Śmierć Bolesława Piaseckiego

Halina Skibniewska wpisuje się w księdze kondolencyjnej w pałacyku na ulicy Senatorskiej w Warszawie.

Publikujemy poniżej fragment trzeciej część wspomnień Józefa Wójcika (1929-2015) członka władz naczelnych Stowarzyszenia PAX.

Obejmuje ona lata 1979-1981, otwiera ją pogrzeb Bolesława Piaseckiego, kończy zaś symbolicznie wydanie jednej z prac jego autorstwa zatytułowanej „Kierunki”.

Całość zostanie opublikowana w marcu 2017 roku w III tomie „Archiwum Narodowej Demokracji”. Niestety, autor „Dzienników” nie doczekał się publikacji ich w całości, zmarł 30 listopada 2015 roku.

Przystępuję do spisania tych notatek w Trzech Króli, 6 stycznia 1979 r. Tyle wydarzyło się w tym roku. Odszedł od nas Ten Jedyny, najbardziej potrzebny Paxowi – a może i Polsce człowiek – Bolesław. Mój Przyjaciel, starszy Przyjaciel. Mam prawo tak go nazywać, bo odczułem jego głęboką przyjaźń, zaufanie do mnie wiele, wiele razy. 25 lat współpracy! Właśnie w listopadzie otrzymałem nagrodę okolicznościową (75% pensji) za nieprzerwaną pracę w Paxie przez tyle lat.

Byłem członkiem kierownictwa, w Prezydium, ale ponadto Bolesław traktował mnie jako tego, który najlepiej rozumie jego myśl, redagowałem wszystkie jego referaty – w wersji do upowszechniania – przez 20 lat. Mogłem mu mówić i mówiłem rzeczy kontrowersyjne, swój własny sąd, często przeciwny jego – szanował to, bo wiedział, że wypływa to u mnie z głębokiego przekonania. Byliśmy w jego domu na wszystkich weselach, uroczystych przyjęciach, lubił nas, tzn. mnie i Teresę – jako gości w domu.

Zwierzał mi się – ile razy, ze swoich przeżyć wewnętrznych, upokorzeń, jakie musiał znosić zarówno od partii, jak i innych, zwierzał mi się w okresie ciężkiej choroby – nie mogę powiedzieć, że ze wszystkiego, ale jakże dużo mówił o sprawach, które dotyczyły jego życia wewnętrznego. Żegnaj, ukochany Bolesławie! Przyjacielu! To koniec epoki w życiu organizacji, którą stworzyłeś, ale i koniec epoki w moim życiu! Czuję się osierocony, czuję się jak ktoś, kto nagle został pozbawiony oparcia. Oto kronikarski zapis ostatnich dni.

31 grudnia 1978 r.

Sylwester. Nic nie zapowiada nieszczęścia! Wieczorem ok. północy dzwonię do Zygmunta. Wszystko w porządku. Na dworze straszliwa zima, mróz, zawieja. Właśnie dziś zepsuł nam się telewizor, wyjeżdżam aż na Pragę do ZORT-u, w którym dyżurowali technicy. Apokalipsa! Puławską przesuwają się opatuleni ludzie – jezdnią. Trzeba się przebijać przez zaspy, na każdym kroku grozi utknięcie.

W telewizji jak się okazuje – przyjęli telewizor tak chętnie dlatego, że liczyli iż ich wywiozę z Pragi do ich mieszkań w Śródmieściu. Stoją tramwaje, żadnego autobusu, ludzie błagają, żeby ich podwieźć. Później podwożę jeszcze Jarka na „prywatkę” aż na Żoliborz. Hekatomba! Wojna połączona z kataklizmem nie dałaby większych skutków. Ludzie klękają, rzucają się na kolana błagają, żeby ich podwieźć. Zresztą przewiozłem kilkanaście osób przy okazji.

