Felieton hybrydowy

Prezydent Donald Trump kilkakrotnie powtórzył, że jego poprzednik Barack Obama „utracił Krym”. Gdybym ja był wtedy prezydentem, Rosjanie nie śmieliby zająć Krymu – dodał.

Jeżeli Obama utracił Krym, to znaczy, że ten Krym należał do Stanów Zjednoczonych lub przynajmniej powinien należeć. Jak inaczej mógłby Obama go utracić? Mówimy o Krymie pars pro toto, chodzi o całą Ukrainę.

Na razie Amerykanie stanęli na Ukrainie jedną nogą pancerną i pieniężną (sławne 5 mld dol. Victorii Nuland) i najwidoczniej zamierzają stanąć obiema. „My nie odpuścimy” – jak się wyraził pewien polski polityk, zresztą liberalny, wtajemniczony i mądry. Nasi politycy i dziennikarze, gdy mówią „my”, wypowiadają się w imię całego Zachodu.

Wzięcia Ukrainy pod swój protektorat wymaga amerykańska racja stanu, która polega na niedopuszczeniu do tego, aby Rosja urosła do potęgi porównywalnej do upadłego Związku Radzieckiego.

Popełniliśmy błąd – można przeczytać w amerykańskich publikacjach – że nie doprowadziliśmy do końca dezintegracji Rosji w czasach Jelcyna, gdy było to łatwe. Po zbyt długim urzędowaniu Putina można się spodziewać nowego rozprężenia, ale takiej możliwości trzeba pomóc. Już Roman Dmowski z właściwą sobie przenikliwością dowodził, że bez Ukrainy Rosja popadnie w tak wielkie kłopoty – militarne, tożsamościowe i inne – że nie wiadomo, czy jej integralność będzie mogła być zachowana.

Odpowiedzialnie myślący ludzie w Ameryce nie chcą eksperymentowania z polityką rozbicia Rosji. Zbigniew Brzeziński pod koniec życia wystąpił z koncepcją, którą od razu nazwano finlandyzacją Ukrainy: niepodległość – tak i koniecznie, ale bez przynależności do zachodniego bloku militarnego. Proszę sobie wyobrazić – mówił – bazy NATO w pobliżu Stalingradu. Podobną opinię wygłosił Henry Kissinger.

Obecnie jednak kręgi decydujące o polityce USA stają się coraz bardziej antyrosyjskie, jawnie głoszą, że Rosja jest głównym wrogiem Ameryki (kandydaci na prezydentów w poprzednich wyborach, jak John McCain, Mitt Romney), a upadkiem największego wroga nie tylko nie należy się martwić, lecz raczej należy uczynić go pewnym.

Gdyby wyrażenie „wojna hybrydowa” miało jakiś sens – a według mnie ma ono mało sensu – to można by nim określić obecną politykę Anglosasów wobec Rosji: dezinformacja, sankcje gospodarcze jedne za drugimi, diabolizacja rosyjskiego prezydenta.

Odreagowanie Rosjan jest dalece niesymetryczne, ponieważ nie mają oni ani mediów równoważących zachodnie, ani talentów propagandowych, ani dość wielkiej gospodarki, której mogliby użyć w tej – powiedzmy łagodnie – rywalizacji na sankcje zorientowanej na coraz ostrzejszy konflikt.

Poza obrębem władzy istnieją tylko polityczne złudzenia – powtarzam ten aforyzm Napoleona zawsze, gdy obawiam się, że czytelnik może mi przypisać zarozumiały bezkrytycyzm tam, gdzie na miejscu są tylko sceptycyzm i względność. Myślę to, co piszę, ale znajduję się poza obrębem władzy.

Demokracja dała każdemu prawo głosu we wszystkich sprawach tego świata, więc korzystam z tego, dopóki wolno, a podobno już niedługo będzie wolno, bo uczony z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego stworzył nową teorię szpiegostwa, według której głoszenie poglądów na tematy międzynarodowe niezgodnych z poglądami władzy jest właśnie szpiegostwem.

