Trzysta lat od sejmu niemego. Trzy wieki niewolniczego myślenia o Polsce.

Chociaż z perspektywy dynamicznej oraz pełnej zwrotów i dramatów historii Polski wieków XVIII-XX sejm niemy uznać można jedynie za incydent, to jednak rok 1717 z całą pewnością był przełomowy.

Właśnie wtedy myślenie o Polsce jako o „służebnicy cudzej” zatryumfowało w rodzimych umysłach a wewnętrzny spór okazał się ważniejszy niż niepodległość państwa.

Początki XVIII stulecia w Rzeczypospolitej to okres bardzo dziwny. Wiek XVII zakończył się kolizją litewską, czyli de facto wojną domową w jednej spośród części składowych państwa.

Z kolei w początek nowego stulecia wkraczaliśmy z toczoną na naszym terytorium wielką wojną o zasięgu europejskim. Pod panowanie Szwedów wpadały kolejne polskie miasta. Skandynawski najeźdźca miał w naszym kraju swojego pretendenta do tronu i własne zaplecze polityczne, mimo iż przez kilka lat formalnie udział w wojnie brała nie Rzeczpospolita, a Saksonia, skąd pochodził król August II.

W państwie w końcu doszło na tej niwie do wojny domowej między stronnikami Sasa a zwolennikami lgnącego ku Szwecji Stanisława Leszczyńskiego (obranego nawet królem). Tymczasem zawierając sojusz z Rosją monarcha rodem z Niemiec wciągnął nas na krótki okres do wojny.

Zawierucha nie tylko podkopała i tak krwawiącą narodową jedność oraz monarszy autorytet, ale również miała fatalne skutki gospodarcze i społeczne – pleniąca się zaraza dziesiątkowała Rzeczpospolitą. Na wielkiej wojnie północnej, w której nasz udział był incydentalny, straciliśmy bodaj najwięcej spośród wszystkich uczestników.

Zanim główni rozgrywający zawarli w roku 1721 pokój w Nystad – kończący erę szwedzkiej świetności i umożliwiający Rosji niebywały wcześniej awans – zamieszanie w Polsce doprowadziło do kilku przełomowych momentów. Ich znaczenie wykracza poza wiek XVIII.

Mediator z Petersburga

Nastroje antykrólewskie oraz klęski nieurodzaju spowodowały napięcia między Augustem II a szlachtą. Naród polityczny szybko przystąpił do antysaskiej samoorganizacji. Przerodziła się ona w roku 1715 w konfederację tarnogrodzką przeciw monarsze oraz jego znienawidzonym saskim oddziałom przebywającym na terytorium Rzeczpospolitej i stosującym niemalże okupacyjne praktyki aprowizacyjne.

W końcu mediatorem w sporze o znamionach wojny domowej został – za zgodą zarówno szlachty jak i króla – rosyjski car Piotr I Wielki. Na terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego wkroczyły moskiewskie oddziały. Mediację carskiego posła zatwierdził jednodniowy Sejm Rzeczpospolitej z 1 lutego roku 1717. Przeszedł on do historii jako sejm niemy.

Na owo miano zapracował panującym na nim swoistym milczeniem. W obawie przed zerwaniem (poprzez mechanizm liberum veto) posiedzenia, które miało zatwierdzić rozejm między Augustem II a szlachtą, nie mógł zabierać głosu nikt poza będącym istotną stroną w sporze marszałkiem sejmu Stanisławem Ledóchowskim (wcześniejszym marszałkiem konfederacji tarnogrodzkiej) oraz wybranymi do odczytywania uchwał posłami.

Mediacja obcego władcy w wewnętrznym polskim sporze i uciekanie się stron konfliktu do zagranicznego ośrodka, radykalnie umniejszyły międzynarodową pozycję Rzeczpospolitej. Natychmiastowo sprowadziły nas do pozycji rosyjskiego protektoratu, co zresztą utrwaliły przeprowadzone na linii Prusy-Rosja późniejsze zakulisowe ustalenia dotyczące gwarancji dla polskiego ustroju.

Oto obcy umówili się, że Polacy bez ich zgody nie zmienią niczego w swoim systemie politycznym. Dalej było już tylko gorzej, zarówno pod względem politycznym jak i mentalnym. Kolejne pokolenia traktowały odwoływanie się w naszych wewnętrznych sporach do obcych jako rzecz naturalną. Tak jest do teraz.

Wraz z sejmem niemym rozpoczęła się haniebna epoka politycznego podporządkowania Rzeczypospolitej budowanemu właśnie Imperium Rosyjskiemu. Kolejne elekcje, wbrew nazwie, nie były już wolne, a warunki i wyniki dyktowały Polakom i Litwinom moskiewskie oddziały posłuszne carom oraz carskim ambasadorom. W ten sposób wybrano na króla Polski w roku 1733 syna Augusta II Mocnego – Augusta III Sasa, a w roku 1764 Stanisława Augusta Poniatowskiego, niegdysiejszego kochanka wszechwładnej carycy Katarzyny II.

Trzy rozbiory były w pewnym sensie efektem chęci podzielenia się przez Rosjan władzą nad Rzeczpospolitą, która to podejmując pewne reformy stawała się zbyt trudnym terenem do zarządzania przez tylko jeden ośrodek nadzorczy. Natomiast działające w kraju u schyłku wieku XVIII grupy polityczne, niezależnie od ich stosunku do ustroju państwa, niezwykle chętnie szukały możnego protektora na obcych dworach. Nawet walczący o odrzucenie rosyjskiej dominacji barszczanie spoglądali z nadzieją w kierunku osmańskiej Turcji.

