O upadku Gierka

 

Pozycja Edwarda Gierka słabnie. 23 września 1976 roku powstaje Komitet Obrony Robotników – pierwsza jawna organizacja, która stawia sobie za cel walkę o prawa człowieka pod komunistyczną władzą.
Cztery lata później jest już bardzo źle. Przeciwnicy Gierka w partii czują, że to moment, by sięgnąć po władzę. Uderzają w premiera Piotra Jaroszewicza. W lutym 1980 roku na VIII Zjeździe PZPR sekretarze wojewódzcy oznajmiają Gierkowi, że nie są w stanie zagwarantować, że premier zostanie wybrany w skład Komitetu Centralnego PZPR (powinien zebrać ponad połowę głosów). Gierek wypracowuje kompromis: sekretarze wybiorą Jaroszewicza do KC, ale nie zostanie on członkiem Biura Politycznego. Oznacza to jedno: Jaroszewicz nie może dłużej przewodzić Radzie Ministrów. Nowym premierem ma zostać generał Wojciech Jaruzelski, ale odrzuca ofertę. Proponuje Zdzisława Grudnia, ale Gierek nie chce o tym słyszeć. Premierem zostaje więc Edward Babiuch. Sparaliżowany nową pozycją, stremowany, nieskuteczny, ciągnie Gierka w przepaść. Gospodarka ledwo dyszy. Eksport towarów (trzeba zdobywać dewizy, by spłacać długi) ogołaca sklepowe półki, za wysokimi płacami nie nadąża wydajność pracy. Wszystko na kartki. Stanisław Kania, członek Biura Politycznego KC PZPR, czeka na moment, by przejąć władzę. Pod koniec lipca 1980 roku Gierek jedzie z rodziną na Krym. W książce Janusza Rolickiego „Edward Gierek. Życie i narodziny legendy” Piotr Kostikow, szef sektora polskiego w KC KPZR, opisuje ich spotkanie na lotnisku w Symferopolu.
– Piotr, jestem strasznie zmęczony – zaczyna Edward. Kostikow zauważa zmarszczki, sińce pod oczami, bladą skórę, przygarbioną sylwetkę. Gierek mówi powoli, waży słowa, widać, że jest kłębkiem nerwów, spięty i zdekoncentrowany. Rozklejony, postarzały człowiek. Traci pewność siebie i to jest groźne, myśli Kostikow.
Edward Gierek jakby nie widział intryg towarzyszy z KC. Nie dopuszcza myśli o zdradzie, więc szef polskiej sekcji przy KC KPZR rozmawia z Adamem Gierkiem. Wypływają daleko w morze, odpoczywają, trzymając się boi. Kostikow pyta: – Adamie, czy zdajesz sobie sprawę, że Kania będzie coraz bardziej zdecydowanie zmierzał do obalenia ojca?
Adam długo milczy, wreszcie odpowiada: – Jestem o tym przekonany, ale ojciec, niestety, uwierzył, że nikt go nie ruszy.
Kiedy na Wybrzeżu wybuchają strajki, Gierek z rodziną wraca z Krymu do kraju. Chce jechać do stoczniowców, ale Kania odradza. Robi wszystko, by 15 sierpnia o godz. 20 przemówienie do narodu wygłosił premier Babiuch. To katastrofa, bo Babiuch zacina się co chwilę. Dukając i stękając, prosi Polaków o jedność w trudnym momencie. Mówi, że Polski nie stać na podwyżki płac. Przemówienie fatalne. Strajkujący stoczniowcy gwiżdżą. Kania zaciera ręce. Staje na czele nieformalnego sztabu antykryzysowego. W odróżnieniu od załamanego Gierka tryska energią. 23 sierpnia dochodzi do przewrotu. Wszyscy członkowie Biura Politycznego i Sekretariatu KC PZPR mają złożyć na ręce Gierka dymisje. Ten ruch ma mu rozwiązać ręce, żeby mógł wybrać sobie ludzi, z pomocą których opanuje sytuację. Gierek wybiera nowe władze partii, całkowicie powolne Kani. I sekretarz ma poczucie, że wszyscy go opuścili. Nie wytrzymuje napięcia. Z objawami zawału trafia do szpitala w Aninie.
Biuro Polityczne 5 września decyduje o odwołaniu Edwarda Gierka z funkcji I sekretarza KC PZPR. Jego miejsce zajmuje Stanisław Kania.
Leonid Breżniew przysyła Gierkowi najserdeczniejsze życzenia powrotu do zdrowia.

