Wojna hybrydowa polskich władz z Polską

Świetny artykuł. Szkoda, że Polacy są za głupi, aby go zrozumieć… ale i tak będą go komentować.
Admin

Wojna z prawdą – wojną o rząd dusz

Trwa wojna hybrydowa w Polsce w sferze wszystkich typów komunikacji: politycznej, społecznej, kulturowo-cywilizacyjnej. Takim właśnie mianem można określić wytoczoną nam wojnę informacyjną.

Podobnie jak każda hybryda, łączy ona różne, często nieprzystające do siebie formy informacyjnego oddziaływania na polskie społeczeństwo – uprzedmiotowienie z quasi-upodmiotowieniem.

Celem wszystkich jest mentalne ubezwłasnowolnienie Polaków.

Analogicznie do militarnych działań hybrydowych, łączących przeciwstawne formy walki: konwencjonalne z terrorystycznymi, spekulacyjnymi czy kryminalnymi – wojna hybrydowa w sferze informacji wykorzystuje wszystkie dostępne metody manipulacji i propagandy, atakując w sposób bezwzględny tożsamość zarówno osobową, jak i narodową Polaków pod pozorem jej podtrzymywania czy nawet obrony.

Jej obecny etap jest szczególnie ważny, gdyż idzie w nim o to, co określamy jako rząd dusz. Celem tych, którzy wojnę hybrydową nam wytoczyli, jest takie oddziaływanie w sferze informacji na świadomość polskiego społeczeństwa, aby odczytywało ono panującą rzeczywistość zgodnie z ich antypolską polityką.

Instrumentami wojny hybrydowej na etapie informacyjnym jest więc perswazja, manipulacja i propaganda. – wszystkie ukierunkowane na ukrycie konkretnej prawdy. Jest to prawda o rzeczywistej sytuacji Polski, nade wszystko o jej zwasalizowaniu wobec USA i automatycznie wobec Izraela, oraz konsekwencjach tego zwasalizowania w polityce zewnętrznej i wewnętrznej Warszawy, widocznych nade wszystko w naszej przynależności do NATO i UE..

Tę wojnę przeciwko Polsce prowadzą nie Putin i Rosja, ale polskie władze, wspierane przez opozycję – w najmniejszym stopniu przez PSL – i mainstreamowe media, również katolickie.

Inkwizycyjna rola mediów

Językiem polskich władz i polskiego establishmentu politycznego oraz opiniotwórczego, z medialnym na czele, jest język propagandy amerykańskiej, utożsamianej z transatlantycką.

Klasyczne kłamstwo, przeinaczenia, półprawdy – określane coraz częściej mianem fake-newsów – selekcja informacji, przemilczenia – to podstawowa broń polskich władz w walce z prawdą o roli Polski jako wasala USA w UE oraz NATO i, oczywiście, w relacjach nie tylko z Izraelem, ale również z Ukrainą i nade wszystko z Rosją.

Całkowity brak suwerenności w wymienionych relacjach określany jest w języku ich wojny z nami w kategoriach postprawdy – dowolnej interpretacji faktów bądź ich zaprzeczenia – jako umacnianie naszej suwerenności i zwiększanie bezpieczeństwa w sferze militarnej, energetycznej etc..

Owe kategorie postprawdy – podobnie jak sam typ wojny hybrydowej – to słowa-klucze, jakimi określają ludzie opcji transatlantyckiej wojnę informacyjną Rosji z Zachodem. Klasyczne dla narracji tej opcji stały się wypowiedzi europosłanki PiS Anny Fotygi, która co kilka miesięcy alarmuje Brukselę o Moskwie zagrażającej UE w sferze informacji, czy Antoniego Macierewicza, który równie często ostrzega Polskę i NATO przed propagandą i cyberatakami Rosji.

W języku hybrydowej propagandy nasza rola wasala bywa też określana metaforą ze snów o potędze: Polska – obok Francji i Niemiec – to filar relacji transatlantyckich. Gdy w imieniu wasala wiceminister MSZ Bartosz Cichocki przed wizytą prezydenta RP Andrzeja Dudy w Białym Domu odwołuje się w wywiadzie dla TVP Info do metafory filara transatlantyckiego, mówi prawdę, której przekaz miałby upodmiotowić nasze społeczeństwo.

Jest to jednak kwintesencja hybrydowej manipulacji, gdyż nadawca tego przekazu przemilcza jednocześnie kontekst tej prawdy i żałosne jego skutki [i]. Gdyby Polska była owym filarem 30 lat temu, może byłyby powody do jakiejś satysfakcji. Ale teraz, gdy opcja transatlantycka schodzi na dalszy plan w zaistniałym wielobiegunowym porządku globalnym, gdy USA utraciły rolę hegemona, przegrywają gospodarczo z Chinami, militarnie w Afganistanie i na Bliskim Wschodzie, nie są w stanie zbudować koalicji antykoreańskiej ani też antyirańskiej, gdy w Komisji Praw Człowieka ONZ tracą przywódczą rolę, chcąc zamienić obronę owych praw na obronę prawa Izraela do ludobójczych działań wobec Palestyńczyków, gdy na forum ONZ 128 jego członków potępiło w rezolucji amerykańską próbę uznania Jerozolimy za stolicę Izraela (przeciw potępieniu było 9: Izrael, USA, Gwatemala, Honduras, Togo i 4 państewka tropikalne; Polska, oczywiście, wstrzymała się – czyli poparła USA), gdy ponadto Waszyngton musi zmierzyć się z przyspieszjącą dedolaryzacją światowej gospodarki – odgrywać nadal rolę amerykańskiego filara to żaden interes i powód do dumy.

Wspierać polityką amerykańsko-transatlantycką, obarczoną odpowiedzialnością za miliony ofiar wywołanych w jej ramach wojen – m.in. na Bliskim Wschodzie i Afryce – czy za ludobójstwo setek tysięcy chrześcijan, dokonane na tych obszarach to powód do wstydu i ekspiacji narodowej.

A chcieć upadać razem z USA i dolarem to wola politycznego samobójstwa. I wiedzą o tym doskonale inne dwa „filary” opcji transatlantyckiej – Niemcy, które myślą o niezależnym od kontrolowanego przez USA SWIFT – systemie rozliczeń bankowych i Francja, która mówi o konieczności utworzenia unijnych sił zbrojnych, niezależnych od Pentagonu i NATO.

Tego typu informacje i moralna ocena kierunku polskiej polityki są wycinane przez oficjalną propagandę. Dezawuowałyby bowiem utrzymywany na blefie mit opcji amerykańskiej. Każda próba krytycznej oceny tego ukierunkowania polityki Polski jest natychmiast udaremniana.