Tomek u Wagnerów na Młocinach, nie można go odebrać, Małgosia w Augustowie z Krzyśkiem. Jesteśmy sami z Teresą i ciocią, czekamy do północy, składamy sobie życzenia, potem idziemy z Teresą do sąsiadów p. Zarębów, którzy też są sami z chorą matką, córka wyjechała do Zakopanego. Jesteśmy tu pierwszy raz oficjalnie. Przyniosłem francuski szampan, później idzie koniak i zabawiamy się rozmową przede wszystkim na tematy polityczne. Jacek Zaręba – lekarz naukowiec okazuje się pasjonatem politycznym znajdując we mnie rozmówcę i tak to się ciągnie. Wracamy do domu. Około 6.00 rano kładziemy się spać. Około 8.00 budzi nas telefon. Zygmunt P[rzetakiewicz] załamanym głosem mówi, że Bolesław zmarł dziś w nocy o godz. 2.00.

Zaskoczenie, wstrząs! Ubrałem się szybko, za chwilę dzwoni Nik Rostworowski, pyta o szczegóły, ja nic nie wiem. Później telefony bez końca, bo rozkręca się fala ludzka Paxu. Idę do kościoła w południe, Zygmunt prosi, żeby napisać okolicznościowy tekst do „Słowa” na jutro. Przyjeżdża do mnie Jurek Ślaski i wspólnie piszemy życiorys Bolesława, który następnie jest w całej prasie Paxu. Jurek pisze na maszynie, a ja podpowiadam mu tekst. Proponuję też komunikat Prezydium (i wszystko to, co później w „Słowie”). Zygmunt przyjeżdża około 1800 do mnie, czyta to wszystko i wspólnie poprawiamy. Na 19.00 jedziemy na Mokotowską na zebranie Prezydium, zaspy, śnieg, po drodze zabieramy Jacka Reiffa. Na prezydium zgłaszają się wszyscy oprócz Rutkowskiego, który wyjechał gdzieś poza Warszawę i nie może dotrzeć. Hagmajer i Stefanowicz z Haliną jadą 4 godziny, wysłano po nich jakiś ciężki wóz i samochód osobowy. Przygnębienie i podniecenia widać na twarzach.

Wszyscy zapoznają się z tekstami, które jutro będą w „Słowie”, przesyłamy to wszystko do drukarni – nocnej redakcji, nad którą czuwa Ślaski. W czasie Prezydium – wysłuchujemy i oglądamy komunikat wraz ze zdjęciem Bolesława w telewizji – wiadomość o śmierci. Wcześniej dopilnował tego Zygmunt, przekazując komunikat dla PAP-u. Zawiadomiony został oficjalnie Gierek, Prymas, bp Dąbrowski. Wyznaczamy kol. Wincentego Lewandowskiego – jako pełnomocnika i koordynatora wszystkich poczynań związanych z pogrzebem.

Co dalej? – merytorycznie nie rozmawiamy. Jacek Reiff pyta o to świadomie, wiedząc, że przecież od tej chwili zacznie się walka i zabiegi o to, kto będzie następcą. Zygmunt proponuje, aby w tej sprawie Prezydium zebrało się w piątek po pogrzebie. Nowy Rok wypadł w tym roku w poniedziałek. Data pogrzebu na czwartek 4 stycznia, jak i miejsce – kościół parafialny Św. Michała wybrała rodzina – ściśle Jarek Piasecki. Mszę odprawia ks. Prałat Piotrowski – wikariusz generalny archidiecezji, kazanie ma wygłosić ks. Suwała (później następuje zmiana: w Kościele ks. Piotrowski, na cmentarzu ks. Suwała – jak w „Słowie”).
Zygmunt proponuje aby nad grobem powiedział Hagmajer, wszyscy się z tym godzą.

1 stycznia 1979 r.

Cały dzień wypełniony bieganiną, rozmowami, przygotowaniami do pogrzebu. Biura puste, Prezydium Rady Ministrów ogłosiło wolny dzień od pracy z powodu dezorganizacji wywołanej atakiem zimy.

3 stycznia [1979]

Od rana dyżuruję przez dwie godziny w gabinecie Bolesława, gdzie wyłożono księgę kondolencyjną. Stopniowo zwiększa się sznur ludzi oczekujących na możliwość wpisu. Wielu z nich, starych pracowników Paxu, płacze. Otwierając księgę wpisuję w imieniu Prezydium – parę zdań dla Wielkiego Człowieka i Polaka – później podpisują się pod tym wszyscy pozostali członkowie Prezydium (…) Rozmawiam dziś z Augustowskim. Mówi, że oddałby życie aby wiedzieć, jak doszło do śmierci Bolesława.