Strajki w Gdańsku. Wicepremier Tadeusz Pyka zostaje wyznaczony przez partię do rozwiązania kryzysu. 19 sierpnia 1980 roku rozpoczyna negocjacje ze strajkującymi robotnikami. Odnosi sukces. Wojciech Giełżyński i Lech Stefański, dziennikarze „Polityki”, relacjonują, że oczarował delegatów: „Panowie, ja tu przyjechałem nie dlatego, że mi kazano, ale na ochotnika, bo lubię Gdańsk. Zależy mi na tym, żeby sprawę rozwiązać jak należy, bo mnie boli, że doszło do strajków, do konfliktu. Chcę wszystko załatwić, i to szybko, ale będę siedział tak długo, póki nie załatwię wszystkiego do końca, choćby do grudnia albo do przyszłego roku”. Po przeczytaniu postulatów strajkujących Pyka ocenia, że wszystkie są „w zasadzie do załatwienia”.
– Chcecie trzyletnich urlopów macierzyńskich? A może lepiej wybudować więcej żłobków? Policzymy, co wypadnie taniej – mówi. Robotnicy uszczęśliwieni. Do kolejnej tury rozmów ma dojść późnym wieczorem. Delegaci obiecują rozesłać wiadomość o efektach porannego spotkania do innych zakładów i namówić je do udziału w rozmowach z wicepremierem. Wieczorem na negocjacje z Pyką stawia się 16 delegacji. Pyka rozpoczyna od propozycji, że skoro wszystko jest do załatwienia, to należy przerwać strajk i dopiero potem omówić szczegóły.
Delegatom rzedną miny.
Pyka tłumaczy: – Wy nie wiecie, kto ja jestem. W Warszawie by wam powiedzieli, że Pyka to taka kosa, że jak się weźmie, wszystko załatwi. Mam upoważnienie od najwyższych władz.
Obiecuje.
W sprawie mieszkań: – Ja wiem, że u was, w Gdańsku, jest szczególnie ciężka sytuacja mieszkaniowa, że 120 tys. ludzi czeka na mieszkania. Dobrze, damy wam dwie fabryki domów. Jedną normalną, na wielką płytę, a drugą francuską, na domki jednorodzinne, bardzo ładne domki. To was urządza?
W sprawie mięsa: – No tak, wiem, że u was jest źle. No, ale jest już decyzja o imporcie 60 tys. ton. Załatwione.
I wolnych sobót: – Oczywiście. Nie ma sprawy. Będą. W sytuacji, gdy zaopatrzenia, surowców, energii brakuje, to będzie nawet gospodarczo korzystne.
Do godz. 6 rano Pyka załatwia po kolei wszystkie postulaty robotników. Na końcu porozumienia dopisuje zdanie: „Niniejsze porozumienie zostanie przedstawione do zatwierdzenia Radzie Ministrów”.
Delegaci strajkujących zakładów czują się oszukani. Nie przerwą strajku. Pyka wysyła projekt porozumienia do Warszawy. Z 12 uzgodnionych punków rząd akceptuje trzy: o fabrykach domów, o imporcie mięsa i że komitety mogą działać po zakończeniu strajku. Pyka próbuje ratować sytuację: – Ja jestem wicepremier, profesor, ja od 20 lat współpracuję z Gierkiem, jestem z nim bardzo blisko. Czytaliście moją książkę o reformie gospodarczej, podobnej jak na Węgrzech, tylko znacznie lepszej? Ach, nie mogliście czytać, bo ona wyszła w nakładzie 1200 egzemplarzy, a w Polsce tak jest, że masowo wydaje się różne bzdury, a dobre książki są nie do kupienia.
Robotnicy nie chcą już z nim rozmawiać. Partia każe Pyce natychmiast wracać do Warszawy. Następnego dnia wylatuje z rządu.

