„Janusze biznesu” szczerze o imigracji do Polski

„Z obfitości serca usta mówią” jak głosi Pismo Święte, a potwierdzenie tych słów można znaleźć w artykule opublikowanym dzisiaj przez dziennik „Rzeczpospolita”.

Przedstawiciele lobby przedsiębiorców oraz agencji zatrudnienia obawiają się w nim nie tylko otwarcia niemieckiego rynku pracy na Ukraińców, ale przedstawiają prawdziwe powody dla ściągania do naszego kraju imigrantów.

Zaprzeczają przy tym swojej dotychczasowej propagandzie, ponieważ przyznają, iż obcokrajowcy mają hamować wzrost wynagrodzeń, a sami oferują beznadziejne warunki pracy.

Artykuł pod wszystko mówiącym tytułem „Zły sen polskich pracodawców. Widmo odpływu Ukraińców” ma przy tym niezwykle ciekawą budowę.

Zaczyna się on bowiem od przytaczania wypowiedzi szefa ukraińskiego banku centralnego oraz tamtejszego eksperta od rynku pracy, którzy twierdzą, iż emigracja zarobkowa wpływa negatywnie na gospodarkę naszych wschodnich sąsiadów. Z powodu niezwykle niskich wynagrodzeń (przeciętna płaca na Ukrainie to około tysiąc złotych miesięcznie) Ukraińcy emigrują więc do Unii Europejskiej, a z tego powodu populacja naszego wschodniego sąsiada spadnie z obecnych 44,2 mln do 36,4 mln w 2050 roku. [A niech spada i do zera – admin]

Co negatywnie odbija się na ukraińskiej gospodarce, ma być z kolei zjawiskiem pozytywnym dla rynku polskiego. Imigranci zza naszej wschodniej granicy są więc wsparciem dla naszego rynku pracy, lecz już niedługo może się to skończyć. Już w przyszłym roku swoje granice dla Ukraińców mają więc otworzyć Niemcy, zaś według badań agencji zatrudnienia Work Service, chce tam wyjechać z Polski nawet 59 proc. Ukraińców.

Kolejna z podobnych instytucji, czyli Personnel Service, alarmuje więc, że z tego powodu w kilka miesięcy liczba wakatów zwiększy się z obecnych 165 tysięcy do blisko pół miliona.

To miałoby zaś „negatywnie odbić się na wzroście gospodarczym” oraz „wywołałoby też gigantyczną presję płacową i przełożyło się na spadek konkurencyjności naszych firm”. Dodatkowo lobby „januszy biznesu” przestało nawet ukrywać, że oferowane przez nie warunki pracy są tak beznadziejne, iż Ukraińcy są nam „podbierani” przez Czechów, Słowaków oraz Węgrów.

Powoli polscy przedsiębiorcy dochodzą do szokujących wniosków – zatrzymanie Ukraińców w naszym kraju ma być bowiem możliwe przez zaskakujący manewr w postaci „podwyższenia stawek”.

Jednocześnie tekst z „Rzeczpospolitej”, będącej jedną z głównych tub propagandowych „januszy biznesu”, przygotowuje grunt pod przybycie kolejnej fali imigrantów. Szef Personnel Service twierdzi bowiem, iż nasz kraj powinien szerzej otworzyć się na Białorusinów, a docelowo także na Gruzinów, Hindusów, Nepalczyków oraz Bengalczyków. [Jak wiadomo, Hindusi i Nepalczycy łatwiej się asymilują, niż np. Polacy z Kazachstanu – admin]

Na podstawie: rp.pl.
http://autonom.pl/

Andrzej Duda i jego koszerne wizje „kraju Polin”

Zarządcy nadwiślańskiej neokolonii często świętują różne haniebne wydarzenia z wielką pompą. W warszawskim hotelu Bristol odbyła się uroczystość z okazji 70-lecia powstania ambasady syjonistycznego tworu w Polsce.

Otwarta 29 września 1948 r. placówka była pierwszą na świecie ambasadą tego kraju po zagarnięciu ziemi Palestyńczyków niecałe pięć miesięcy wcześniej.