Jak będzie wyglądało stawianie przez Amerykę drugiej nogi na Ukrainie? Może powoli, a może gwałtownie. Wojna między Rosją a Ameryką jest tak mało prawdopodobna, że można ją pominąć w rozumowaniu. Jeżeli wojna, to między Rosją a Ukrainą.

Szef sztabu armii ukraińskiej poinformował niedawno, że Ukraina zaczęła produkcję rakiet mających w swoim zasięgu Moskwę i Petersburg. Zastępca tego szefa powiedział to w rosyjskiej telewizji. Różnica potencjałów militarnych Rosji i Ukrainy ciągle jeszcze jest wielka, ale dzięki amerykańskiej pomocy się zmniejsza, co znaczy, że prawdopodobieństwo wojny się zwiększa.

Polska chce należeć do tej wojny, obie partie panujące, PiS i PO, przyjęły założenie, że sojusz z Ukrainą jest najlepszą gwarancją naszej niepodległości i bezpieczeństwa. Takie są przekonania ludzi nie spoza obrębu władzy, lecz z samego jej centrum.

Czytałem gdzieś przewidywania angielskiego dziennikarza, że najpierw Rosjanie i Ukraińcy zaczną się bić, a następnie wkroczy NATO i weźmie w obronę Ukraińców. Otwiera się tu szerokie pole do spekulacji na temat, jak to wpłynie na bezpieczeństwo Polski. Pewna niewiasta z kręgów rządowych zapewnia uspokajająco, że tym razem pobojowiskiem będzie nie Polska, lecz Ukraina. Nie mogę powiedzieć „daj Boże”, bo Łagowscy są rozsiani po obu stronach Bugu.

W tygodniku „Do Rzeczy” znalazłem artykuł, w którym autor dowodzi, że my, Polacy, już jesteśmy objęci wojną hybrydową wydaną przez Rosję i powinniśmy być nadzwyczaj czujni. Temu służy poszerzone pojęcie szpiegostwa. Terenem szczególnie wrażliwym na szpiegostwo jest polityka historyczna.

„Dla Rosji polityka historyczna jest jednym z moralnych filarów uzasadniających posunięcia współczesnych decydentów na Kremlu. Mit związany z udziałem Kremla w II wojnie światowej jest wykorzystywany do legitymizowania imperialnych zapędów Moskwy”.

Dalej autor zadowalająco rozwija tę myśl i dodaje: „Działania rosyjskie skupiają się na pokazaniu Polski jako kraju rusofobicznego”, co jest kłamstwem, o czym każdy może się przekonać, czytając polskie gazety lub oglądając telewizję.

Dobitnym dowodem na kłamliwość tej tezy jest fakt, że obie partie panujące – PO i PiS – pilnują się nawzajem i ostrzegają przed skłonnością do złagodzenia polityki antyrosyjskiej. Donald Tusk, który nam grozi jako następny Duda, oświadczył niedawno: „Kaczyński jest jednym z liderów obozu proputinowskiego w Europie”. Dobry początek felietonu w piśmie satyrycznym.

Pogląd, że polityka historyczna jest terenem wojny hybrydowej, przyjęły wysokie urzędy państwowe. Kręgi liberalne do tej pory nie zaprotestowały choćby w najłagodniejszy sposób przeciw tłumieniu wolności słowa pod pretekstem walki z rosyjską polityką historyczną.

Jedynym politykiem, który zabrał w tej sprawie głos, jest poseł Janusz Sanocki. Jego dramatyczne i celne oświadczenie „w sprawie zagrożenia wolności obywatelskich” przez obecne służby państwowe wydrukowało prawicowe czasopismo „Myśl Polska” (3-9 czerwca 2018).

Reagując na wykluczenie z konferencji naukowej badaczy z powodu ich poglądów politycznych i historycznych, poseł Janusz Sanocki pisze w liście protestacyjnym do prezydenta, premiera i ministrów: „żaden przepis nie upoważnia ani BBN, ani jakiegoś funkcjonariusza ABW do cenzurowania naukowych wystąpień ani do określania, który naukowiec może wystąpić na konferencji i co może powiedzieć. Jest to brutalne i pozaprawne działanie, naruszające art. 54 konstytucji” („Myśl Polska”, jw.).