Co się działo w szpitalu? Ma żal ogromny do Rodziny, że mając przepustki nie dopilnowali w szpitalu, przecież to Sylwester! Mógł ktoś odejść, mógł coś zaniedbać. (Barbara i Jarek odwiedzali Bolesława w Sylwestra – późnym wieczorem ok. 20.00. Zygmuntowi, który ją spotkał, powiedziała, że jest „dobrej myśli”. Jesteśmy wstrząśnięci, że Bolesław, który miał tylu przyjaciół, kochającą rodzinę, umarł samotnie w szpitalu, do którego nigdy nie chciał iść. Kazik Augustowski płacze. (Ileż ten człowiek zrobił dla Bolesława, jak troszczył się o niego, pielęgnował go!)

Wcześniej namawiam Kazika, aby wpłynął, żeby Rodzina sprowadziła ciało do domu (ten temat poruszałem 2 stycznia rano, a nie dziś). Do tego nie doszło – dziwne to dla mnie.

Wzywa mnie Jacek Reiff, jest podniecony, więcej wzburzony i mówi m. in. tak: wszystko wiem z zewnątrz, niestety nie z wewnątrz i Prezydium, bo tak jak powiedziałem dzieją się rzeczy poza nami, pustka jest wypełniania. A więc Zygmunt P. był u Palimąki, tam doszło do krótkiej rozmowy z tow. Kanią, który niby przypadkowo wszedł do gabinetu. Zygmunt oświadczył, że tylko on jest jedynym kandydatem itd. Dziś rozmawiał z Kanią Stefanowicz, szantażował, że wyjdzie z Paxu, jeśli Reiff zostanie przewodniczącym. Zobacz jakie skurwysyny, wszystko przegrali, kłamią w żywe oczy, nam kłamią. Wszyscy nabraliśmy się na to, że rzekomo Zygmunt nie zamierza kandydować itd. „Won, tę swołocz, trzeba wymieść Pax z takiej bandy. Ja ciebie (tzn. mnie) wysunąłem na wiceprzewodniczącego, kiedy pytano mnie kto? – tu wykrzyknął: „ciebie widziałem, bo chcę aby był kontynuowany cały nurt wychowawczy.

Wytrzymałem całą rozmowę spokojnie, nie zareagowałem na propozycję wiceprzewodniczącego. Później powiedziałem ogólnikowo, że może liczyć na moją lojalność i tyle. Jacek mówi też, że będzie z Kanią dziś rozmawiał, chce mówić z nim ostatni – tak telefonicznie zakomunikował Kani. Na tle tej rozmowy zrodziła się moja wątpliwość, czy Jacek nie blefuje, idąc na całego może chce mnie po prostu zaagitować. Cały wywód Jacka ujawnia jego mitomaństwo i zajadłość i bezwzględność w walce o swoje wywyższenie.

Tego samego dnia o godz. 19.00 odbyliśmy zebranie Prezydium poświęcone głównie przebiegowi pogrzebu. Referował kol. Lewandowski. Nastąpiła też merytoryczna wymiana zdań, ale ogólnikowa. Hagmajer, Rutkowski a później ja wnieśliśmy, aby najpóźniej w piątek po pogrzebie wrócić do tej sprawy. Jacek na Prezydium wrócił wprost od Kani, „rozmawiał jako ostatni”.

4 stycznia [1979]

Czwartek – pogrzeb Bolesława. O godz. 6.30 członkowie Prezydium zebrali się przy ul. Chopina, naprzeciw siedziby Paxu, skąd autokarem pojechaliśmy do szpitala wojskowego na ulicę Szaserów, aby towarzyszyć przy eksportacji ciała Bolesława. Na miejscu była już Rodzina. Ostatni raz widzę ciało Bolesława w odkrytej trumnie. Wybiedzony, chude ręce uginają się, kiedy Rodzina po kolei całuje go w rękę przed zamknięciem trumny. Dada [Janina?] Kolendo wsuwa jakąś kartkę za klapę Zmarłemu. Bolesław ma grymas na twarzy – taki jak zapamiętałem – czasem mu się zdarzał np. w oczekiwaniu na rozpoczęcie zebrania, kiedy podparty rękami później podnosił głowę. Lekko wychylona dolna warga, wyraz znużenia i napięcia – trudny do opisania. Blada twarz, mocno zarysowana, włosy rzadkie, ale wyraźne ciemne (blond), wąsy – te charakterystyczne wąsy przysiwiałe. Boże, modlę się, jestem jak słup lodu, ściska mnie za gardło i nie płaczę.