Początkowo ambasador Israel Barzilaj urzędował właśnie w apartamencie na drugim piętrze hotelu Bristol. Wtorkowa uroczystość rozpoczęła się od rekonstrukcji sceny sprzed 70 lat, gdy na balkonie zawieszono izraelską flagę. Z tej okazji specjalny list do uczestników wydarzenia skierował (p)rezydent III RP Andrzej Duda. Czytamy w nim m.in.:

W opowieści tej istotne miejsce zajmuje także wątek wielowiekowego, zgodnego [sic! – admin] współistnienia Polaków i Żydów. Było ono możliwe, ponieważ w Polsce wszelkie dążenia do swobody oraz przywiązanie do własnych tradycji kulturalnych i religijnych otaczano zawsze szacunkiem i zrozumieniem. Tak było również z rozwijającym się w naszym kraju ruchem syjonistycznym, z naszymi współobywatelami, którzy w każde święto Pesach pozdrawiali się słowami „do zobaczenia za rok w Jerozolimie”.

Także dlatego generał Władysław Anders nie stawiał przeszkód swoim żydowskim podkomendnym, którzy zdecydowali się pozostać w Palestynie, aby walczyć o wolne państwo żydowskie [czyli dokonali normalnej dezercji – admin].

Z tych samych przyczyn z ziem Rzeczypospolitej, z kraju Polin, z ojczyzny romantycznych, lecz nieugiętych bojowników o wolność, pochodziło tak wielu pierwszych obywateli Państwa Izrael – w tym postacie tej miary, co Dawid Ben Gurion, Golda Meir, Icchak Szamir czy Szimon Peres – a język polski często rozbrzmiewał w izraelskich domach i instytucjach publicznych.

Znowu wynoszenie na piedestał idiotycznej polskiej „tolerancji”, która wielokrotnie doprowadzała nas do zguby. Znowu bredzenie do jakimś zgodnym współistnieniu, które najlepiej można było zaobserwować w okresie zaborów, a później w 1920 i 1939 roku.

Syjonizm jest rakiem na ciele ludzkości i musi być zwalczany przez europejskich nacjonalistów tak samo jak lobby szabesgojów.

Na podstawie: wp.pl/nacjonalista.pl
http://www.nacjonalista.pl

Czardasz z mangalicą czyli Festiwal Mangalicy

http://mangalicafesztival.hu/

Od 2008 roku w Budapeszcie w pierwszy piątek, sobotę i niedzielę lutego odbywa się jedna z największych światowych imprez kulinarnych – Festiwal Mangalicy, na którym można m.in. obejrzeć najpiękniejsze okazy bardzo wdzięcznych, włochatych prosiąt, które słyną na świecie z bardzo dobrego mięsa, względnie przy dźwiękach czardasza dokonać degustacji dań, w których głównym składnikiem jest mięso ze świń tego gatunku. Jest to festiwal, który łączy w sobie muzykę, rozrywkę, sztukę oraz degustację potraw przygotowanych z produktów pochodzących z rolnictwa ekologicznego.

Pierwsze Festiwale Mangalicy organizowano w lasku miejskim (Városliget) obok Muzeum Rolnictwa i pomnika Tysiąclecia w dwumilionowej stolicy Węgier. Ze względu na duże zainteresowanie tą imprezą przez turystów zagranicznych oraz ogromne tłumy i brak miejsca na stoiska wielu drobnych producentów rolnych – od roku 2012 Festiwal Mangalicy przeniesiono do samego centrum Budapesztu na bardzo duży plac Szabadság tér obok Ambasady Stanów Zjednoczonych. Produkty dostępne na tym popularnym bazarze produktów rolniczych to tradycyjne węgierskie produkty mięsne wykonane ze świń mangalica oraz niezliczona ilość wina. Bazar pozwala drobnym producentom rolnym i winiarzom na bezpośredni dostęp do klienta, do którego zwykle nie są w stanie dotrzeć, a także działa jako świetne narzędzie promocji dla węgierskich produktów. Ze względu na bardzo wielkie zainteresowanie tym festiwalem przez samych Węgrów organizowane są jednocześnie z powodzeniem Festiwale Mangalicy w dużych miastach odległych od stolicy: Debreczynh, Székesfehérvár, Szegedyn oraz w Szombathely (miejsce urodzenia św. Marcina patrona właścicieli winnic i narodu francuskiego)