Żyjemy w nastroju oczekiwania na wojnę i przygotowywania się do niej, w takich warunkach ani konstytucja, ani inne prawa się nie ostoją i sam pan Timmermans nic na to nie poradzi.

Bolesław Łagowski
https://www.tygodnikprzeglad.pl/

Propaganda i rzeczywistość

Polska nie może zmienić swojego położenia geograficznego, a to oznacza, że naszym największym partnerem mogącym dostarczyć najtańsze surowce energetyczne jest Rosja. Nie chcą się z tym pogodzić polscy decydenci i od lat zatruwają atmosferę wizją jakiegoś gigantycznego zagrożenia suwerenności, mimo że kraje takie jak Węgry, Finlandia czy Słowacja widzą to zupełnie inaczej.



Mit zagrożenia gazowego ze strony Rosji jest w Polsce wszechpotężny, mimo że w bilansie energetycznym Polski gaz rosyjski nie odgrywa większej roli.

Co ciekawe, póki co, w sprawie importu rosyjskiej ropy takiej propagandy nie ma, co jest o tyle dziwne, że akurat w tej dziedzinie uzależnienie Polski od Rosji jest znacznie większe niż w przypadku gazu.

Tymczasem rzeczywistość jest silniejsza niż ideologiczno-propagandowe zadęcia. Jak nieco wstydliwie informują media Polska sprowadza coraz więcej węgla z… Rosji, bo sama nie jest w stanie zapewnić zapotrzebowania na ten surowiec.

Dowiadujemy się także, że Gazprom zwiększył eksport gazu ziemnego do Polski o 6,6% w okresie styczeń-lipiec 2018 r. A przypomnę tylko, że jest to firma uznana w Polsce za „narzędzie rosyjskiego imperializmu”.

Ale to nie wszystko. Oto polski koncern Lotos zawarł gigantyczny kontrakt z rosyjskim Rosnieftem na dostawę od 6,4 mln ton do 12,6 mln ton ropy naftowej do końca 2020 r. Przeliczając na dwa i pół roku wychodzi nie mniej niż 2,6 mln ton rocznie i nie więcej niż 5 mln ton. To dużo więcej niż Lotos sprowadził od Rosnieftu w ub. roku. Rosyjska firma pochwaliła się tym kontraktem i wydała stosowny komunikat, pisząc, że „umowa z Grupą Lotos potwierdza jakość relacji partnerskich Rosnieft z głównymi odbiorcami w tradycyjnych regionach zbytu rosyjskiej ropy”. Polski Lotos milczy na ten temat, jakby wstydząc się zawartego porozumienia.

Szef Lotosu jeszcze rok temu, wychodząc naprzeciw politycznemu zapotrzebowaniu, przy okazji pierwszego transportu ropy amerykańskiej do rafinerii gdańskiej – wojowniczo zapowiadał dalsze pogłębianie dywersyfikacji i kolejne dostawy ropy z innych kierunków niż rosyjski. Dzisiaj po cichu podpisuje kontrakt z Rosnieftem.

Pewnie głównym powodem zawarcia tego kontraktu jest cena – tłoczona rurociągiem „Przyjaźń” rosyjska ropa jest po prostu tańsza od „słusznych” politycznie dostaw z USA i Zatoki Perskiej, a i transport nie stanowi żadnego problemu. Tak oto, ideologia i doktrynerstwo przegrywa z pragmatyką i rachunkiem ekonomicznym.

Jan Engelgard
Myśl Polska, nr 33-34 (12-19.08.2018)
http://mysl-polska.pl/

Tajemniczy wirus X doprowadzi do zagłady ludzkości? „Nagle przebudzi się i zaatakuje nasz gatunek”.

Tajemniczy wirus X doprowadzi do zagłady ludzkości? W artykule portalu gazeta.pl pt. „Co zabije ludzkość?” wymieniane są choroby bądź zjawiska, które mogą doprowadzić do zagłady ludzkości. Jednym z nich jest tajemniczy Wirus X.