Fatalne geopolityczne położenie sprawy polskiej w wieku XIX niejako w sposób naturalny umocniło tendencję do oglądania się w naszych narodowych dążeniach na innych graczy, co zresztą nie zawsze było kwestią wyboru. Obce interesy wpływały na decyzje o rozpoczęciu powstań a insurekcyjne rządy sporo uwagi poświęcały zdobyciu międzynarodowego uznania. Także w okresach względnej stabilizacji różne stronnictwa, chcąc uzyskać, zachować lub umocnić swoje wpływy, musiały splatać swoje dążenia z interesami zaborczych dworów.

Uzależnienie od siły lub słabości obcych doprowadziło w końcu do wykrystalizowania się prostej prawdy: Polska tylko wtedy odzyska niepodległość, gdy zaborcy staną ze sobą do walki. Taka sytuacja nastąpiła dopiero w roku 1914 a naród w spoglądaniu na ośrodki zagraniczne podzielił się na ufających w państwa centralne oraz liczących na wsparcie Ententy.

Nagła wolta i papierowi sojusznicy

Wtedy, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, spoglądanie na innych okazało się działaniem trafnym. Zgoła inaczej było jednak 21 lat po zakończeniu I wojny światowej, gdy od zachodniego wsparcia, a nie własnych narodowych sił, uzależniliśmy naszą państwową bytowość.

Nagły geopolityczny zwrot sanacyjnej dyplomacji z kursu proniemieckiego na antyniemiecki odbył się zresztą nie bez wpływu czynnika wewnętrznego. W roku 1939 alianci zawiedli a my najpierw wykrwawiliśmy się na wszystkich frontach II wojny światowej, a potem – kolejny raz – wpadliśmy na długie dekady pod panowanie wschodniego sąsiada, tym razem działającego pod czerwonym, a nie carsko-imperialnym sztandarem.

Niczego nie nauczyły nas przemiany wewnętrzne oraz międzynarodowe z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. Polskie „elity”, zarówno polityczne jak i kulturowe, od razu po uzyskaniu faktycznej (lub często wyłącznie formalnej) swobody, od razu poczęły szukać kolejnego protektora, zamiast myśleć o umacnianiu i upodmiotowieniu Ojczyzny. Wyborowi takiej drogi sprzyjał oczywiście głód kapitału, którego nie można było zastąpić patriotycznym frazesem o niepodległości.

Niemniej jednak każdy, kto wspominał o budowie własnego potencjału w miejsce proponowanego nam podczepiania się pod międzynarodowy rydwan „końca historii”, nie mógł odnaleźć się w głównym nurcie polskiej polityki i zostawał, niemal urzędowo, uznany za szaleńca.

Służalcy z przyzwyczajenia

Ostatnim, najświeższym akordem zapoczątkowanego w roku 1717 służalczo-niewolniczego myślenia o Polsce, jest ogólnonarodowy i wręcz zadekretowany entuzjazm z powodu przyjazdu nas Wisłę garstki amerykańskich żołnierzy, którzy w żaden sposób nie zwiększają naszego bezpieczeństwa. Jednak ponowna obecność w Polsce zagranicznych sił zbrojnych w sposób symboliczny stawia nas na pozycji lennika USA, co rządzący próbują zresztą ukazać jako największy sukces polityki zagranicznej Rzeczpospolitej od czasu wejścia do NATO.

Nie lepsza od sprawców amerykańskiej obecności militarnej w naszym kraju, czyli rządzących, jest liberalna opozycja. Co ciekawe, jeden z jej czołowych przedstawicieli próbował swego czasu w swojej „błyskotliwej” wypowiedzi nawiązać do sejmu niemego. Niestety, lotny umysł ekonomisty o niewątpliwym historycznym zacięciu pomylił go z sejmem głuchym, o którym to podręczniki historii głucho milczą.

Oprócz słownych przytyków zamieniających się często we wpadki, wrogowie PiS-u, nie potrafiąc realnie zagrozić władzy, uciekają się do najpodlejszych form donosów i denuncjacji własnej Ojczyzny u międzynarodowych macherów, gotowych – w interesie własnym, nie naszym – do podjęcia rozmaitych, krzywdzących nas ruchów.

Zapoczątkowany przez XVIII-wiecznych polskich polityków zwyczaj donoszenia na swoich do obcych, oczekiwanie od międzynarodowych ośrodków interwencji w nasze wewnętrzne sprawy, obcy wkład w naszą politykę oraz niezdolność elit i „elit” do podmiotowego myślenia o relacjach Polski i zagranicy, trwa w najlepsze. Co więcej, zgubny trend wcale nie zamiera, a kolejne pokolenia polityków zdają się brnąć w niego coraz głębiej.

Trzy wieki fatalnego sposobu myślenia o Ojczyźnie są głęboką raną i trudno się łudzić, że zabliźni się ona w kilka lat. Trzeba jednak kiedyś rozpocząć narodowy proces leczniczy, gdyż bez niego na zawsze pozostaniemy jedynie pionkiem na szachownicy wielkich mocarstw.

Michał Wałach
http://www.pch24.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s