Bogactwo i różnorodność mangalicowych smaków stanowią niepowtarzalną atrakcję kulinarną Węgier, zachęcają setki tysięcy turystów z całego świata do poznawania tajemniczej mangalicy i degustacji wspaniałych win węgierskich. Atmosferę chłodnego lutego rozgrzewają tysiące litrów grzanego wina, pyszne mangalicowe zupy gulaszowe oraz tony pieczonego mięsa, kiełbasek i kaszanek. Degustacje trwają do późnej nocy. Tolerancyjne prawo węgierskie pozwala pić wino niemal wszędzie. W Polsce to wszystko jest nie do pomyślenia. Nie można chodzić po mieście z kieliszkiem wina w ręku, nie można zrobić imprezy na kilkaset tysięcy osób bez awantur i pijaństwa. Pewnie kiedyś to się zmieni. A jak na razie – cóż nam pozostaje? Jechać na Węgry, gdzie w każdym roku organizowane jest setki imprez związanych ze świniobiciem! Węgrzy siedzą rozmawiają, śpiewają, śmieją się oraz piją wino. To widok, który trudno znaleźć gdziekolwiek indziej na świecie. Niewiele osób pije – tak popularne wszędzie – wódkę, koniaki czy piwo. Tu króluje wino: Kadarka, Błękitny Frankończyk i Bycza Krew. Pije się je z dzbanków, kieliszków, a nawet z plastikowych kubków. Ale pije się wino!

Cena 10 dkg dużych chrupiących skwar to wydatek około 6 PLN

Aby odetchnąć trochę od ciężkich tematów cenowych, zajrzyjmy do węgierskiej kuchni. Tym, co się kojarzy z węgierskim smakiem w pierwszej chwili, jest gulasz, salami i skwarki z mangalicy. Niestety nasz język ojczysty płata nam tutaj niezłego figla – gulasz na Węgrzech jest zupełnie czym innym, niż u nas. Tym słowem nasi bratankowie określają gęstą zupę mięsną z dodatkiem ziemniaków i papryki. Jeśli będziemy chcieli zamówić gulasz w naszym rozumieniu – prosimy o pörkölt. Salami ma rodowód włoski, ale na Węgrzech zdobyło popularność i można je dostać w wielu odmianach i na każdym kroku. Węgierskie powiedzenie głosi, że kiedy gospodyni ma ugotować obiad, kładzie na stole paprykę i zastanawia się, co do niej dodać. Niezliczona ilość węgierskich przepisów zawiera paprykę pod rozmaitymi postaciami. Odnajdziemy ją w pörkölt (odpowiednik polskiego gulaszu), wielu odmianach salami, a także doskonałej węgierskiej zupie rybnej (najlepsza, jaką jedzą Węgrzy jest przyrządzona z karpia w czardzie rybackiej w Paks). Węgrzy jedzą wyłącznie ryby słodkowodne z wielu stawów hodowlanych i Balatonu. Dla niektórych dań papryka jest podstawą, jak dla słynnego leczo, które w swojej ortodoksyjnej wersji składa się tylko z papryki, pomidorów i cebuli. Nie wspominając o paprykarzu, którego nazwa mówi już sama za siebie (rozpowszechniony swego czasu w Polsce paprykarz szczeciński nie ma z nim nic wspólnego). Węgrzy nie odkryli papryki, ale pierwsi zaczęli robić z niej sproszkowaną przyprawę. To właśnie ona, w połączeniu z podsmażaną na grubej słoninie cebulą nadaje charakterystyczny smak węgierskiej kuchni. Słonina powinna pochodzić oczywiście z włochatej mangalicy, która jest Węgrom tak droga, że nie tylko objęli ją ochroną, ale organizują liczne imprezy kulinarne, takie jak Festiwal Mangalicy w Budapeszcie.