Wirusa, który wywoła dotąd nieznaną chorobę/pandemie, na niebotyczną skalę, może być może w ogóle jeszcze nie znamy. Możliwe, że jest gdzieś uśpiony w świecie zwierzęcym, a kiedyś nagle przebudzi się i zaatakuje nasz gatunek – mówi dr Grzesiowski.

„Taka groźba jest jak najbardziej realna, a wybuch pandemii niemal nieunikniony, zważywszy na to, jak często i na jakie odległości przemieszczamy się po planecie” – dodaje.

Także WHO wyraża zaniepokojenie tajemniczym wirusem X. [… którego nikt jeszcze nie odkrył… – admin]

W wydanym niedawno dokumencie ostrzega przed „wirusem X” – właśnie takim mikrobem, o którym dziś jeszcze nic nie wiemy. W związku z tym, że nigdy nie poznamy wszystkich groźnych wirusów, podstawą jest stworzenie skutecznego i szybkiego procesu reagowania na nowe zagrożenia – tłumaczy dr Grzesiowski.

Obszernie opisuje to dokument wydany przez WHO w lutym 2018. W dokumencie znajduje się modelowy opis wirusa X, ten zabieg ma motywować do opracowania krok po kroku reakcji pozwalających na stłumienie rodzącej się epidemii. To przede wszystkim szybkie odizolowanie chorych, potem trzeba jak najszybciej poznać wroga – dodaje Grzesiowski.

[Miejmy nadzieję, że wirus, którego jeszcze nikt nie odkrył, będzie miał takie właściwości, jakie przewidziano w naukowo opracowanym modelu – admin]

Do tego zaangażowane będą międzynarodowe instytucje badawcze, sztab naukowców, który zidentyfikuje wirusa i opracuje szczepionkę lub surowicę przeciwko niemu. Takie działania według WHO, powinny zająć około trzy miesiące.

Źródło: gazeta.pl/nczas.com
https://nczas.com/

Dlaczego uny nie zajmą się jeszcze innymi niebezpieczeństwami, jak uderzenie w Ziemię przez niewidzialną kometę, najazd armii mieszkańców innych planet, stada nieznanych jeszcze nauce ptaków które wydziobują oczy, albo inwazja inteligentnych koników polnych?
Admin

USA szykują miażdżący cios, po którym Rosja się „nie podniesie”

Amerykańskie kurwy wciąż robią rejwoch i giewałt. Oby się nie posrali z wysiłku.
Admin

Trudno jest znaleźć lepszą ideę niż wróg zewnętrzny, z którym trzeba walczyć – powiedział politolog Igor Kowaliow, komentując projekt amerykańskiej ustawy zaostrzającej sankcje.

Grupa amerykańskich senatorów przedłożyła do rozpatrzenia projekt ustawy, zaostrzającej sankcje przeciwko Rosji — wynika z oświadczenia przedstawicieli Partii Demokratycznej i Republikańskiej.
Dokument proponuje nałożenie nowych sankcji, w tym na rosyjski dług publiczny. Poza tym projekt ustawy przewiduje sankcje przeciwko rosyjskim politykom i biznesmenom.

Obecnie obowiązujące sankcje nie były w stanie powstrzymać Rosji przed ingerencją [sic! – admin] w nadchodzące wybory uzupełniające 2018 roku. Nasz cel polega na zmianie statusu quo i wprowadzeniu miażdżących sankcji oraz innych środków przeciwko putinowskiej Rosji — oznajmił jeden z autorów projektu ustawy, republikański senator Lindsey Graham.

Jak podkreślił będą to „najcięższe restrykcje, jakie do tej pory wprowadzono”.

[I to są amerykańskie „elity”, starannie odsiewane metodą precyzyjnej klasyfikacji… Boże, Boże… – admin]

Nowe sankcje będą obowiązywać do czasu, kiedy Rosja „nie zakończy cyberataków na USA i nie zmieni polityki w Syrii oraz na Ukrainie” — dodał polityk. Senator obarcza bezpośrednią odpowiedzialnością za te działania prezydenta Rosji Władimira Putina.

