając urząd prezydenta (17 stycznia 1961 roku) ostrzegał:

W kręgach rządowych musimy zabezpieczyć się przeciwko przyjęciu nieuzasadnionych wpływów, chcianych czy niechcianych, kompleksu wojskowo-przemysłowego. Potencjał katastrofalnego wzrostu niejawnej władzy istnieje i będzie się utrzymywał.

Tę zbrodniczą prawdę, władcy Ameryki i świata spod znaku Lichwy zademonstrują za prezydentury jego następcy – J. Kennedy’ego, mordując go w Dallas po tym, jak podjął próbę odebrania Międzynarodówce Finansowej prawa emisji waluty amerykańskiej.

Ogólnikowe formuły o potędze kompleksu przemysłowo-wojskowego; o „potencjale katastrofalnego wzrostu niejawnej władzy”, chyba niewielu Amerykanów zrozumiało właściwie. Ustępujący prezydent pozostawił ich w niewiedzy. I pozostali w niej nawet po zamordowaniu prezydenta Kennedy’ego. Większość nie rozumie tego do dzisiaj. Tego, że Międzynarodówka Finansowa, czołowi syjoniści zawarli między sobą szatański sojusz, najwyższy i najwęższy krąg globalnej władzy.

Próby ostrzeżenia Amerykanów przed tą niewidzialną, nieformalną hydrą podejmował generał Douglas MacArthur. Powołuje się na te próby William Manchester w książce „American Caesar” (s. 692).

W 1957 roku generał MacArthur zaatakował rosnące budżety Pentagonu:

Nasz rząd utrzymuje nas w stanie stałego strachu, utrzymywał nas w ciągłym napięciu patriotycznego zapału wśród okrzyków o poważnym zagrożeniu bezpieczeństwa narodowego. Zawsze istniało jakieś realne zło, które usiłowało nas pożreć, jeżeli nie będziemy dostarczać ogromnych funduszy na każde żądanie. Jednakże z perspektywy czasu te katastrofy nie wyglądają tak, żeby się miały powtórzyć, nie wyglądają tak, żeby były w ogóle prawdziwe.

Konstruktorzy bomby atomowej wpadli w euforię, kiedy otrzymali wiadomość o apokaliptycznych rozmiarach zniszczeń dokonanych przez ich wynalazek. Jack Rummel w książce z 1992 roku: „Robert Oppenheimer, Dark Prince”, s. 96 pisał:

Kiedy do Stanów Zjednoczonych dotarła wiadomość o zbombardowaniu Hiroszimy, to powitano ją z mieszaniną ulgi, radości, dumy, szoku. I smutku. Otto Risch pamiętał okrzyki radości: „Hiroszima zniszczona!”
Wielu moich przyjaciół pędziło do telefonów, aby zarezerwować stoliki w La Fonda Hotel w Santa Fe, świętować to wydarzenie. Oppenheimer chodził wokół jak zwycięski bokser ściskając dłonie nad głową, kiedy wchodził na podium.

Dodajmy, że Oppenheimer (na zdjęciu poniżej) przez całe dorosłe życie był komunistą. W „New Civilization” autorstwa Beatrice i Sidney Webb, współzałożycieli socjalistycznego fabianizmu w Wielkiej Brytanii, pisano: „Był pod głębokim wpływem sowieckiego komunizmu”.
Został on dyrektorem do spraw badań w świeżo powołanym US Atomic Energy Commission (Amerykańska Komisja Energii Atomowej), z jego mentorem i finansjerem Bernardem Baruchem jako prezesem, niegdyś głównym finansjerem bandy Lenina – Trockiego, którzy doprowadzili do wybuchu rewolucji bolszewickiej i obalenia caratu.

Oppenheimer miał ścisłe powiązania z Amerykańską Partią Komunistyczną. Jego żona Kitty Peuning to wdowa po Joe Dallet, amerykańskim komuniście, który zginął walcząc w szeregach głośnej „Brygady Lincolna” w hiszpańskiej wojnie domowej.