Obecnie w Polsce świniobicie już nie należy do tradycji polskiej wsi a wino uważane jest przez analfabetów winnych zasiadających w polskim Sejmie za zwykły napój alkoholowy, surogat wódki i dlatego obłożone akcyzą. Tymczasem wino to jest zasadniczy, konstytuujący element cywilizacji i kultury, do której Polska się przyznaje. Jest jednym z najstarszych, wytwarzanych przez człowieka środków spożywczych, elementem sposobu bycia całych narodów, ważnym czynnikiem gospodarczym i ekonomicznym, symbolem religijnym, lekarstwem i sposobem przedłużania życia – a dopiero na końcu, i tylko dla niektórych, środkiem odurzającym, czy napojem alkoholowym dla polskich posłów, którzy chronią rodzimą wódkę przed możliwością, że Polacy zaczną pić do posiłków wino. Dlatego wzdycham i ręce wznoszę do władz ziemskich – wina naszego powszedniego dajcie nam dwa kieliszki dziennie. Niech nam idzie na zdrowie.

Świniobicie po węgiersku

Od początku grudnia do końca lutego najważniejszym świętem w każdej wsi węgierskiej oraz gospodarstwach agroturystycznych jest świniobicie, będące okazją dla winiarzy łatwego upłynnienia znacznych ilości wina, wesołej zabawy oraz wybornej uczty. W okresie tym we wszystkich miejscowościach węgierskich niosą się o brzasku jęki prosiaków. Jednym z elementów wychowania młodego pokolenia jest przekazywanie wiejskiej tradycji i zwyczajów.

Nadchodzi czas przedświątecznego świniobicia przy aktywnym udziale młodzieży

Praca/obrzędy zaczynają się już wieczorem dzień przed właściwym świniobiciem. Jeszcze główna bohaterka – nieznana w Polsce świnka mangalica – niczego nie podejrzewając pogodnie chrząka sobie w chlewiku kiedy uczestniczący w świniobiciu obierają olbrzymie ilości cebuli i czosnku. Przygotowuje się też stoły, drewnianą balię oraz narzędzia do wyrobu kiełbasy i kaszanki. Ważną rolę odgrywa nieużywany obecnie na Węgrzech parnik do gotowania ziemniaków, na którym w wielkim kotle (okrągła 20-30 litrowa miska z uszami) gotuje się wodę, podroby do kaszanek, głowiznę oraz topi się duże kostki słoniny.

Następnego dnia o świcie przed ubojem gospodarz częstuje gości węgierską wódką – palinką. Po uboju mangalicę obkłada się słomą i podpala, aby usunąć z niej szczecinę. Słomę wykorzystuje się dla tradycji, dziś używa się raczej palników. Ale bywa okazja zobaczyć jedną i drugą metodę. W międzyczasie polewa się ją wrzącą wodą, co powoduje tworzenie efektownych kłębów pary i ułatwia szybkie golenie.
Na śniadanie smaży się krew na jasnozłotej cebuli podawanej z pajdą swojskiego chleba w towarzystwie wina podawanego na gorąco w glinianych dzbanach.

Po rozdzieleniu mięsa lepsze kawałki są odkładane, mniej ładne zmielone na kiełbasę, Szynki, golonki oraz połcie boczku są odłożone do wędzenia. Mięso z kością trafia do lodówki, słoninę tnie się na kawałki, a cała reszta trafiła na kilka godzin do kotła z wrzątkiem by po ugotowaniu zostać przerobioną na kaszanki (po węgiersku: hurka). Następnie odbywa się mielenie mięsa na kiełbasę (kolbász), przyprawianie (sól, dużo papryki, czosnek, pieprz) i mieszanie. Wszystko razem umieszcza się w drewnianej balii i całość rozciera. „Zmielone mięso przeciera się bardzo długo, najkrócej pół godziny, a po chwili przerwy na grzane wino oraz ewentualnym dołożeniu przypraw (wszystko jest brane „na smak”) – trzeba rozcierać wszystko jeszcze raz. Mięso przeciera się do chwili, aż będzie odchodziło od ręki. Porcje przygotowanej masy mięsnej umieszcza się w urządzeniu do napełniania kiszek. Otrzymana kiełbasa częściowo przeznaczona jest do wędzenia (salami), częściowo do pieczenia (lodówka).