[A Rosja będzie przeprowadzać cyberataki, dopóki USA nie zaprzestanie manipulowania trajektorią Marsa – admin]

W ubiegłym tygodniu Graham i jego kolega Demokrata Robert Menendez ogłosili rozpoczęcie prac nad „obszernym projektem ustawy” ws. zwiększenia nacisku sankcyjnego na Rosję. Jak powiedział przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Senatu USA Bob Corker, Kongres może go uchwalić do końca bieżącego roku.

Dokument o nazwie „Ochrona amerykańskiego bezpieczeństwa przed agresją Kremla” zakłada m.in. zaostrzenie sankcji wobec rosyjskiego sektora energetycznego i finansowego, przedsiębiorstw z udziałem kapitału państwowego, sankcje sektoralne przeciwko cybersportowcom z Rosji, a także utworzenie narodowego centrum reagowania na rosyjskie zagrożenie.

Dokument przewiduje ponadto ograniczenia w zakresie nowych operacji z rosyjskim długiem publicznym, a także umów, związanych z inwestycjami w projekty energetyczne, wspierane przez rosyjskie koncerny państwowe. Sankcje są skierowane również przeciwko politykom i biznesmenom: senatorzy zamierzają na przykład wyjaśnić, jakie aktywa posiada sam prezydent Rosji Władimir Putin.

Oprócz tego autorzy inicjatywy proponują utworzyć ośrodek narodowy, który walczyłby z „rosyjską dezinformacją”.

Na antenie radia Sputnik politolog Igor Kowaliow wyraził opinię, że złożony przez amerykańskich senatorów projekt ustawy realizuje przede wszystkim cele wewnętrzne.

„Myślę, że biorąc pod uwagę obecny skład Kongresu ten projekt ustawy nie ma raczej szans, by przejść wszystkie konieczne etapy. To dość długi proces, powinien zostać omówiony w Izbie Reprezentantów i w Senacie, dopiero potem trafi na biurko prezydenta do podpisu. Ale jeśli mówić o istocie tego dokumentu, to absolutnie nie jest on zaskoczeniem”.

Jak wiadomo jeden z jego autorów — senator z Partii Republikańskiej Lindsey Graham, który sam przyznał, że sankcje nie dają oczekiwanego rezultatu, (mówi teraz), że ten projekt będzie «miażdżącym», «zabójczym» ciosem dla Rosji, po jakim już nie będzie mogła się podnieść.

Wszystko to jest związane z sytuacją wewnętrzną w Stanach Zjednoczonych. Obecnie wszystkie siły polityczne Ameryki są wciągnięte w walkę o zwycięstwo w wyborach uzupełniających do Kongresu. W sytuacji rozłamu wśród elit politycznych, walki przeciwko prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi potrzeba jest jakaś jednocząca idea.

A trudno jest znaleźć lepszą ideę niż wróg zewnętrzny, z którym trzeba walczyć. Dlatego autorzy projektu ustawy liczą przede wszystkim na własne korzyści i umocnienie swoich pozycji w organie ustawodawczym USA” — powiedział ekspert.

https://pl.sputniknews.com/

Na Łotwie trwa „tragedia narodowa”

Łotewski dziennikarz opowiedział o „tragedii narodowej” w kraju.

Radziecki i łotewski dziennikarz oraz naukowiec Arturs Priedītis na portalu Pietiek.com ostro krytykuje władze Łotwy i Łotyszy za „tragedię”, która ma miejsce w kraju.
Jego zdaniem Łotysze nie mogą uważać się za szczęśliwych, bo oznacza to godne życie, a to, co się teraz dzieje na Łotwie, w żaden sposób nie można nazwać dobrym życiem.

Utrata suwerenności narodowej, wprowadzenie obcych wojsk zgodnie z kryteriami okupacji, oszustwo z pojęciami „wolność” i „niepodległość”, grabieże w procesie bezprawnej prywatyzacji, kryminalne rządy oligarchiczne, zacofanie gospodarcze, kryzys demograficzny, upadek systemu edukacji, nauki i opieki zdrowotnej, propaganda perwersji i homoseksualizmu – Priedītis wylicza problemy, z którymi boryka się łotewskie społeczeństwo.