Przy trumnie Bolesława Piaseckiego (pałac Prymasowski w Warszawie) - po lewej Zygmunt Przetakiewicz, za nim Józef Wójcik

Przy trumnie Bolesława Piaseckiego (pałac Prymasowski w Warszawie) – po lewej Zygmunt Przetakiewicz, za nim Józef Wójcik

Stąd specjalną karetką przewieziono ciało wprost do Pałacu Prymasowskiego. Po pewnym czasie gremialnie podchodzimy kolejno do członków rodziny – składając skromne w słowach – tylko niektórzy mogli się na to zdobyć – wyrazy współczucia. Reszta informacji w „Słowie”.

Uzupełnienie: mróz straszliwy – ok 14-22 stopni Celsjusza. W kościele zmarzły mi nogi, na cmentarzu nie do wytrzymania.
– Wielu ludzi płacze nieznanych mi, zarówno w Kościele jak i w Pałacu Prymasowskim.
– Obecni m. in. w Pałacu Prymasowskim były premier J. Cyrankiewicz, na cmentarzu Zenon Kliszko, były członek Biura Politycznego, z którym Bolesław tyle miał do czynienia i o którym opowiadał anegdotyczne szczegóły (m. in. darowanie obrazu, poezje. Wiem, że Kliszko jest człowiekiem schorowanym – więc robi wrażenie, że na tym mrozie uczestniczy w pogrzebie).
– Bardzo dobra homilia ks. prałata Piotrowskiego, proboszcza parafii św. Michała i wikariusza generalnego Archidiecezji Warszawskiej. Wrażenie robi informacja, że Prymas odprawił Mszę św. i prosił o przekazanie tej informacji.
– Rodzina zbolała, szczególnie żal mi Jarka, brata zamordowanego Bohdana i Ładka najmłodszego syna.
– Trumnę wynosiłem na ramionach z kolegami z Prezydium z Pałacu Prymasowskiego do progu, gdzie przejęli już ją zawodowi grabarze, bo wymagały tego śliskie schody.
– Kampania honorowa Wojska Polskiego salutuje broń, orkiestra operuje tylko werblami, bo mróz nie pozwala dotknąć ustami instrumentów.
– W kościele siedzę przy ministrze do Spraw Wyznań Kąkolu, który nie klęka i nie żegna się. Wiele ludzi przystępuje do Komunii św. i ja także.
– Tomcio (syn mój) w zespole uczniowskim stoi na warcie przy sztandarze Szkoły św. Augustyna. Jest też na cmentarzu.

5 stycznia [1979]

Piątek godz. 12.00 – zebranie Prezydium – wcześniej ustalone. Wcześniej wiadomo, że Kania poprosił na wtorek na godz. 16.00 trzech wiceprzewodniczących oraz posłów na rozmowę. Przed zebraniem pojawia się nieoficjalnie pomysł, żeby wysunąć jednego kandydata i miałby to być Hagmajer. W tym duchu działa Zygmunt i Stefanowicz. Hagmajer prosi mnie na rozmowę, błaga, że powinniśmy wysunąć jednego kandydata wobec partii, jak partia odrzuci to następnego.

Niby chodzi mu o zasadę, nie o sprawy personalne. Wykręciłem się z zadeklarowaniem czegokolwiek, bo gra jest przejrzysta, biedak liczy, że on zostanie tym pierwszym kandydatem. Po co mącą mu tak w głowie! Jerzy jest dziś cieniem dawnego Hagmajera, to ruina człowieka, ciągle popija, bo często zdarza się że bełkocze bez związku od samego rana. Na zebraniu Prezydium Hagmajer na pytanie któregoś z kolegów zaczyna długo i mętnie, powtarzając w kółko pewne rzeczy opowiadać historię choroby i leczenia Bolesława, to go wykłada do końca. Jest pijany. Po zebraniu już nikt nie wraca do propozycji wysunięcia Hagmajera, przeciwnie, Zygmunt mówi, że to nieaktualne, podobnie Stefanowicz. Po co więc wysuwali taką nonsensowną propozycję, przecież to niepoważne zmieniać zdanie z godziny na godzinę. Ale to wszystko manewry!