Każdy, kto ma odwagę wskazać jakąś alternatywę, bądź odkłamać propagandowy charakter tej opcji, podlega karze – jak Mateusz Piskorski, więziony już 2 i pół roku za uznanie legalności prorosyjskiego referendum na Krymie czy senator Maciej Grubski, zawieszony w członkostwie PO i odsądzony od czci i wiary w mediach za wypowiedź dla Sputnika o szkodach wyrządzanych polskiej gospodarce poprzez rusofobiczną politykę oraz słowa uznania dla Władimira Putina.

Stratedzy informacyjnej wojny hybrydowej robią wszystko, aby Polacy nic albo jak najmniej wiedzieli o BRICS – który stał się już nowym modelem współdziałania suwerennych państw, zachowujących swoją kulturę i cywilizację – o Szanghajskim Obszarze Współpracy, Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, jedwabnym szlaku, który ma ominąć Polskę – i wielu innych alternatywnych kierunkach rozwoju. Każda informacja o świecie zagrażająca mitycznej opcji, na której opiera się polska polityka, skazana jest z góry na niezaistnienie.

Balansowanie między tragedią i komedią

Próba podtrzymywania mitu amerykańskiej opcji jest coraz częściej tragikomiczna. Wiąże się bowiem z próbą pogłębienia polskiej rusofobii w oparciu o fałszywą tezę, iż Rosja jest największym zagrożeniem dla każdego wymiaru naszego istnienia. Dlatego trzeba ją zniszczyć pod każdym względem – nie tylko militarnie, ale również politycznie, gospodarczo, cywilizacyjnie.

Trzeba udowodnić upadającemu światowemu hegemonowi, że w dziele niszczenia Rosji może na nas liczyć, że Warszawa na skinienie Białego Domu rzuci do walki z Moskwą polskich żołnierzy bądź – w wersji łagodniejszej – będzie jej po wsze czasy szkodzić, nie zważając na własne straty polityczne, gospodarcze, moralne, cywilizacyjne. Uczyni wszystko, aby rusofobia stała się wyznacznikiem polskiego patriotyzmu, quasi-religią polityczną.

Wystarczy w tym miejscu wymienić hybrydową propagandę wsparcia dla banderowskiej Ukrainy skonfliktowanej z Moskwą, politykę zmuszania do emigracji ekonomicznej kolejnego pokolenia Polaków, aby na ich miejsce przyjmować do pracy miliony Ukraińców. Trzeba wmówić nie tylko Polakom, ale również całej Unii, że Nord Stream 2 szkodzi wszystkim, choć naprawdę szkodzi jedynie Ukrainie, pozbawiając ją dochodów z tranzytu rosyjskiego gazu i amerykańskim korporacjom, które chciałyby poprzez Polskę rozprowadzać w Europie swój LNG.

Sytuacja jest poważna, bo zawiera w sobie czynnik prowokacji, która może skończyć się dla Polski bardzo źle. W języku propagandy hybrydowej nosi natomiast znamiona pedagogiki nieuzasadnionej wyższości nie tylko politycznej, ale również moralnej nad Rosją. Pedagogika ta ma skutkować ukształtowaniem takiej mentalności Polaków, aby nie tylko godzili się na przekształcenie naszego terytorium w obszar III wojny światowej – z Rosją – ale byli gotowi ginąć w niej masowo w imię obrony dolara i amerykańskich interesów.

Ta tragiczna pedagogika jest łączona z komicznymi działaniami, nieadekwatnymi do naszych skrajnie ograniczonych możliwości, nie uwzględniającymi faktu, iż nasza suwerenność jest udawana – jest kopią, która nie ma oryginału.

Do takich działań należy pohukiwanie na Rosję, pouczanie jej, grożenie nowymi sankcjami. Kabaretowo brzmią np. upomnienia Moskwy przez polskie MSZ z powodu zatrzymań uczestników ostatnich – w większości nielegalnych – demonstracji przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego Rosjan – jak proponuje Władimir Putin: dla kobiet z 55 lat do 60 i dla mężczyzn z 60 do 65.

Ingerowanie w tego typu wewnętrzne sprawy Rosji jest kuriozalne, bo chyba nikt nie wyobraża sobie, że Siergiej Ławrow mógłby w tym stylu wtrącać się w naszą wewnętrzną politykę i krytykować nas np. za reformę sądownictwa.

Niczego z komizmu nie ma natomiast antyrosyjska hybrydowa propaganda w zakresie cywilizacyjnym i moralnym. W sytuacji, gdy Europa, podobnie jak cały Zachód, nie tylko odeszła od chrześcijańskich wartości, ale podjęła z nimi walkę, gdy cywilizacja łacińska – chrześcijańska – ma już dla niej znaczenie wyłącznie historyczne, każda próba zniszczenia Rosji jest próbę zniszczenia odrodzonego w niej po upadku komunizmu chrześcijaństwa. To by zaś oznaczało, że religijna tożsamość polskich partii – z PiS na czele – uważanych za prochrześcijańskie, jest czystą symulacją. Liderzy tych partii w starciu cywilizacyjnym z Rosją chcą uzyskać sławę Herostratesa i wziąć udział w podpaleniu drugiego po Bliskim Wschodzie, większego, obszaru cywilizacji chrześcijańskiej.

Symulacja i dysymulacja

Znamienną cechą hybrydowej propagandy jest ucieczka od rzeczywistości. Dokonuje się ona na dwa klasyczne sposoby, eksponowane przez Jeana Baudrillarda jako wiodące w tworzeniu sztucznej rzeczywistości, mającej jednak odniesienie do realnie istniejącej. Dlatego nie mówimy tu o fikcji.

Pierwszy sposób:. poprzez symulację czyli udawanie, że jest coś, czego nie ma. Drugi – poprzez dysymulację, udawanie, że nie ma czegoś, co jest. To, co w rezultacie takiego podwójnego udawania otrzymuje polskie społeczeństwo, to symulakry – twory sztucznej rzeczywistości, które są nam przekazywane jako realnie istniejące.

Bohaterowie wojny hybrydowej

Bohaterowie wojny hybrydowej są wyreżyserowani według biało-czarnego schematu powieści socrealistycznej. Zbieżność ta nie jest przypadkowa, gdyż cel propagandy amerykańskiej w Polsce jest taki sam jak propagandy komunistycznej: rząd dusz. Zgodnie z tym celem, każdy, kto prezentuje poglądy inne od obowiązujących, jest czarnym charakterem – jak. M. Piskorski i M. Grubski.

Każdy, kto umacnia narzucaną przez propagandę opcję czy raczej wyznaje ją jako quasi-religię, jest białym charakterem, wzorem do naśladowania. Takimi bohaterami nie muszą być wyłącznie przedstawiciele najwyższych władz. Mogą nimi być ludzie niższego szczebla politycznego, czego przykładem są dwaj eurodeputowani PiS – Ryszard Legutko i Tomasz Poręba.