[Jakże się cieszymy, że nie tylko Polacy są w czarnej doopie… – admin]

Dziennikarz twierdzi, że łotewskie władze przed wyborami 6 października proponują jedynie to, co można nazwać mianem „optymalizacji tragedii”. Wygłaszane są obiecujące przemówienia, ale każda obietnica będzie oznaczać pewne zmiany w tragicznych okolicznościach łotewskiej rzeczywistości, a nie całkowite wyeliminowanie tragedii.

Uważa on, że duże niebezpieczeństwo stwarzają konsekwencje tej tragedii narodowej, bo wnikają głęboko w moralność kolejnych pokoleń, zmieniają mentalność i tożsamość, ducha, portret moralno-psychologiczny narodu, jego energetykę.

Społeczeństwo, zmęczone 30-letnimi rządami sił narodowo-radyklanych i kryminalno-oligarchicznych, ma przed sobą bardzo nieprzyjemną przyszłość.

Dziennikarz na zakończenie przytacza łotewską mądrość ludową: „Nie jest mi szkoda, że dobrze potrafi coś ukraść”.

Jego zdaniem, gdyby ta mądrość nie była tak popularna w narodzie, to władze napotkałyby na żelazny opór. – Jednak w zasadzie nie ma oporu – podsumowuje Priedītis.

https://pl.sputniknews.com

Rady konsyliarza doskonałego

Jeśli ktokolwiek jeszcze miał wątpliwości, że Uniwersytet Warszawski stanowi rodzaj parku jurajskiego, w którym znalazły przytulisko rozmaite osobliwości, nie tylko okazy kopalne w rodzaju hominis tristis diluvii testis, to właśnie może się o tym wszystkim przekonać na przykładzie pana profesora Marcina Matczaka.

Pan profesor, zresztą nadzwyczajny, jest człowiekiem stosunkowo młodym, zaledwie 42-letnim, w czym nie byłoby nic osobliwego, bo – jak głosi perskie przysłowie – „dobry kogut w jajku pieje”. Niestety jakiś diabeł podkusił go, by dołączył do Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji Batorego, wskutek czego wpadł w złe towarzystwo.

Fundacja Batorego, jak wiadomo, utworzona została przez starego, żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, nie tylko jako wywiadownia gospodarcza, ale również narzędzie korumpowania rozmaitych autorytetów moralnych, w dodatku – za niewielkie pieniądze.

O ile mi wiadomo, Fundacja dysponuje rocznym budżetem stanowiącym równowartość miliona dolarów – ale okazuje się, że do skorumpowania tubylczych autorytetów moralnych to zupełnie wystarczy. Jest w tym pewna tradycja, bo jeszcze w I Rzeczypospolitej, w jej okresie schyłkowym, ambasadorowie sąsiednich państw korumpowali posłów i senatorów za podobnie małe łapówki.

Kiedy byłem jeszcze redaktorem naczelnym Najwyższego Czasu, otrzymywałem z Fundacji Batorego coś w rodzaju sprawozdania finansowego, które było znakomitym przewodnikiem po polskim życiu publicznym, pozwalającym zorientować się, dlaczego osobistości z listy płac Fundacji ćwierkają z właściwego klucza.

Mężem zaufania grandziarza na nasz nieszczęśliwy kraj jest Główny Cadyk III Rzeczypospolitej, czyli pan Aleksander Smolar. Wprawdzie mówi się, że żadna praca nie hańbi, niemniej jednak niektóre zajęcia nadal budzą wątpliwości, a nawet uważane są za przestępstwa – jak na przykład czerpanie zysków z cudzego nierządu. Fundacja Batorego niewątpliwie podżega mnóstwo ludzi do nierządu, co prawda nie fizycznego, tylko intelektualnego, ale to chyba jeszcze gorsze. Nierządnica cielesna sprzedaje tylko swoje ciało, podczas gdy nierządnica intelektualna frymarczy swoją duszą.