Oppenheimera obowiązywała dyscyplina Partii Komunistycznej, toteż na jej polecenie ożenił się z tą Kitty Peuning . Baruch zrezygnował z prezesowania Atomic Energy Commission, by zająć się własnymi interesami. Zastąpił go Levis Lichtenstein Strauss z banku Kuhn, Loeb and Co. Strauss był obeznany z licznymi związkami Oppenheimera z komunistami, ale nie zwracał na to uwagi aż do czasu, kiedy dowiedział się, że Oppenheimer sabotuje postępy w rozwoju nowej, jeszcze bardziej niszczycielskiej bomby wodorowej.

Stawało się oczywiste, że Oppeheimer opóźnia prace nad bombą wodorową po to, aby jego sowieccy pobratymcy zyskali czas na wyprodukowanie własnej broni wodorowej. Oburzony tym sabotażem Lichtenstein Strauss wezwał Oppenheimera do rezygnacji ze stanowiska dyrektora Komisji. Oppenheimer odmówił. Przesłuchanie w tej sprawie odbyło się w dniach 5-6 kwietnia 1954 roku.

Po zapoznaniu się członków Atomic Energy Commission z wynikami dochodzenia, Komisja przegłosowała wniosek o pozbawienie go świadectwa bezpieczeństwa na tym stanowisku orzekając, iż „posiada on istotne wady charakteru na tym stanowisku i nieroztropne, niebezpieczne związki ze znanymi wywrotowcami”.

Wobec takiego dictum, Oppenheimer wycofał się do Princeton, gdzie już czekał na niego jego mentor Albert Einstein, przewodniczący Institute for Advanced Study – swego rodzaju „Think tank” dla emigracyjnych „geniuszy”, finansowanego przez Rothschildów za pośrednictwem jednej z niezliczonych zawsze niejawnych fundacji klanu Rothschildów. Oppenheimer był już wtedy formalnym członkiem tegoż Institute for Advanced Study, gdzie pozostał aż do swojej śmierci w 1966 roku.

Od Oppenheimera i bomby atomowej i potem wodorowej, dochodzimy do Alberta Einsteina, a poprzez niego do Izraela, bo wtedy już wszystkie drogi decyzyjne wiodły do tej nowej kolonii żydochazarów.

Dla Einsteina era atomowa oznaczała gigantyczny krok w procesie „odradzania” Izraela na ziemi palestyńskiej z krwawym, ludobójczym pogwałceniem praw Palestyńczyków. W książce „Einstein: His Life and Times” (Einstein: jego życie i epoka) pisano, jak to Abba Eban, ambasador izraelski przybył do domu Einsteina z izraelskim konsulem Reubenem Dafnim:

Profesor Einstein powiedział mi, że widzi odrodzenie Izraela jako jedno z politycznych zadań w jego życiu, które miały zasadnicze znaczenie w jego życiu i zasadniczy walor moralny. Wierzył, że sumienie świata powinno być zachowane wraz z projektem zachowania Izraela.

Dokładnie 1 marca 1946 roku podpisano umowę: „Army Air Force Contract” No. MX 791. Mocą tej umowy powołano „RAND Corporation” – oficjalny „think tkank” (sztab myślenia koncepcyjnego). Definiowano projekt RAND jako: Program kontynuacji studiów naukowych i badań w szerokiej dziedzinie wojny powietrznej, z naciskiem na zlecenie Siłom Powietrznym preferowanych metod technicznych i instrumentów niezbędnych do tego celu.

Konia z rzędem temu, kto wyłowi z tego ble-ble jakiś konkret. Dla wtajemniczonych konkrety są tam oczywiste. Pierwszy, to „Siły Powietrzne”. Drugi – preferowanie „metod technicznych”. Pod tym frazesem mieścić się mogły wszelkie badania i wdrożenia broni masowej zagłady.

W dniu 14 maja 1948 roku fundusz RAND Corporation został przejęty przez H. Rowana Gaithera, szefa Fundacji Forda. A stało się tak dlatego, że Siły Powietrzne miały wyłączną kontrolę nad wszystkim, co wiązało się z bombą atomową, a RAND Corporation opracowało program tychże Sił Powietrznych na Zimną Wojnę wraz ze Strategic Air Command (Strategicznym Dowództwem Lotniczym), programem rakietowym i wielu innymi elementami „strategii terroru”, czyli, jak to określano przed wybuchami bomby „A” nad Hiroszimą i Nagasaki – programem „piekielnego strachu”.