Kto mieszka w Polsce nie spotka się ze świniobiciem jako wydarzeniem towarzyskim, który jest tutaj radosnym świętem, rytuałem obchodzonym wraz z zaproszonymi gośćmi. Uczestnictwo w tych imprezach jest wspaniałą zabawą, przygodą i dobrą szkołą życia dla młodych.

Na obiad jest tradycyjny rosół na kościach z dużą ilością warzyw, kapusta z pulpetami z mielonego świeżego mięsa, pieczona kiełbasa oraz dzban grzanego węgrzyna.

Po uczcie obiednej i krótkim odpoczynku czeka już ryż i cebulka do produkcji kaszanki węgierskiej (ryżanki bez kaszy). Ugotowane na parniku w kotle kawałki są zmielone, zmieszane w drewnianej balii ze smażoną cebulą i ryżem, oraz przyprawione solą, pieprzem lub majerankiem. Do części z nich dodaje się resztkę krwi i tak obok pysznych wątrobianek powstają też uwielbiane krwawe kiszki. Po napełnieniu kiszek kaszanki na krótko trafiają do wrzącej wody.

W międzyczasie na parniku w dużej misce z uszami topią się duże kostki słoniny, które należy dość często mieszać. W trakcie smażenia tworzący się tłuszcz zbiera się do osobnych naczyń a duże skwarki (po węgiersku: tepertő), wyciskając z nich uprzednio resztkę tłuszczu, do miski. Na sam koniec na krótko podsmaża się ponownie duże chrupiące skwary, dodając 0,5-1 litra mleka, co daje to im niepowtarzalny smak. Polacy, którzy mieli okazję wzięcia udziału w węgierskim świniobiciu najczęściej wspominają pyszne skwary ze świni mangalicy – najlepszą zagrychę pod podawanego na gorąco wspaniałego węgrzyna. Pycha i logiczne, bo tłuszcz pozwala wypić większą ilość wina, które potrafi utrzymać doskonałą kondycję oraz równowagę w trawieniu, mimo zjedzenia większej dawki mięsa.

Na podwieczorek tradycyjna degustacja wątrobianek oraz krwawych kiszek połączona z przelewaniem grzanego wina z dużego naczynia-termosu do glinianych dzbanów.
Na koniec wszyscy uczestnicy otrzymują na pamiątkę w woreczku gościńca do wzięcia do domu (disznótor), w skład którego wchodzą świeża kiełbasa do smażenia, kaszanki, słonina, skwarki i smalec.

Rolnik pójdzie siedzieć za zabicie własnej świni?! Policja: Dokonał nielegalnego uboju

Trudno sobie to wyobrazić, ale w Polsce za ubicie własnej świni może grozić kara więzienia. Taka sytuacja spotkała 44-letniego mieszkańca gminy Gryfino w woj. zachodniopomorskim, który własnoręcznie i bez odpowiednich zezwoleń postanowił przerobić wyhodowaną przez siebie świnię na kiełbasę i boczek.

Mężczyzna, jak to na wsi bywa własnoręcznie ogłuszył zwierzę siekierą, a potem w chlewie zakończył żywot zwierzęcia. Niestety, jak pisze portal igryfino.pl, „sygnalista” usłyszał odgłosy zwierzęcia i zawiadomił policję. Funkcjonariusze szybko zjawili się u zaskoczonego rolnika i poinformowali go o przykrych konsekwencjach, prozaicznej wydawałoby się czynności.

-Mężczyzna dokonał nielegalnego uboju świni przy pomocy siekiery i noża – powiedział portalowi asp. szt. Marcin Karpierz, oficer prasowy komendanta powiatowego policji w Gryfinie. Za ten „straszliwy” czyn 44-letni mężczyzna może trafić nawet do więzienia i to na 3 lata ze względu na brak zgłoszenia chęci uboju zwierzęcia.

