Hitleryzm nie był fenomenem

K. Piechowski, Niemcy i my, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2008

Książka Kazimierza Piechowskiego My i Niemcy i my w największej części poświęcona jest Trzeciej Rzeszy, jej celom i bezwzględnym metodom ich realizacji. Wbrew coraz powszechniejszemu poglądowi autor stwierdza, że ani ustrój wybrany przez Niemców w latach trzydziestych, ani dokonane przez nich zbrodnie nie stanowią żadnego paradoksu.

Druga wojna światowa nie była pierwszą, lecz kolejną próbą gigantycznego podboju. Nie była też dziełem grupki polityków, lecz urzeczywistnieniem pragnień milionów.

Dojście do władzy Hitlera i wprowadzenie w życie planu unicestwienia całych narodów coraz częściej interpretuje się jako coś w rodzaju „uwiedzenia” niemieckiego społeczeństwa przez wąską elitę cynicznych manipulatorów.

Dla tej arcywygodnej dla Niemców tezy, zarazem rozgrzeszającej i otwierającej nowe perspektywy polityczne, skutecznie wykreowane zostało pojęcie naziści. Jego upowszechnienie i zakorzenienie w świadomości Europejczyków czy Amerykanów jest już tak wielkie, że niektórzy obcokrajowcy, zwiedzający Muzeum Powstania Warszawskiego, dopytują się, a nawet protestują: Dlaczego o autorach zbrodni mówi się Niemcy? Przecież to byli naziści!

Podobne głosy wzbudziła propozycja, by do nazwy Były Hitlerowski Obóz Zagłady Auschwitz dodać słowo Niemiecki. Modyfikacja taka wzbudziła zaciekły opór w Parlamencie Europejskim, zza Odry napłynęła fala oburzenia przeciw takiemu „piętnowaniu”.

Rozumieć więc należy, że rozpowszechnione określenie polskie obozy koncentracyjne było i jest ze wszech miar w porządku. Przekonanie, że kilkadziesiąt milionów zabitych to dzieło jedynie nielicznych, których dojście do władzy było wyjątkiem potwierdzającym regułę, jest więc już widać mocno ugruntowane.

Według Piechowskiego, hitleryzm nie był ani przypadkiem, ani dziełem niewielkiej części narodu niemieckiego. Za wojną i eksploatacją krajów okupowanych opowiadała się większość obywateli Trzeciej Rzeszy. Także skala dokonanych zbrodni wyklucza ich zinterpretowanie jako dzieło wąskiej grupy.

Gigantyczna machina eksterminacji obsługiwana była przez rzesze zabijających z ochotą i przekonaniem. Tysiące spalonych wiosek, masowych egzekucji, bombardowanych i ostrzeliwanych obiektów cywilnych nie mogły być dziełem żadnej wąskiej grupy. Były stosowaną powszechnie, zaakceptowaną przez służących w Wehrmachcie normą.

Piechowski zadaje kłam frazesom wypełniającym niemieckie podręczniki, wedle których obywatele Niemiec nie wiedzieli o dokonywanych zbrodniach. Większość niemieckich rodzin w latach 1939-44 otrzymywała od swoich bliskich, służących w wojsku, paczki wypełnione wartościowymi przedmiotami, zrabowanymi na terytoriach okupowanych. W milionach gospodarstw rolnych i wszelkiego rodzaju zakładach pracy eksploatowano niewolniczą siłę roboczą.

Do powszechnej świadomości mogły nie przedrzeć się np. informacje o medycznych eksperymentach na ludziach czy innych wyjątkowo zwyrodniałych praktykach obozów zagłady. Nie są jednak godne wiary żadne ględzenia w rodzaju „myśmy nie wiedzieli o masowych zbrodniach”.

Jeśli Niemcy o nich nie wiedzieli, to tylko i wyłącznie z tej przyczyny, że wiedzieć nie chcieli. Nie obchodziło ich to, co się stało z poprzednimi właścicielami ich nowych mebli, dzieł sztuki, biżuterii, futer czy domów, do których wprowadzali się w Poznaniu, Gdyni i setkach innych miejsc.

Autor książki wymienia m.in. nazwy firm, ubiegających się o intratne zamówienia na komory gazowe, krematoria i inne narzędzia mordu. Z pseudomedycznych eksperymentów na wielką skalę, korzystały fabryki farmaceutyczne, do dziś kwitnące w RFN.

Ważnym wątkiem, zawartym w My i Niemcy, jest Generalplan Ost. Ten zapominany dzisiaj program, przygotowywany m.in. na Uniwersytecie Berlińskim głównie z myślą o nas, przewidywał niemal całkowitą likwidację narodu polskiego. Wdrożony częściowo miał po zwycięstwie nad Sowietami przynieść eksterminację wszystkich wykształconych Polaków. Pozostali mieli być rozproszeni po obozach pracy na Syberii. W Europie Środkowej pozostać nas miało kilkaset tysięcy, przeznaczonych wyłącznie do usługiwania „rasie panów”.

Książce Piechowskiego być może dałoby się zarzucić pewną ilość nadmiernych uogólnień i uproszczeń. Miewaliśmy przecież w Niemcach także sprzymierzeńców i przyjaciół. Z zasadniczymi myślami tego dzieła trzeba się jednak zgodzić: mamy dziś za Odrą do czynienia nie tylko z relatywizowaniem, ale i z fałszowaniem historii. Nie na poziomie incydentów, lecz w głównym nurcie publicystycznych wypowiedzi i w podręcznikach szkolnych.

Nie byłoby większym problemem, gdyby rzecz szła jedynie o „zdjęcie odium” z niemieckiej przeszłości. Jej zakłamywanie służy jednak konkretnym celom. Polska zrzeka się dziś na rzecz struktur „europejskich” kolejnych atrybutów swej suwerenności. Własność wielu jej obywateli jest dziś kwestionowana, a rozstrzygać o niej mają „ponadnarodowe” sądy. Wiemy już, że przynajmniej w dużej części składają się one z historycznych ignorantów [raczej złodziei i kanalii – admin]. Zwycięstwo wersji przeszłości wylansowanej przez potomków oprawców może mieć fatalne skutki.

05 kwiecień 2010 21:08
Napisane przez Artur Adamski
http://www.opcjanaprawo.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s