Wszystkim wiadomo, że to oni przyjęli wytyczne Izraela w sprawie anulowania w ustawie o IPN karalności za wypowiedzi o polskich obozach koncentracyjnych czy udziale Polski w holokauście. Wszyscy to wiedzą, a opozycja domagała się nawet – głównie w mediach – wyjaśnień. I nastała cisza. Nikt nie reaguje, zawieszone zostały wszelkie oceny moralne i patriotyczne.

Przeciwnie, podsumowaniem tych działań przeciwko interesom Polski jest w propagandzie hybrydowej konkluzja, że dzięki nim uniknęliśmy wielkiego zła: pogorszenia czy nawet zerwania stosunków z Izraelem. Gdyby ci dwaj panowie przyjęli jakieś wytyczne od obcego państwa innej opcji politycznej – nie mówiąc już o Rosji – skończyliby w więzieniu.. A jeden z nich – Ryszard Legutko – zostałby wcześniej jako profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego poddany krytyce środowiska naukowego, które by się od niego odcięło i wymusiło na władzach tej szacownej uczelni rozwiązanie umowy o pracę.

Bohaterowie hybrydowej wojny nie mają zamiaru wstydzić się ani też zejść ze sceny politycznej. Pan Poręba został szefem kampanii wyborczej PiS, zaś Pan Legutko toczy w Brukseli spektakularną, choć nieskuteczną wojnę z imigrantami. Takie są zadania bohaterów, działających hybrydowo – na różnych frontach. Aby osiągnąć sukces na jednym (przyjąć obce wytyczne), trzeba się legitymizować działaniami na drugim. Legitymizacja jest, oczywiście, hybrydowa.

Czy Polacy tę wojnę przegrają?

W przeciwieństwie do czasów PRL i komunistycznej propagandy, której Polacy nie ulegli i dali temu kilkakrotnie wyraz w latach: 1956, 1970, 1976, 1980 – po 1989 roku ulegli masowo iluzji amerykańskiej demokracji i liberalnej wolności – od wszystkiego i od wszystkich. Wielu przeżywa przebudzenie, co potwierdzają różne niezależne portale i próby budowania całkowicie nowej siły politycznej. Organizują się – również w ramach obecnych wyborów samorządowych – małe środowiska, świadome wielkiego wysiłku, jaki podejmują dla wypracowania alternatywnego programu dla Polski. Oby tylko nie zwiodły ich rzucane od 1989 roku w środowiskach prawicowo-konserwatywnych hasła głosowania na mniejsze zło. Taki krok oznaczałby wybór alternatywy hybrydowej – a więc żadnej.

Anna Raźny

[i] https//wpolityce.pl/polityka411459-lobbyści Putina-wiceszef-msz-to-senator-po-chwalil-putin; dost. 11.09.2018.

https://konserwatyzm.pl

Po co nam partie? Wystarczy jedna.

Po ciężkim dniu zażywałem ci ja relaksu, a w tle leciał przekaz informacyjny telewizji publicznej – TVP Info, nadawany pod hasłem „cała prawda”, „tylko prawda” czy jakieś inne „nie da się ukryć”.

I otóż w owym przekazie kilka godzin z rzędu telewizja publiczna relacjonowała z Zielonej Góry konwencję rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość.

A na konwencji tej, związanej z wyborami lokalnymi, przemawiał nie tylko premier Mateusz, ale i sam Prezes Jarosław Kaczyński. Tematem przewodnim była wolność, której strażniczką – zgodnie z deklaracją Pana Prezesa – jest Prawo i Sprawiedliwość.

Z kolei Premier Mateusz także nawiązując do hasła „wolność” opowiedział jak to teraźniejszy rząd buduje pomyślność Polaków, którym już za osiem-dziesięć lat będzie się powodziło tak samo dobrze jak Włochom, czy Niemcom. A dogonimy tych Włochów, Francuzów i Niemców a nawet przegonimy bo „wdrażamy odpowiednie mechanizmy gospodarcze” nie tak jak poprzednicy z Platformy, którzy tych mechanizmów nie wdrażali.

I tak przez kilka godzin z ekranu telewizora lał się przekaz firmowany przez telewizję publiczną, opłacany z naszych pieniędzy, w którym to przekazie z konferencji rządzącej partii jej politycy wygłaszali pochwały na swoją własną chwałę, a swoich przeciwników politycznych odsądzali od wiary i czci.

Nie mówię – swoje grzechy ma i Platforma, i Petru, i SLD. Ale od 1989 r. nie pamiętam, żeby publiczna telewizja opłacana z podatku wszystkich Polaków tak jawnie służyła tylko partii rządzącej.

Jest oczywiste, że ugrupowania rządzące zawsze były jakoś uprzywilejowane, ale nie w takim stopniu jak to się dzieje teraz. Zapewne ma na to wpływ sytuacja, w której PiS ma w Sejmie i Senacie jednopartyjną przewagę i w zasadzie może robić co chce. Poprzednicy zawsze jakoś musieli się liczyć z koalicjantami. Teraz mamy jednopartyjną większość w Sejmie i jednopartyjny przechył w publicznych mediach.

Jednak media publiczne opłacane przez wszystkich obywateli, niezależnie od ich sympatii politycznych mają swoją misję, którą jest pokazywanie społeczeństwu prawdy o wszystkich uczestnikach politycznych sporów.

Jeśli więc dzisiaj przekaz płynący z mediów publicznych jest prawdziwy, i jeśli rzeczywiście rządząca partia PiS jest chodzącą doskonałością, prowadzi idealną dla społeczeństwa politykę i ma samych znakomitych, uczciwych polityków, to po co nam te pozostałe partie? Zwłaszcza, że ta sama „publiczna” telewizja tak jak wychwala PiS, tak maluje w jednolicie czarnych barwach opozycję.

A więc skoro PiS to chodząca doskonałość, a opozycja to kupa łajdaków głupców to po co nam tamte partie? Po co jakieś wybory zawracanie głowy ludziom, opowiadanie że Platforma coś może, albo PSL?. Kiedy wiadomo, że wiedzę o właściwych mechanizmach ma tylko PiS i on te mechanizmy wdraża. I już, już za lat osiem doprowadzi nas partia i rząd do podobnego poziomu życia jak we Włoszech, Niemczech, Szwecji. Dogonimy tych szubrawców z Unii, a potem ich przegonimy. „Dogonim i pieriegonim” – jak zapowiadał Nikita Chruszczow.

Słowem – jeśli telewizja publiczna mówi na temat sytuacji społecznej i politycznej prawdę, to wszystkie partie, oprócz PiS, należy rozwiązać. A wybory – owszem robić, bo co by świat powiedział jakbyśmy z wyborów zrezygnowali, ale tak jakoś… pod kontrolą. Niech na ten przekład PiS, czyli ci najuczciwszy i najmądrzejsi z całego narodu ustalą najpierw listy kandydatów, a Naród potem te listy zatwierdzi w głosowaniu. Wszystko będzie wtedy git. I demokratycznie, i pod kontrolą. [Głosowanie na „całą listę frontu narodowego” się przypomina tym, co pamiętać mogą – admin]

Tak więc albo telewizja publiczna wypełnia swoja misję i prawdziwie opisuje rzeczywistość i wtedy trzeba zostawić na scenie tylko PiS, a resztę, a zwłaszcza opozycję pogonić. („Miejsce opozycji jest w więzieniu”). Albo… Albo publiczna telewizja zamieniła się w telewizję jednej partii i uprawia bezczelną propagandę na rzecz tej właśnie partii. Odpowiedź na te pytania znajdzie sobie sam każdy zastanawiając się po co nam te inne partie? Skoro jedna doskonała wystarczy.