Obecne regulacje prawne mówią, że do uboju wymagane są specjalne zezwolenia i spełnienie odpowiednich warunków. Rolnik musi, co najmniej 24 godziny przez zabiciem zwierzęcia zgłosić to powiatowemu lekarzowi weterynarii oraz zameldować to w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

[Jak za Hitlera… – admin]

Jak widać, przepisy te są skrupulatnie przestrzegane, a państwo i jego urzędnicy sięgają coraz dalej. Czy za kilka lat ścigane będzie zabijanie kur na rosół z własnej hodowli czy przerabianie królików na pasztet? Powyższa sytuacja zdaje się być tak absurdalna, że trudno uwierzyć, że w ogóle mogło do niej dojść. A doszło i człowiek może wylądować w więzieniu za zabicie własnej świni …

Za: igryfino.pl
http://dzienniknarodowy.pl

Polski przemysł oparty na truciu ludzi węglem już właściwie upadł

Polski przemysł oparty na truciu ludzi węglem już właściwie upadł (stocznie, huty), a kończąca się epoka ,,węgla i stali” oznacza początek nowych technologii nowych źródeł energii. Żarnowiec to już nie tylko celowe podawanie nieprawdy i wprowadzenie w błąd społeczeństwa czy likwidacja przemysłu stoczniowego. To sprawa kryminalna. Dzięki ofiarności ekooszustów Polska straciła przez 35 lat setki miliardów złotych. Polacy stracili nie tylko szanse taniej energii, ale też możliwość kontynuacji bardzo energochłonnej produkcji w stoczniach i eksportu statków, nie mówiąc zlikwidowaniu dziesiątek tysięcy miejsc pracy w zakładach związanych z przemysłem stoczniowym. Odpowiedzialny człowiek nie może obojętnie patrzeć na to, jak wygląda jego otoczenie i jakość powietrza, którym oddycha. Wszyscy musimy korzystać ze swych praw i mądrze uczestniczyć w kształtowaniu środowiska.

Polski rząd walczy u biurokratów w Brukseli o odrodzenie upadłego przemysłu stoczniowego ponieważ przybyło już na Pomorzu dziesiątki farm wiatrakowych, których właścicielami są często Niemcy. Dla przykładu dwadzieścia turbin o łącznej mocy 40 MW tworzy uzależnioną od podmuchów Farmę Wiatrową wartości wstępnej 280 mln zł powiększonej po spłacie lichwiarskiego kredytu w banku. Warunkiem istnienia Stoczni jest zapewnienie ogromnej ilości bardzo drogiej energii elektrycznej, której stałe dostawy nie zapewni nawet 1000 wiatraków.

Pozbawiony tysięcy hektarów lasów krajobraz niemiecki jest upstrzony 28 tysiącami turbin wiatrowych, plastrami farm słonecznych i masą fermentatorów beztlenowych, przerabiających kukurydzę na gaz. Energia odnawialna stanowi obecnie ponad jedną trzecią niemieckiej elektryczności, co brzmi jak zielony triumf. Koszt jest jednak gigantyczny. Jak dotąd subsydiowanie tego wszystkiego wynosi około 190 miliardów euro i zmierza do 500 miliardów całości kosztów do 2025 r. Aktualnie ogólny udział elektrowni węglowych w produkcji energii w Niemczech wynosi prawie 40 proc. Nowa ekspertyza hamburskiego Instytutu Ekologii i Polityki (OEKOPOL), wykonana na zlecenie klubu parlamentarnego Zielonych, stwierdza, że niemieckie elektrownie węglowe rocznie emitują do atmosfery 7 t rtęci.

Aby wyprodukować taką samą ilość energii elektrycznej to węgla kamiennego trzeba zużyć ponad 2,5 mln razy więcej niż uranu, Tylko w Polsce co roku energetyka węglowa uwalnia do środowiska kilkaset ton uranu i toru leżącego od lat na hałdach popiołów elektrowni. Czy ktoś to kontroluje?

Dzięki możliwościom uzyskania taniej energii i niskim kosztom produkcji, za rok-dwa lata region Podlasia może być szansą i mechanizmem napędowym polskiego przemysłu. Produkująca 2.400 MW energii elektrycznej siłownia nuklearna w Ostrowcu na Białorusi będzie wytwarzać 7.200 MW energii cieplnej. Mieszkańcy Wilna przez 60 lat korzystając z czystego powietrza mogą mieć tanią ciepłą wodę i ogrzewanie.