Na zebraniu Prezydium wszyscy wypowiadają się po kolei. Jedynie Jacek Reiff sądzi jasno, że do Kani trzeba iść z personalnymi wnioskami, pozostali łącznie ze mną zgadzają się z opinią Zygmunta, że Kanię wysłuchujemy i oświadczamy, że Prezydium zajmie stanowisko natychmiast po rozmowie. Zygmunt wyraźnie przewleka wszystko, chce wygrać na czasie, ale co wygrać, tego nikt dokładnie nie wie. Ja się domyślam, że on nie ma pewności, czy nie będzie veta w stosunku do jego osoby i chce to sprawdzić. Jestem jedynym członkiem Prezydium, który ma pełne zaufanie obu – Reiffa i Zygmunta, obydwaj liczą na mnie i mówią mi wszystko. Nie jest to wynik jakichś praktyk moich kolegów, czy dwulicowość, ale pozycja zdobyta wcześniej, niezależna, uznaję wartości obydwu i braki obydwu.

Żadnego z nich nigdy nie kokietowałem – choć w bliższej zażyłości byłem zawsze z Zygmuntem P.

Zygmunt zatrzymuje mnie w swoim gabinecie, jest podniecony, ma zresztą gorączkę, bo się przeziębił w dniu pogrzebu. Szuka nerwowo okularów, zbiera papiery, podniecony mówi „nie jest źle”. Później w największym zaufaniu informuje mnie, że chce dotrzeć do Gierka przed rozmową z Kanią – dobrym będzie wręczenie tekstu Gierkowi z podziękowaniem za kondolencyjną depeszę (b. dobra treść, patrz „Słowo”). Uczyni to za pośrednictwem pułkownika Chełmińskiego z ochrony Gierka, człowieka b. bliskiego Gierkowi, za którego pośrednictwem Bolesław miał także możliwość bezpośredniego dotarcia do Gierka czy przekazania np. notatki. Zygmunt chce przeprowadzić rozmowę „zabezpieczającą”, żeby można się przeciwstawić, jeśli ze strony Kani byłby jakikolwiek zamach na suwerenność Paxu. Czuję, iż nie do końca orientuje się, jak dalece Jacek dogadany z Kanią, dużo więcej wiem niż on sam na ten temat.

Powązki - mowa pogrzebowa Jerzego Hagmajera, pierwszy z prawej Jarosław Piasecki, syn Bolesława.

Powązki – mowa pogrzebowa Jerzego Hagmajera, pierwszy z prawej Jarosław Piasecki, syn Bolesława.

Ale buduje mnie, kiedy Zygmunt mówi: „nieważne jest kto będzie przewodniczącym, ważne jest, żeby utrzymać suwerenność Paxu”. Z kolei o tych zamysłach nie mówię Jackowi, z którym rozmawiam bezpośrednio po spotkaniu z Zygmuntem. Nie chcę wszczynać piekła! Zastanawiamy się krótko, do czego zmierza Zygmunt – przeciągając. Jacek jest zdania, że Zygmuntowi jest potrzebny czas, czeka na jakąś pomoc – skąd? – od towarzyszy radzieckich? – czeka na cud? Przecież sytuacja jest jasna, jeśli dwóch kandydatów itd. Jacek wie, że partia przyjmie propozycję dwóch – Zygmunta i Reiffa i że nie będzie veta, to i ja wiem na podstawie rozmów z Jackiem, tymczasem Zygmunt tego jeszcze nie jest pewien i stąd zwlekanie.