Janusz Sanocki
Autor jest posłem na Sejm RP
http://mysl-polska.pl

Przed najkosztowniejszą kolacją

„Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże, gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże, Warszawa jedna twojej mocy się urąga” – pisał Adam Mickiewicz, mając na myśli cesarza Mikołaja I.

Historia, a jakże – powtarza się, ale przeważnie jako farsa, więc o ile w Powstaniu Listopadowym mieliśmy do czynienia z dramatem, to znaczy – z walką przynajmniej teoretycznie dającą nadzieję zwycięstwa, to obecnie – już tylko z „urąganiem”, to znaczy – z bezsilnym wymyślaniem zimnemu rosyjskiemu czekiście Putinowi.

On chyba nie zwraca w ogóle uwagi na te pokrzykiwania, bo w odpowiedzi na pogróżki amerykańskich generałów i prezydenta Trumpa, że jak tylko w Syrii zostanie użyta broń chemiczna, to oni z syryjskiego tyrana zrobią marmoladę, rozpoczął ogromne manewry na Dalekim Wschodzie z udziałem 300 tys żołnierzy rosyjskich i symbolicznym, bo tylko trzytysięcznym chińskim kontyngentem – niemniej jednak obecnym.

Ten Wschód jest tak Daleki, że przez Cieśninę Beringa przybliża się do Alaski i kontrowersyjnej Arktyki. Czy w ten sposób zimny rosyjski czekista pokazuje, że jak wy tak, to my tak, to znaczy – że jak wy spróbujecie dokazywać na Bliskim, czy Środkowym Wschodzie, czyli – w Iranie, to my otworzymy wam drugi front na północy.

Wprawdzie amerykańska doktryna obronna przewiduje zdolność do prowadzenia dwóch i pół wojny, ale to łatwo powiedzieć, bo gdyby przyszło co do czego, to wszystko mogłoby się rozstrzygnąć w całkiem innych kategoriach.

Więc chociaż tegoroczny wrzesień pod względem pogody jest podobny do tego w roku 1939, to w naszym zakątku Europy chyba żadna salwa póki co nie padnie, a w każdym razie mało kto taką możliwość dopuszcza.

Nie znaczy to jednak, by panował całkowity spokój, przeciwnie – w naszym nieszczęśliwym kraju narasta anarchia. Oto pan prezydent Duda wystosował do niektórych sędziów Sądu Najwyższego, że ich w stan spoczynku nie przenosi, ale inni, który te decyzje nie dotyczyły, „orzekają”, jak gdyby nigdy nic i wysyłają do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu „pytania prejudycjalne” – co słychać i tak dalej – „zawieszając” pod tym pretekstem uchwalone przez Sejm ustawy.

Rząd nie ma odwagi pozamykać tych wszystkich przebierańców do turmy, jak to w Turcji uczynił tamtejszy prezydent Erdogan, zaś prezydent Obama obiecał mu nawet w związku z tym amerykańską pomoc w pociągnięciu do odpowiedzialności „sprawców puczu”.

Jeszcze raz sprawdziła się trafność spostrzeżenia, jakie Adam Mickiewicz włożył w usta Klucznika Gerwazego: „Wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie” – bo tureckiego prezydenta nie tylko poparły Stany Zjednoczone, ale NATO i ONZ, a nawet – nasz nieszczęśliwy kraj.

Niestety przy okazji sprawdziła się trafność jeszcze innego porzekadła, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Nasi Umiłowani Przywódcy nie potrafią poradzić sobie nawet z kilkoma przebierańcami, być może nawet zadaniowanymi przez niemiecką BND, więc w rezultacie narasta anarchia, bo na 2 października zapowiedziały „wielki protest” również „służby mundurowe”.

Cóż tu jednak wymagać od pana premiera Morawieckiego, który rolę męża opatrznościowego odgrywa w telewizji, a i to tylko rządowej, bo telewizje nierządne odnoszą się do niego bez żadnej rewerencji?

Toteż w dysonans poznawczy wprawieni zostali nawet wyznawcy Jarosława Kaczyńskiego, gdy wyszło na jaw, że 2 maja rząd podpisał tzw. Deklarację z Marrakeszu, obejmującą zgodę na przyjmowanie bisurmańskich i innych imigrantów. Przez kilka miesięcy utrzymywane to było w tajemnicy, bo jużci – co tu powiedzieć, skoro opór wobec wyznaczonych przez Naszą Złotą Panią imigranckich kontyngentów był najcenniejszym liściem do wieńca sławy rządu pani Beaty Szydło?

10 września interpelację w tej sprawie skierował do premiera poseł Robert Winnicki, ale odpowiedzi na nią jeszcze nie ma, bo – powiedzmy sobie szczerze – cóż pan premier może na to odpowiedzieć, poza oczywiście odpowiedzią wymijającą – tym bardziej, że Węgry nie tylko tej deklaracji nie podpisały, ale określiły ją jako „skrajnie proimigrancką”?

Wyobrażam sobie jak Biuro Polityczne PiS zachodzi w głowę, w jaki sposób zaprezentować tę deklarację jako jeszcze jeden sukces Polski, ale widać, jak dotąd nic nie wymyśliło. Tymczasem sprawa wydaje się jasna; Nasza Złota Pani nie zapomniała odmowy przyjęcia ustalonych przez nią samowolnie kontyngentów i jak nie kijem, to pałką. Konferencja w Marrakeszu odbyła się bowiem z inicjatywy Komisji Europejskiej, kierowanej przez dwóch niemieckich owczarków: Jana Klaudiusza Junckera i Franciszka Timmermansa.

Ponieważ premier Morawiecki, podobnie jak minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, których wyniosła na te stanowiska „głęboka rekonstrukcja rządu”, otrzymali od Naczelnika Państwa rozkaz „ocieplenia stosunków z Unią”, to nic dziwnego, ze Polska deklarację tę podpisała, bo „ocieplić stosunki z Unią” można tylko w jeden sposób – bezwarunkowym posłuszeństwem wobec Naszej Złotej Pani.

Toteż się słuchają, a tylko wobec opinii publicznej uprawiają cichodajstwo – oczywiście dopóki na użytek wyznawców Jarosława Kaczyńskiego nie obmyślą, jakby tu przekuć to w „sukces”.