Ponad 10 tysięcy Polaków zbudowało w latach 1976 – 1984 na Węgrzech elektrownię jądrową (bliźniak Żarnowca) w miejscowości Paks nad Dunajem. Nazwa tego 20-tysięcznego miasteczka (wym. poksz) na naddunajskiej skarpie, około 110 km od Budapesztu, kojarzy się każdemu Węgrowi z jedyną na Węgrzech siłownią nuklearną, pokrywającą prawie 50% zapotrzebowania energetycznego kraju.

Identyczne jak w Ostrowcu, dwa nowe bloki elektrowni Paks na Węgrzech zostaną włączone do eksploatacji w 2026 i 2027 roku – oświadczył minister bez teki odpowiedzialny za rozbudowę elektrowni János Süli (czytaj Janosz Szyli – ü jak w München). Jak wspomina minister: „W 1979 roku jako dwudziestotrzyletni inżynier rozpocząłem pracę w największej inwestycji XX wieku na Węgrzech – na budowie siłowni nuklearnej w Paks.”

Jak twierdzi János Süli najlepsze wspomnienia z tamtej epoki to była owocna współpraca z Polakami – to byli naprawdę wspaniali ludzie, których w dzisiejszej Europie już trudno znaleźć

Budowę obecnego ogromnego przedsięwzięcia zaowocuje rozpoczęte tworzenie klastra firm, które będą potencjalnymi dostawcami i wykonawcami inwestycji. Dzięki temu można utworzyć kilka tysięcy nowych stanowisk pracy na potrzeby siłowni nuklearnej. Przetarg na dostawy turbin i geratorów nowego bloku nr 5 i 6 w Paks wygrał GE Power (General Electric Elbląg, czeskie Pilzno, Wrocław). Węgrzy liczą na udział Polaków i polskiej myśli technicznej, dzięki którym ponad 35 lat istnieje i doskonale funkcjonuje elektrownia w Paks, zaliczana do najbardziej wydajnych i najbezpieczniejszych siłowni nuklearnych na świecie.

Od 35 lat odporna na największe wyładowania atmosferyczne i polityczne siłownia nuklearna w Paks, po latach stała się nie tylko symbolem bezpiecznego źródła taniej energii oraz nowoczesności, ale także magnesem przyciągającym żądną i spragnioną wiedzy młodzież europejską oraz turystów i studentów ze wszystkich stron świata – twierdzi dyrektor elektrowni Antal Kovács, który w latach 1992-2004 jako mistrz świata i olimpijski w JUDO był jednym z najtrudniejszych rywali Pawła Nastuli w kat. 95 kg oraz Rafała Kubackiego w kat. 100 kg.

Na „budowę” atomu przez 4 lata codziennie wydawano po 566,8 tys. zł! Ktoś wie gdzie ta kasa trafiła?

Według szacunków NIK, koszty związane z realizacją „Programu polskiej energetyki jądrowej” w latach 2014-2017 (do III kwartału) wyniosły łącznie 776 mln zł. To oznacza, że na „budowę” polskiego atomu w tym okresie codziennie wydawano po 566,8 tys. zł!

Piszę „budowę”, gdyż pomimo przeznaczenia olbrzymiej kasy, do dziś nie udało się ustalić nawet ostatecznej lokalizacji w jakiej wspomniana elektrownia miałaby powstać (o rozpoczęciu prac budowlanych nie wspominając), a minister energetyki ciągle przesuwa termin ogłoszenie kluczowych decyzji.

Nieudolność poprzedniej ekipy rządowej w zakresie realizacji „Programu polskiej energetyki jądrowej” najmocniej objawiła się przy sprawie kontraktu na doradztwo i konsulting, który wygrała prywatna firma WorleyParsons.