6 stycznia [1979]

Dzień Trzech Króli, wolna sobota od pracy – jestem w domu. Zygmunt dzwoni do mnie ok. 11.30, że dziś o 9.30 rozmawiał z Kanią, jest nowa sytuacja pomyślna, przyjedzie do mnie o 13.30 i zastanowimy się. Jest u mnie ok. 13

30, przywiózł go kierowca Bolesława – Tadeusz Kulijewicz, który bardzo się opiekował Bolesławem, był niańką obok Bulla, Augustowskiego i Wojciechowskiego Andrzeja – w ostatnich miesiącach a i wcześniej – jak mi mówił „mył Prezesowi nogi”.

Relacjonuje Zygmunt: poprzedniego dnia wieczorem, kiedy leżał już kurując się, zadzwoniono z KC, kiedy może rozmawiać z Kanią, proponowano samochód itd. Umówił się na drugi dzień na 9.30. Sens wynurzeń Kani: b. długi i dobrze o Bolesławie, zapewnia o zaufaniu do Paxu, do Prezydium wybranego przez Bolesława, partia nie chce i nie będzie ingerować, owszem oczekuje na propozycję, może być nawet kilku kandydatów (oczywiście nie 13).

Wtedy Zygmunt: nie chcieliśmy wysuwać kandydatów wcześniej – żeby mieć przesłanki w rozmowie z partią, ale wobec tego, że ta rozmowa ma miejsce, może Zygmunt to przekazać Prezydium i wobec tego zajmiemy wcześniej stanowisko przed rozmową wtorkową z Kanią. Na to Kania wyraża zgodę, tak będzie lepiej. W toku rozmowy Zygmunt pyta: może się zdarzyć, że mnie ktoś zgłosi na przewodniczącego; wobec tego chciałbym wiedzieć, czy nie będzie sprzeciwu – veta partii. Otrzymuje spontaniczną odpowiedź, że skąd obawy, może kandydować itd.

Dlatego Zygmunt jest zbulwersowany, zadowolony, proponuje żeby w poniedziałek na Prezydium wyznaczyć w tajnym głosowaniu nazwiska, przedstawić je partii, później Zarządowi, może wszystko odbędzie się demokratycznie itd. Tu mam sam wątpliwości, ale postanawiamy przegłosować to w poniedziałek. Gadaliśmy długo o innych sprawach, Zygmunt opowiada m.in. o córkach Abrasimowa, m.in. żonie, którą poderwał żyd Beker.

Rozmawiamy o Bolesławie. Mówię, że nie mogę się pogodzić, iż umarł samotnie w szpitalu, do którego nigdy nie chciał iść – choć tylu ma przyjaciół. Rozryczałem się, usunąłem się w kąt pokoju na chwilę – bo nie mogłem się opanować. Podobnie zresztą poprzedniego dnia samotnie płakałem wieczorem rozmyślając nad tym niezwykłym człowiekiem. Zygmunt informuje mnie, że dziś rozmawiał z Kanią, także o Januszu Stefanowiczu ok. 10.00, że na jego powrót czeka, stąd przyjechał do mnie później. Stefanowicz usłyszał to samo i sam powiedział, że nie chce kandydować, rezygnuje. Wieczorem dzwoni do mnie Jacek informuje o tym, o czym ja już wiem, mówi, że odwiedził w domu Stefanowicza, potwierdza jego rezygnację. Ale Jacek po rozmowie z Zygmuntem jest innego zdania: trzeba wysunąć wszystkich wiceprzewodniczących – to jest formuła dla Prezydium, z tym, że Stefanowicz znajdzie się tu tylko honorowo, a później zrezygnuje.

Ja ze swojej strony oponuję, że nie ma powodu, żebym w jakiejkolwiek konstelacji miał głosować za Stefanowiczem, który tylko przez zafałszowanie wyników Walnego Zgromadzenia znalazł się w Zarządzie (słynna afera, Zygmunt polecił dodać głosów Machowskiemu, jako przewodniczącemu Komisji Skrutacyjnej, bez wiedzy Bolesława. Mówił mi o tym Bolesław). Ale w zasadzie zgadzam się, że trzeba dążyć do prawdy, tzn. do dwóch kandydatów – Reiffa i Zygmunta, co odzwierciedla układ w Zarządzie i całej organizacji.

Józef Wójcik

Myśl Polska, nr 3-4 (15-22.01.2017)
Fot. Archiwum Rodziny Piaseckich
http://www.mysl-polska.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s