Tymczasem pan prezydent Duda obrał inna metodę. Ponieważ pani Żorżeta Mosbacher podczas składania listów uwierzytelniających w charakterze ambasadoressy USA w naszym nieszczęśliwym kraju zapewniła go, że prezydent Donald Trump już nie może się doczekać, żeby porozmawiać z nim o sprawach nader światowych, pan prezydent Duda nabrał animuszu i podczas wizyty w Leżajsku nie tylko podkreślił prastary, polski charakter tego miasta, ale też wezwał Unie Europejską, by się od Polski „odczepiła”, bo w przeciwnym razie nie będzie można przeprowadzić zbawiennych reform.

Ten „prastary” charakter Leżajska został pewnie podkreślony dlatego, że jeszcze w grudniu 2006 roku Światowy Związek Ukraińców z siedzibą w Toronto, wystosował do ówczesnego prezydenta Juszczenki apel, by rok 2007 uczynił rokiem obchodów rocznicy operacji „Wisła” – zwłaszcza na „ukraińskim terytorium etnicznym”, to znaczy – w województwie podkarpackim, części województwa małopolskiego – do Nowego Sącza i części województwa lubelskiego.

Leżajsk leży w województwie podkarpackim, więc jeśli pan prezydent uznał, ze trzeba podkreślić jego „prastary” charakter, to pewnie musiały pojawić się jakieś wzruszające wątpliwości. Być może uda się jakoś je przezwyciężyć, zwłaszcza podczas kolacji, jaką pan prezydent Duda ma nadzieję spożyć w Białym Domu. Byłaby to najdroższa kolacja w dziejach Polski, bo nawet znany z szerokiego gestu książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku” nie wydawał przyjęć za ponad 300 miliardów dolarów – a właśnie tyle Polska będzie musiała przekazać Żydom tytułem „roszczeń”, których realizacji Stany Zjednoczone zobowiązały się dopilnować w podpisanej przez prezydenta Trumpa ustawie nr 447 JUST – a niezależnie od tego – będzie musiał kupić dla naszej niezwyciężonej armii wyrzutnie rakiet „Homar” – co znakomicie komponuje się z tym najkosztowniejszym w dziejach Polski wydarzeniem gastronomicznym.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Wielkie rozgrywki służb specjalnych: jak Chiny rozgromiły CIA

W ciągu dwóch lat chińskie agencje wywiadowcze zniszczyły całą amerykańską sieć szpiegowską w tym kraju. Dziesiątki agentów i ich informatorzy poszli do więzienia lub zostali straceni.

W Waszyngtonie nazywa się to największą porażką CIA w ostatnich dziesięcioleciach, a eksperci nie mogą zrozumieć, w jaki sposób została zdemaskowana siatka. Obawiają się, że Pekin przekazał informacje Moskwie.

„Miodożer” wyrusza na łowy

Gdy Chiny rozwinęły się i stały się potężnym mocarstwem, Waszyngton bacznie obserwował, co się dzieje w tym kraju. Pod koniec ostatniej dekady CIA posiadało wyczerpujące informacje na temat tego co się dzieje w tym kraju. Szły prosto z korytarzy władzy, gdzie Amerykanom udało się wprowadzić agentów. Niektórzy z informatorów byli urzędnikami rozczarowanymi stanem państwa przepełnionego korupcją. Byli tacy, których po prostu kupiono.

Ale przepływ informacji z Państwa Środka zaczął wysychać, a w 2011 r. w centrali CIA zdano sobie sprawę z bardzo poważnego problemu: źródła informacji znikały jeden po drugim.

Amerykańskie agencje wywiadowcze stworzyły specjalną grupę wartościowych i wysokiej rangi agentów FBI i CIA. W ściśle tajnej siedzibie w Północnej Wirginii, analizowano każdą operację, dokładnie badano wszystkich pracowników ambasady USA w Pekinie – bez względu na rangę dyplomatyczną.

Według niektórych doniesień, ta operacja otrzymała nazwę kodową Honey Badger, co oznacza „miodożer” (łysy borsuk lub ratel miodożerny, rzadkie egzotyczne zwierzę z rodziny łasicowatych, nieustraszony i agresywny drapieżnik, praktycznie pozbawiony naturalnych wrogów).

Zdrada czy włam?

Rozważano dwie podstawowe wersje. Pierwsza – we wnętrzu amerykańskiego wywiadu został umieszczony kret, który przekazywał informacje Pekinowi o sieci wywiadowczej w Chinach. Druga – chińscy hakerzy złamali zaszyfrowany system komunikacji.

Mniej więcej w tym samym czasie kontrwywiad ChRL ujawnił system nadzoru zorganizowany przez amerykańską Narodową Agencję Bezpieczeństwa (NSA) na Tajwanie. A agenci CIA udali się do amerykańskiego studenta w Szanghaju, Glenna Shrivera, który za pieniądze zbierał informacje o charakterze obronnym dla chińskiego wywiadu. Aby wzmocnić amerykańskich studentów za granicą, FBI wypuściło nawet wideo opowiadające o zdradzie Shrivera.

Porównując te fakty, sędziowie śledczy skłaniali się do wersji o krecie. Prawdą jest też, że najbardziej autorytatywny amerykański agent kontrwywiadu Mark Kelton, który kierował grupą, wątpił w tę wersję. Być może częściowo dlatego, że był bliskim przyjacielem oficera CIA Briana Kelly’ego, którego FBI błędnie podejrzewało o współpracę z Rosją w latach 90.

Ale na korzyść drugiej, „hackerskiej” wersji, podano szybkość i dokładność z jaką chińskie służby specjalne trafiały do amerykańskich informatorów. Ponadto, według organizatorów sieci rozpoznania, żadna osoba w USA, bez względu na to, jak wysoki byłby poziom dostępu do informacji niejawnych, nie mogła uzyskać informacji o wszystkich agentach, na których Chiny tak skutecznie zapolowały.

Zgubiony trop

Podczas dochodzenia wyłonił się paskudny obraz: po osiągnięciu sukcesu w Chinach pracownicy Centralnej Agencji Wywiadowczej uśpili czujność i zlekceważyli zasady konspiracji. Agenci w Pekinie prawie nie zmieniali swoich tras, wyznaczali tajne spotkania w tych samych miejscach – to prezent dla sieci obserwacji zewnętrznej, działającej w państwie środka.

Niektórzy oficerowie wywiadu amerykańskiego komunikowali się z informatorami w restauracjach, które były pod przykrywką tajnych służb – gdzie przy każdym stoliku zamontowano mikrofony, a kelnerzy pracowali dla kontrwywiadu.

Oprócz tego, tajny system łączności Covcom, z którego korzystała sieć agenturalna, według oceny specjalistów, był dość prymitywny, ponadto udostępniony w Internecie. W rzeczywistości kopiował on system Bliskowschodni, w którym środowisko sieciowe jest mniej niebezpieczne.