O Zdzisławie Grudniu

Zdzisław Grudzień. Jedni za plecami nazywają go „Pięknym Lolo” (niemal z ekstazą oglądał swoje wystąpienia w telewizji i godzinami przeglądał zdjęcia, które miały się ukazać w prasie). Inni, z niemiecka, mówią o nim po prostu „Dezember”.
Nienawidził Ślązaków, siebie uwielbiał, skrzętnie ukrywał brak palca wskazującego w lewej dłoni, starał się przewyższyć Edwarda Gierka i poniżyć wojewodę Jerzego Ziętka. Nic, co popierał Ziętek i jego ludzie, nie mogło zyskać poparcia Grudnia. „Jorg” (tzn. Ziętek) próbował najpierw ignorować „Dezembra”.
– Synek, dej se pokój – próbował przemawiać mu do rozsądku, co jeszcze bardziej denerwowało Grudnia.
Schorowany wojewoda Ziętek w 1975 roku złożył urząd i przeszedł na emeryturę. Grudnia drażnił już tylko Edward Gierek.
Michał Smolorz w swoim „Cysorzu” – opowieści o karierze Zdzisława Grudnia – maluje scenkę:
– Czy nie uważasz, nieprawdaż, że ten cały Spodek kojarzy się ludziom w Polsce, szczerze i uczciwie mówiąc, tylko z, eee, towarzyszem Gierkiem? – zwierza się Grudzień jednemu ze swoich współpracowników. – Przecież mnie nie wypada, nieprawdaż, abym, ten tego, organizował tam spotkania, bo zaraz, ten tego, mówią, nieprawdaż, że żyję w cieniu Edka. Mamy wprawdzie, nieprawdaż, tę swoją Międzywojewódzką Szkołę Partyjną, ale tamtejsza sala, jest, eee, za mała, aby organizować w niej, tak szczerze i uczciwie mówiąc, masowe spotkania ze mną. Trzeba by wybudować jakiś nowy obiekt, który byłby, ten tego, odpowiedni dla naszych potrzeb.
– Towarzyszu sekretarzu, ale pamiętajcie, że z inwestycjami jest krucho. Środowiska twórcze od dawna postulują budowę nowego teatru, opery, filharmonii. Nie ma sali dla orkiestry radiowej, no i te wielkie zaległości w budownictwie mieszkaniowym…
Grudzień zniecierpliwiony: – Z tymi teatrami to oni niech nie podskakują. Rozmawiałem, ten tego, z dyrektorem filharmonii i on mi powiedział, nieprawdaż, że jest bardzo szczęśliwy w dotychczasowej siedzibie. Dla radiowej orkiestry też nie trzeba nic budować, bo oni mają
przede wszystkim, nieprawdaż, nagrywać w studiu radiowym.
A po co tutaj, szczerze i uczciwie mówiąc, nowy teatr? Przecież, ten tego, stoi na rynku Wyspiański i dyrektor też mi powiedział, że jest, ten tego, zadowolony. Kin mamy dosyć, żeśmy, ten tego, i tak kilka zlikwidowali, bo były nieopłacalne.
– A środki finansowe na budowę hali? Przecież Warszawa nie da.
– Jakoś musimy, nieprawdaż, znaleźć.

Nowa sala widowiskowa, w której towarzysz Grudzień mógłby przemawiać do aktywu partyjnego województwa katowickiego, ma wyrosnąć w centrum Katowic, tuż obok gmachu komitetu wojewódzkiego, żeby towarzysz Grudzień mógł wchodzić na „prezydium” niemal wprost ze swojego gabinetu. Pieniądze, nieprawdaż, znalazły się szybko – na budowie Huty Katowice, w Narodowym Funduszu Ochrony Zdrowia oraz w kasie Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku. Inne budowy tracą priorytet. Roboty toczą się w szalonym tempie. W ciągu kilku dni w centrum miasta znika cały kwartał kamienic. Cenzura pilnuje, żeby nie ukazała się nawet wzmianka o budowie. Ale tajemnicy nie udaje się utrzymać. Grudzień każe każdemu z członków partii, a jest ich w województwie około 300 tys., wpłacić dziesięć procent od zarobków
na rzecz budowy jego sali widowiskowej. Wielu towarzyszy się buntuje.Do Warszawy płyną listy ze skargami i donosami.

Edward Gierek przyjeżdża z niezapowiedzianą wizytą do Katowic. W gabinecie Grudnia wybucha piekielna awantura, po której obydwaj sekretarze lądują w szpitalach – Grudzień w faworyzowanym przez siebie Ochojcu, Gierek – na ukochanej Ligocie.

Budowy sali widowiskowej w centrum Katowic nie można już zatrzymać. 3 grudnia 1979 roku Zdzisław Grudzień po raz pierwszy przyjmuje w nowym gmachu delegatów Wojewódzkiej Konferencji Sprawozdawczo-Wyborczej PZPR. Wchodzą na mokry jeszcze beton przykryty wykładzinami. Oficjalna nazwa – Centrum Doskonalenia
Kadr Kierowniczych i Specjalistycznych – nigdy się nie przyjęła. Ludzie od początku wolą mówić: „Dezember Palast”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s