Przypomnijmy – w lutym 2013 roku, kiedy szefem państwowej Polskiej Grupy Energetycznej (PGE) był Krzysztof Kilian (dobry kumpel Donalda Tuska), a Aleksander Grad (były minister skarbu w rządzie Tuska odpowiedzialny za aferę stoczniową) kierował zależną od PGE spółką PGE-EJ1, zawarto umowę o wartości ćwierć miliarda złotych ze wspomnianą firmą na konsulting, doradztwo i „badania lokalizacyjno-środowiskowe” dotyczące planowanej elektrowni atomowej. Kontrakt ten podpisano mimo, że ABW ostrzegała aby tego nie robić z uwagi na niejasną strukturę organizacyjną WorleyParsons oraz powiązania biznesowe z Rosjanami.

Pod koniec 2014 roku okazało się, że wspomniany kontrakt za ćwierć miliarda złotych trzeba było zerwać. Powód? – PGE twierdziła, że WorleyParsons nie wypełniała warunków umowy, wstrzymując tym samym pracę nad elektrownią. Z kolei przedstawiciele WorleyParsons twierdzili, że to oni zerwali umowę, bowiem kontrolowana przez rząd PGE nie przelewała im od roku pieniędzy. Stąd też musieli wstrzymać prace nad opracowaniem badań lokalizacyjnych i środowiskowych.

Co jednak zdążyli wziąć, to było ich. Ile dokładnie? – Nie wiadomo. Z ustaleń „Gazety Wyborczej” wynika, że niezrealizowany kontrakt z WorleyParsons był jak do tej pory „największym wydatkiem” spółki PGE-EJ1.

A jak wyglądała nieudolność obecnej ekipy rządzącej w zakresie decyzji o budowie elektrowni atomowej w Polsce? Już w kwietniu 2016 roku, a więc w kilka miesięcy po przejęciu władzy przez PiS, minister energii Krzysztof Tchórzewski deklarował publicznie, iż „Polska nie wycofuje się z budowy elektrowni jądrowej”, a jej lokalizacja ma być wybrana do końca roku 2017.

Niedługo później, bo w sierpniu 2016 roku, w ramach tzw. „Planu Morawieckiego” Ministerstwo Rozwoju zadeklarowało kontynuację Programu polskiej energetyki jądrowej i powstanie dwóch (!) siłowni o łącznej mocy 6000 MW.

Co było dalej? W maju 2017 roku minister Tchórzewski zapowiedział, iż „decyzja w sprawie budowy pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce może zapaść przed końcem 2017 roku”. Kilka miesięcy później (sierpień 2017 rok) ten sam minister twierdził, że rząd jest „blisko decyzji polityczno-gospodarczej w/s budowy elektrowni atomowej”. W marcu 2018 roku minister Tchórzewski mówił, że „decyzja o rozpoczęciu budowy elektrowni jądrowej może zapaść jeszcze przed Wielkanocą”.

Minęła Wielkanoc, minęły wakacje, powoli zbliżamy się do końca roku, a zapowiadanej decyzji jak nie było, tak nie ma…

Wieloletni paraliż kompetencyjno-decyzyjny spowodował dezaktualizację programu polskiej energetyki jądrowej. Potwierdzili to kontrolerzy Najwyższej Izby Kontroli (NIK), którzy w marcu tego roku opublikowali na ten temat specjalny raport. Co gorsze – według szacunków NIK w okresie prac przygotowawczych nad opracowaniem Programu polskiej energetyki jądrowej w latach 2010-2013 spółka PGE-EJ1 poniosła wydatki w wysokości 133,2 mln zł. Z kolei wydatki na realizację Programu polskiej energetyki jądrowej w latach 2014-2017 (do III kwartału) zdaniem kontrolerów NIK wyniosły łącznie 776 mln zł. To oznacza, że na „budowę” polskiego atomu we wskazanym okresie CODZIENNIE WYDAWANO PO 566,8 TYS. ZŁ!

W tym kontekście pytania są dwa – gdzie ta kasa finalnie trafiła oraz ile jeszcze trzeba będzie wydać pieniędzy, aby rządzący w końcu zdecydowali się ruszyć z budową pierwszej polskiej elektrowni atomowej?

[Jak mawia red. Michalkiewicz, z tych pieniędzy niejedną fortunę wykrojono i niejeden stary ród zbudowano…
Admin]

http://niewygodne.info.pl/