Zdolności chińskich hakerów zostały wyraźnie niedocenione. Grupa śledcza przeprowadziła test na przeciek i odkryła, że system posiadał fatalny błąd: wchodząc w niego można było dostać się do bardziej rozleglejszego tajnego systemu łączności, z którego CIA łączyła się z siecią agenturalną na całym świecie.

Po raz pierwszy o tej szpiegowskiej historii z maja ubiegłego roku napisał The New York Times. Anonimowi urzędnicy w różnym czasie podawali dziennikarzom różne cyfry strat — od 12 do 20 ludzi. Następnie liczba wzrosła do 30 – tyle agentów i informatorów od 2010 roku amerykański wywiad stracił w Chinach. Niektórych agentów zdążono ewakuować.

Kret, ale nie ten

Równolegle opracowano wersję z kretem. W marcu 2017 aresztowano pracownicę Departament Stanu Candice Kleinborn – w czasie przesłuchania nie wspomniała o kontaktach z chińskimi urzędnikami. Na jej konto bankowe pieniądze przychodziły z Chin, a urzędnicy ChRL obsypywali ją prezentami, wśród których były iPhony, laptopy, w pełni umeblowane mieszkanie i wiele więcej. Ale Kleinborn nie przyznała się do winy i nie można jej było udowodnić, że ujawniła informacje o agentach amerykańskich.

W styczniu tego roku 53-letni Jerry Chun Shin Li został zatrzymany na lotnisku w Nowym Jorku. Etniczny Chińczyk, obywatel USA, w latach 1980 służył w amerykańskich siłach zbrojnych a od 1994 roku pracował w Centralnej Agencji Wywiadowczej, gdzie miał dostęp do tajnych dokumentów. W 2007 roku przeszedł na emeryturę i wyjechał wraz z rodziną do Hongkongu, osiadł w domu aukcyjnym, którego współwłaścicielem jest wpływowy chiński partyjny funkcjonariusz.

Przez cały ten czas amerykańskie służby wywiadowcze obserwowały go a w 2012 r. zwabiły do USA. Po przeszukaniu pokoju, w którym się zatrzymał, znaleziono dwa zeszyty: jeden z telefonami i adresami, drugi ze szczegółowymi informacjami o agentach CIA pracujących pod przykrywką. Znaleziono tam prawdziwe nazwiska, daty spotkań z łącznikami, adresy konspiracyjne mieszkań.

Po pięciu przesłuchaniach Li został z jakiegoś powodu wypuszczony na wolność, a następnie pozwolono mu wrócić do Hongkongu. Aresztowano go po sześciu latach, oskarżając o kradzież tajnych informacji. Zabrakło jednak dowodów na to, że przekazywał informacje chińskim służbom specjalnym. Ponadto dane, które znaleziono nie pozwalały na jednoznaczne stwierdzenie, że to on przekazał informacje o amerykańskiej sieci w Chinach.

Konsekwencje są katastrofalne

Zdrada, hakerzy, własne niedbalstwo lub wszystko razem – CIA i FBI nie wiedzą co dokładnie zniszczyło amerykańską sieć wywiadowczą w Chinach. Nie wiedzą nawet, jak głęboko Chińczycy przeniknęli do systemu amerykańskich służb specjalnych.

CIA jest szczególnie zaniepokojona tym, czy Pekin podzielił się informacjami z Moskwą. Właśnie w momencie, gdy amerykańska sieć wywiadowcza upadła w Chinach, kilku agentów pracujących w Rosji przestało się komunikować.

W każdym razie porażka jest katastrofalna. W Stanach Zjednoczonych sądzą, że odbudowa zniszczonej siatki potrwa wiele lat. Lub w ogóle się nie uda.

Liczbę strat związanych z porażką CIA można porównać tylko z wyłapaniem dziesiątek amerykańskich agentów w ZSRR. Wtedy chodziło o zdradę – informacje o amerykańskiej agenturze przekazał pracownik Federalnego Biura Śledczego Robert Hanssen i szef jednostki kontrwywiadowczej CIA Aldrich Ames. Obaj zostali zwerbowani przez KGB w latach 70. i 80. XX wieku.

Źródło:
>https://www.kramola.info/vesti/protivostojanie/bolshie-igry-specsluzhb-kak-kitay-razdavil-cru

Do pobrania:
DOCX
PDF

https://treborok.wordpress.com

Turcja przegrywa w Idlib

BLISKI WSCHÓD: Na szczycie w Teheranie Erdogan nie zdołał przekonać Rosji i Iranu do powstrzymania ofensywy syryjskiej w Idlib. Dla Turcji oznacza to klęskę wojskową i polityczną…

Mało kto spodziewał się takiego obrotu losów syryjskiej wojny. Nasłana z całego świata zbieranina terrorystów ponosi sromotną klęskę w starciu z armią syryjską, która – ożywiona duchem zwycięstwa i chęcią zemsty za wcześniejsze upokorzenia i zbrodnie – ściga ostatnie oddziały bandytów na bazaltowym polu Tulul as-Safa w prowincji Suweida na południu kraju, oraz zaciska pierścień oblężenia wokół północnej enklawy Idlib.

Na południu los walk jest już przesądzony: armia dorzyna ostatnie watahy Daeszu kryjące się w załomkach dawno wygasłego wulkanu, odcięte od wody i amunicji. Dla nich już nie ma ratunku: tak długo ostrzeliwali z moździerzy Damaszek i Wschodnią Ghoutę, kryjąc się na przedmieściach stolicy, że nikt nad nimi nie będzie miał litości.

Armia nie ukrywa swych zamiarów: tu nie bierze się jeńców i nie oczekuje ich kapitulacji, wszyscy zostaną wystrzelani jak wściekłe psy do ostatniego osobnika.

Pozostaje los północnej enklawy Idlib pod politycznym parasolem Turcji. Rozpoczęta tam 4 września ofensywa wojsk syryjskich, wspieranych przez lotnictwo rosyjskie, siły irańskie oraz libański Hezbollah i syryjskich Kurdów (lojalnych wobec prezydenta Assada) ma na celu likwidację ostatniego bastionu terrorystów w północno-zachodniej Syrii.

W Idlib schroniło się jakieś 30-40 tysięcy terrorystów należących do różnych organizacji sunnickich, spośród których największą jest ekstremistyczna koalicja pn. Hajat Tahrir asz-Szam (dawniej Dżabhat an-Nusra) uznana za organizację terrorystyczną w UE. Ich politycznym patronem jest Turcja, przez którą przechodzi dla nich zaopatrzenie i która pozostaje ostatnią drogą ewentualnej ucieczki.