Oznaczało to grę o miliardy dolarów (dziś jakieś 8-10 miliardów) dla tych naukowców z Johnem Neumanem na czele, ich wiodącym naukowcem (przypadkowo Żydem), sławnym na cały „świat” jako twórca „teorii gier”. W ramach tej „teorii gier”, Stany Zjednoczone i Związek Żydosowiecki zostają zaangażowane w taką światową grę. Teoria gier ma przewidywać, która z tych stron zaatakuje pierwsza z użyciem rakietowej broni jądrowej. Słowem – program o „piekielnym” wspólnym strachu.

Warto przyjrzeć się, choć w kilku zdaniach, tej „teorii gier” w praktyce życia Amerykanów, nie wyłączając ich dzieci. W Stanach Zjednoczonych w ramach takich „gier”, codziennie prowadzono zbiorowe ćwiczenia antyatomowe z dziećmi szkolnymi. W środku lekcji rozlegał się dzwonek i dzieci nurkowały pod ławki, bo mogły one w ten sposób choć częściowo osłonić się od spadających elementów stropu.

Nikt setkom tysięcy tych amerykańskich dzieci nigdy nie powiedział, że dziesiątki tysięcy ich rówieśników w Hiroszimie i Nagasaki zostało przedtem spalonych wraz z ławkami w ich klasach szkolnych.

Emocjonalny i moralny wpływ na dzieci w ramach tego „piekielnego” permanentnego strachu przed spadającymi sufitami szkolnymi, był niszczycielski. Dzieci amerykańskie oczywiście nie wiedziały, jakie są skutki uderzenia bomby atomowej, bo właśnie pod kątem detonacji takiej niekonwencjonalnej bomby były prowadzone te ćwiczenia. Nie wiedziały więc, że ławki im nie pomogą, bo w ciągu kilku sekund wyparują razem z tymi ławkami.

Zbiorowa psychoza wynikająca z przygotowywania społeczeństwa amerykańskiego do wojny nuklearnej, czyli cyniczne wykorzystywanie programu bomby atomowej niby już wiszącej nad Ameryką, stanowiła nigdy nienazwany przez psychologów i psychiatrów element świadomie wdrażanej destrukcji.

W 1987 roku Phylis La Farge opublikował książkę zatytułowaną: „The Strangelove Legacy, Impact of the Nuclear Threat on Children”, gdzie autor opisuje, poprzez poszerzone badania na dużych populacjach dzieci, spustoszenia w psychice tamtego pokolenia dzieci na skutek atmosfery codziennego, permanentnego zagrożenia śmiercią.

Autor cytuje m.in. psychologa Freemana Dyson’a. Stwierdza on, że ludzkość została podzielona na dwa „światy”, dwa byty. Jeden to świat wojowników, drugi to świat ofiar, głównie dzieci.
To było następstwem sytuacji z 6 sierpnia 1945 roku, kiedy William L. Laurence siedzi w fotelu drugiego pilota bombowca B-29 nad Nagasaki, a poniżej tysiące dzieci japońskich czekają na „wyparowanie”.

Ta „hipotetyczna” sytuacja nie była hipotetyczna ani w Nagasaki, ani w żadnym innym mieście Japonii i żadnym innym mieście Stanów Zjednoczonych.

I nigdy nie uległa zmianie. Dzieci nadal siedzą tam i czekają na odparowanie. To dzieci i wnuki tamtych dzieci z Hiroszimy i Nagasaki, ze Stanów Zjednoczonych i całego Globu. Bo takie były reguły i cele Zimnej Wojny i takie są cele globalnej psychozy A.D. 2012 w kontekście Iranu, globalnego terroryzmu, globalnego krachu finansowego.

My ciągle czekamy na wyparowanie.

Fragment książki Henryka Pająka „CZAS SKORPIONÓW” Tom III „Chazarskiej dziczy…”
http://alternews.pl