Pewnym wytłumaczeniem powszechności tego procederu może być popularne w środowiskach postępackich przekonanie, że ludzie nie mają duszy – co w wielu przypadkach, na przykład w przypadku pana Aleksandra Kwaśniewskiego wydaje się nawet prawdopodobne, jeśli nie wręcz charakterystyczne – co, nawiasem mówiąc, pozwala mu pławić się w stanie pierwotnej niewinności. Nie chcę przez to powiedzieć, że i pan profesor Marcin Matczak uprawia takie jawnogrzesznictwo, uchowaj Boże – ale nie bez powodu popularne przysłowie przestrzega, że z kim przestajesz, takim się stajesz.

Musi być bowiem jakaś przyczyna, dla której nie tylko zaangażował się w walkę o praworządność w naszym nieszczęśliwym kraju – co jeszcze nie byłoby takie straszne, chociaż oczywiście powinno budzić niepokój – ale przede wszystkim dlatego, że w tej walce najwyraźniej zaczyna zatracać poczucie rzeczywistości. Buzowaniem gersdorfin podczas upałów wszystkiego wytłumaczyć nie można, więc w takim razie jak wytłumaczyć radę, jakiej pan profesor Marcin Matczak udzielił czasopismu „Newsweek”, kierowanym przez znanego z żarliwego obiektywizmu pana redaktora Tomasza Lisa?

„Sędziowie Sądu Najwyższego mogą zablokować PiS-owską wycinkę w najważniejszym polskim sądzie. Ale muszą się spieszyć” radzi profesor Matczak i kontynuuje. – „Jest jeszcze procedura, która może uchronić przed czystką sędziów SN, którzy ukończyli 65 lat, ale wymaga szybkiego działania. Wystarczy, że przy okazji rozpatrywania sprawy zawierającej tzw. aspekt unijny, np., dotyczącej ochrony środowiska, sędziowie wystąpią do Trybunału Sprawiedliwości UE z zapytaniem, czy po zmianach wprowadzonych przez PiS nadal są niezależnym sądem i mogą taką sprawę rozpatrywać” – radzi pan profesor Marcin Matczak.

Już mniejsza o to, dlaczego pan profesor Matczak ratunek dla praworządności upatruje w pozostawieniu w Sądzie Najwyższym sędziów, którzy ukończyli 65 lat – chociaż nie od rzeczy będzie zatrzymać się i nad tym. Tacy sędziowie aplikację sądową kończyli – podobnie jak pani Małgorzata Gersdorf – w latach 70-tych, no a potem otrzymywali nominacje – formalnie od Rady Państwa. Tak naprawdę jednak, o tych nominacjach decydowały instancje partyjne, na podstawie opinii Służby Bezpieczeństwa, która wyrokowała, czy taki jeden z drugim kandydat na sędziego „daje rękojmię” należytego wykonywania swojej służby, czy nie.

W jaki sposób SB nabierała przekonania, że kandydat tę rękojmię „daje” – tego nawet nie śmiem się domyślać – ale determinacja, z jaką stare kiejkuty akurat ich uznały za najważniejszą gwarancję praworządności, skłania do zastanowienia tym bardziej, że – jak wiadomo – w latach 80-tych sowieciarze pozwolili STASI na werbowanie agentów we wszystkich środowiskach w Polsce. Oczywiście nie wszyscy sędziowie musieli zostać zwerbowani, co to, to nie – ale zainteresowanie Naszej Złotej Pani i niemieckiego owczarka Franciszka Timmermansa tą sprawą też jest charakterystyczne.

Mniejsza jednak o to, bo znacznie ciekawsza i nie pozbawiona niezamierzonego zapewne efektu komicznego, jest rada pana prof. Matczaka, by sędziowie SN zwrócili się z pytaniem do ETS w Luksemburgu, czy są jeszcze niezależnym sądem, czy nie.

Cóż sądzić o osobach, które same nie potrafią odpowiedzieć na tak proste pytanie? Gdyby mnie ktoś o coś takiego zapytał, to pomyślałbym sobie, że ten człowiek utracił poczucie rzeczywistości, że mówiąc krótko – jest to pacjent, a jeśli nawet nie – to skoro strzelił mu do głowy pomysł, by o takie rzeczy oficjalnie pytać – że to patentowany dureń.