Szacuje się, że w Idlibie przebywa obecnie ok. 3 mln ludzi, z czego połowa to przesiedleńcy i uchodźcy z innych prowincji. Idlib od początku konfliktu był mocnym bastionem sunnickiej opozycji, a w ostatnich latach miejscem, do którego ewakuowani byli bojownicy z rodzinami z obszarów kolejno zdobywanych przez siły rządowe. Zdobycie Idlibu przez wojska syryjskie oraz ich sprzymierzeńców oznaczałoby ostateczne zwycięstwo Baszara al-Assada w wojnie narzuconej przez obce siły za pomocą najemników.

Istnieje ryzyko, ze wtedy powtórzy się scenariusz znany np. z Aleppo, gdzie dochodziło do stymulowanego exodusu ludności cywilnej – wtedy głównie do Idlibu, i potem przez Turcję dalej do UE. Obecnie także odnotowano już pierwsze ruchy ludności w stronę granicy tureckiej. Sunnicka ludność Idlibu, w sporej części od początku popierająca antyrządową rebelię i zasilająca jej szeregi wie, że powrót pod władzę Damaszku nie będzie dla niej miły i wcześniej czy później czeka ją rozliczenie za terror jakiego się dopuszczała wobec sąsiadów, zwłaszcza z innych grup ludności Syrii: szyitów, alawitów, chrześcijan, Kurdów itp.

Upadek Idlibu spowoduje więc katastrofę humanitarną i masowy napływ uchodźców do Turcji.
Właśnie po to, aby temu zapobiec 7 września w Teheranie odbył się szczyt z udziałem prezydentów Hasana Rouhaniego, Władimira Putina i Recepa Tayyipa Erdoğana. Celem Ankary było przekonanie Teheranu i Moskwy – głównych mocodawców Damaszku – do powstrzymania syryjskiej ofensywy.

Ponieważ tak jak było do przewidzenia – cel ten się nie powiódł, 9 września Turcja zaczęła wzmacniać swoją obecność wojskową w Idlib, wysyłając konwój wsparcia złożony z ok. 300 pojazdów.

Erdoğan wyraził też zdecydowany sprzeciw wobec działań zbrojnych, które mogą doprowadzić do katastrofy humanitarnej oraz wezwał tzw. wspólnotę międzynarodową (czytaj: Zachód) do zdecydowanej reakcji.

Przetrwanie Idlibu ma bowiem dla Turcji fundamentalne znaczenie. Od początku konfliktu w Syrii w 2011 roku Ankara występuje jako patron opozycji sunnickiej oraz adwokat cywilnych ofiar wojny. Ponadto Turcja utrzymuje posterunki wojskowe w tej strefie ponieważ jest gwarantem tzw. strefy deeskalacji w Idlibie na mocy porozumień z Astany zawartych z Rosją i Iranem.

Spodziewany upadek Idlibu naraziłby Turcję na konieczność przyjęcia kolejnej fali uchodźców, a wraz z nimi również pokonanych i sfrustrowanych terrorystów, których dotąd pomagała uzbrajać i zaopatrywać. Zadaniu temu Ankara nie byłaby dziś w stanie sprostać, szczególnie w warunkach narastającego kryzysu gospodarczego i bliskim załamaniu tureckiej waluty. Jednocześnie, wobec kontrowersji, jakie nadal budzi forsownie ustanowiony niedawno system prezydencki Erdogana, kolejny kryzys związany z ewentualną klęską tureckiej polityki wobec Syrii może ożywić turecką opozycję i doprowadzić do poważnych wstrząsów wewnętrznych.

Obecny kryzys w Idlibie ukazuje bowiem fiasko tureckiej polityki zagranicznej i jej poważne ograniczenia. Mimo ogromnych wysiłków politycznych Ankara nie zdobyła skutecznych sojuszników w Syrii ani na Bliskim Wschodzie. Ponadto nie może już liczyć na wsparcie Stanów Zjednoczonych – swojego największego formalnego sojusznika.

Odkąd USA próbowały poprzez sieć wpływów Gulena dokonać przewrotu i obalić Erdogana stosunki obu państw są najgorsze od kilkudziesięciu lat. Również prorosyjski zwrot w polityce Turcji, trwający od 2016 roku, nie przyniósł jak dotąd spodziewanych efektów. Konsekwentnie wspierając Syrię Moskwa uderza w strategiczne interesy Ankary, demonstrując tym samym nierównorzędność swoich relacji z Turcją.

Częściowe zrozumienie Turcja znajduje natomiast w UE, co potwierdzono m.in. w czasie wizyty niemieckiego ministra spraw zagranicznych w Turcji w dniach 6–7 września. UE jest zaniepokojona wizją nowej fazy kryzysu migracyjnego, ale realne możliwości aby temu zapobiec i wesprzeć wysiłki Turcji są jednak niewielkie.

Niezależnie od przebiegu i zakresu ofensywy na Idlib oraz przyszłości kontrolowanego przez Turcję syryjskiego Afrinu i obszarów przylegających, możliwości obrony przez Turcję własnych interesów, a tym bardziej odzyskania inicjatywy politycznej są bardzo ograniczone.

Ankara staje przed poważnym problemem: druga co do wielkości armia lądowa NATO nie jest w stanie zapewnić sobie sukcesu u swoich granic w Syrii, nie może także pokonać Kurdów z Rożawy, i prawdopodobnie będzie musiała coś zrobić z następną falą uchodźców. Chyba nie tak sobie Erdogan wyobrażał swoją syryjską przygodę kilka lat temu.

/źródło: OSW; al-Masdar/
http://jeznach.neon24.pl/

Skąd się biorą dzieci?

Od stuleci, a może nawet od tysiącleci wiadomo, że najcięższa jest dola chłopa. Na tym spostrzeżeniu zbudowanych zostało wiele teorii, a nawet – politycznych programów, na przykład agraryzm, głoszący, że co jest dobre dla chłopów, to jest dobre dla państwa.

Posiadanie politycznych programów jest konieczne przy zakładaniu partii. Jak bowiem zauważył Stanisław Cat-Mackiewicz, do założenia partii potrzebne są dwie rzeczy: klika, to znaczy pardon – jaka tam znowu „klika”; nie żadna „klika”, tylko oczywiście elita, no i właśnie program.

Toteż w każdym kraju, zwłaszcza takim demokratycznym, jak nasz, aż roi się od przedstawicieli elit, do tego stopnia, że nie można nawet splunąć, żeby w jakiegoś nie trafić, a i z programem – powiedzmy sobie entre nous szczerze – też nie ma problemu. Wszystkie bowiem programy polityczne mają jeden wspólny mianownik, mianowicie: „róbmy sobie na rękę”.

Wyraził to jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński w niezapomnianym wierszyku „Nocna rozmowa z mamą”. Syn zwierza się matce, że miał „sen prześliczny”, „że przystępuję do g…arzy i z nimi robię to samo” – na co matka pyta go: „a na czym polega, na czym, robota w którąś się wplątał?” – a syn w odpowiedzi szczerze wyjaśnia, „by rzec prawdę, z pustego w próżne przelewamy, a sobie na konto.”.

Oczywiście publicznie czegoś takiego powiedzieć nie można, oficjalnie trzeba mówić coś zupełnie innego, toteż niedawno Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński wprawił w zdumienie cały naród oświadczając, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”. Niektórzy podejrzliwcy zaczęli nawet się zastanawiać, czy te objawy pojawiły się u niego po pomyślnym zakończeniu kuracji kolana w wojskowym szpitalu na Szaserów, ale bardziej przekonujące jest wyjaśnienie, że zbliżają się wybory do samorządów, czyli konkurs na obsadzenie około 50 tysięcy synekur, gdzie przez najbliższe cztery lata można będzie na koszt Rzeczypospolitej i wypić i zakąsić, a jak dobrze pójdzie – to i pysk umoczyć w melasie.

W takiej sytuacji jasne jest, że w domu wisielca nie wypada rozprawiać o sznurze, tylko o poświęceniu koniecznym dla realizowania „dobra wspólnego”. Toteż takie na przykład Polskie Stronnictwo Ludowe już ponad 100 lat jedzie na patencie, że „najcięższa jest dola chłopa”, dzięki czemu zawsze jakoś tam wyląduje na czterech łapach, bo wiadomo, że chłopem jest każdy – chyba, że akurat jest babą.

Skoro zatem zbliżają się wybory samorządowe, to znaczy – konkurs na obsadzenie co najmniej 50 tysięcy synekur, gdzie… – i tak dalej – to nic dziwnego, że przez Warszawę przewaliła się potężna demonstracja rolników którzy nie tylko nieubłaganym palcem wytykali Umiłowanym Przywódcom uprawianie „nieprzemyślanej polityki, polegającej na wyprzedawaniu polskiego kapitału”, ale przede wszystkim – na „niskie ceny w skupach”, a wysokie – w sklepach. „Mamy prawo żyć godnie, mamy prawo sprzedawać dobre polskie produkty za godziwą cenę (…) mamy prawo powiedzieć konsumentom, że to nie my dyktujemy zawyżone ceny produktów!” – grzmieli uczestnicy protestu, odgrażając się, że 6 sierpnia przedstawią premierowi Morawieckiemu pro memoria, kto wie, czy nie na skórze.

Rzeczywiście, o ile cena takiego na przykład kilograma kartofli w skupie wynosi 20 groszy, to w sklepie – już 2 złote. Protestujący rolnicy pomstowali tedy na „bezsilność państwa”, które nie tylko bezradnie przygląda się wyprzedawaniu „polskiego kapitału”, ale w dodatku nie jest w stanie zrobić porządku z wyzyskiwaczami.

Wprawdzie przypominanie rządowi, iż „najcięższa jest dola chłopa”, spowodowane jest zbliżającymi się wyborami samorządowymi, w których Polskie Stronnictwo Ludowe zamierza obsadzić możliwe najwięcej synekur, toteż przez swoich jawnych i tajnych współpracowników organizuje spontaniczne demonstracje „zagniewanego ludu”, ale zapomnijmy na chwilę o tej przyczynie i odnieśmy się do protestów merytorycznie.

Na początek wypada przypomnieć porzekadło, które chyba nieprzypadkowo pojawiło się właśnie w Polsce: „Czegoś głupi – boś biedny. Czegoś biedny – boś głupi.” Otóż – po pierwsze – uczestnicy protestów sprawiają wrażenie, jakby nie rozumieli związku przyczynowego między stosunkami płciowymi a rodzeniem się dzieci. Tymczasem jeśli domagają się, żeby Unia Europejska dawała im „dopłaty”, to nie mogą się dziwować bezradności, z jaką rządy w Warszawie przyglądają się „wyprzedawaniu polskiego kapitału”.

Dyć po to właśnie Niemcy w 2004 roku wciągnęły Polskę do Unii, żeby w żadnej dziedzinie, również w rolnictwie, nie robiła im konkurencji, a nie po to, by ulżyć polskim chłopom w ich najcięższej doli. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało, sprzedając swoją przyszłość za obietnicę „dopłat”.

A przecież to jeszcze mały pikuś w porównaniu z „roszczeniami” żydowskimi. Tu nikt nie będzie Żydom niczego „wyprzedawał”, tylko odda za darmo – czego już dopilnuje Nasz Najważniejszy Sojusznik, który w dodatku każe Polsce smarować tłusty połeć ukraiński, bo mu to potrzebne w globalnej rozgrywce z Moskalikami.

No dobrze – a co z „wyzyskiwaczami”, co to dyktują „zawyżone ceny produktów”? Czy to rezultat „bezradności państwa”, czy jakiejś innej przyczyny? Stawiam tedy to pytanie, bo przed laty, w publicznej dyskusji nad tą sprawą, zaproponowałem rolnikom, żeby, zamiast narzekać na „wyzyskiwaczy”, zakładali konsorcja, czyli wspólne biura sprzedaży. W ten sposób wypchnęliby z rynku dyktujących ceny hurtowników i zaczęliby dyktować je sami. W odpowiedzi usłyszałem, że nic z tego nie będzie, bo w takich konsorcjach jedni drugich by tylko oszukiwali.

W takiej sytuacji rzeczywiście – nie pozostaje nic innego, jak narzekanie, że „najcięższa jest dola chłopa” i oczekiwanie, że „państwo” sypnie groszem i znowu będzie, jak za Gierka.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl/

Zrzucamy się na emerytury dla obcokrajowców

Rządzący masowo podpisują umowy międzynarodowe dotyczące koordynacji zabezpieczenia społecznego, dzięki którym obcokrajowcy przybywający do naszego kraju będą dostawali emerytury zasilane przez składki polskich pracowników.

Tego typu porozumienia przewidują bowiem, że pieniądze z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych zostaną wypłacone osobom, które zaliczą odpowiedni staż pracy w Polsce.

Pierwszą umowę tego typu podpisano już w 2014 roku, a więc jeszcze przed masowym napływem imigrantów do naszego kraju. Ówczesne porozumienie zawarto z Ukrainą, natomiast w ostatnim czasie prezydent Andrzej Duda ratyfikował podobne przepisy dotyczące pracowników z Turcji i Mongolii, w kolejce czeka obecnie Izrael, zaś obecnie toczone są negocjacje z Białorusią.

Dzięki temu obcokrajowcy będą mogli dostawać pieniądze z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Chodzi przy tym nie tylko o emerytury, ale także o renty, świadczenia chorobowe czy też zasiłki dla bezrobotnych. Cudzoziemcy będą więc mogli otrzymać polskie emerytury po przepracowaniu w naszym kraju wymaganej ilości czasu, doliczając do tego staż pracy w swoim kraju (sic! – admin).

Tym samym obcokrajowcy nie tyle „uratują polskie ubezpieczenia społeczne”, jak przekonuje nas pro-imigracyjna propaganda, ale będą go drenować.

Na podstawie: money.pl, gazetaprawna.pl.
http://autonom.pl