I tak źle i tak niedobrze – bo cóż w takiej sytuacji mogą sobie o takich sędziach Sądu Najwyższego w Polsce pomyśleć ich koledzy z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości? Ani jako pacjenci, ani jako durnie nie mogą tworzyć niezależnego sądu, toteż nietrudno przewidzieć, jakiej odpowiedzi udzieliłby Europejski Trybunał Sprawiedliwości i to nawet nie z powodu solidarności międzynarodówki przebierańców, tylko z pogardy, kto wie, czy nie uzasadnionej.

Ponieważ dojście do takiego wniosku wcale nie przekracza możliwości umysłu ludzkiego, to pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość i czekać. Jeśli sędziowie SN skorzystają z rady pana prof. Marcina Matczaka, będzie to nieomylny znak, że nie tylko pozbawieni są elementarnego poczucia godności osobistej, ale w dodatku są głupsi, niż przewiduje ustawa.

Co zaś tyczy się samego pana prof. Matczaka, to raczej nie skorzystałbym z żadnej jego rady, podobnie jak przewielebnemu księdzu Wojciechowi Lemańskiemu nie powierzyłbym nawet duszy od żelazka.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl

Kościół a kara śmierci [2007]

Od Redakcji: W związku ze zmianą treści Katechizmu dokonanej w dniu wczorajszym (02.08.2018), dotyczącą zakazu stosowania kary śmierci, przez papieża Franciszka przypominamy tekst Adama Wielomskiego z 2007 roku poświęcony tej właśnie tematyce.

Kościół a kara śmierci

Świat uważający się za cywilizowany chełpi się swoim abolicjonizmem. Tym niemniej temat kary śmierci wraca bezustannie, pytanie to musi bowiem wracać zawsze wtedy, gdy po szczególnie okrutnym przestępstwie prości ludzie pytają się o sprawiedliwość, o słuszną odpłatę. Trudno znaleźć inny problem, gdzie opinia oświeconej klasy politycznej tak radykalnie różniłaby się od najpierwotniejszych ludzkich instynktów, niż właśnie problem kary śmierci.

Przeciwnicy kary głównej atakują na dwóch polach doktrynalnych, mając świadomość, że społeczeństwa nowożytne nie stanowią ideowego monolitu, lecz podzielone są na dwie koegzystujące ze sobą cywilizacje, czyli ludzi religijnych i bezreligijnych. Do tych ostatnich apelują w imię wartości humanistycznych; do tych pierwszych, podpierając się autorytetem Kościoła katolickiego.

Abolicjoniści z pewnością odnieśli w ostatnich latach spory sukces marketingowy, polegający na tym, że udało im się wpoić w katolików opinię, że kara śmierci jest niezgodna z nauczaniem Kościoła, a jej przeciwnikiem był śp. Jan Paweł II. Ten argument papieski szczególnie nośny jest w Polsce. Warto więc sprawie tej poświęcić trochę miejsca.

*           *           *

Nie ma chyba potrzeby dowodzić, że starotestamentowe źródła chrześcijaństwa jednoznacznie opowiadają się za szerokim stosowaniem kary śmierci. Prawodawstwo Mojżesza dosłownie najeżone jest sankcją w postaci kary pozbawienia życia. Księga Wyjścia zawiera specjalną Księgę Przymierza, gdzie zawarte są postanowienia umowy o wybraństwo Izraela z Jahwe, a gdzie wprost roi się od sankcji w postaci kary śmierci (20, 12 i następne) tak za zabójstwo, jak za czary czy sodomię.

Praktycznie zastosował Mojżesz karę śmierci za przestępstwo apostazji w stosunku do czcicieli złotego cielca (32, 27 i następne). Dodajmy przy okazji, że następnego dnia po rzezi czcicieli złotego cielca Mojżesz „poszedł do Pana”, aby spytać Go czy Bóg przebaczy ludowi Izraela? Bóg wybaczył, ale Mojżesz poszedł błagać nie o przebaczenie dla tych, którzy zastosowali karę śmierci wobec apostatów, lecz dla tych, którzy apostazji dokonali! Mojżeszowi bowiem ani przez moment nie przyszło do głowy, że wykonanie kary śmierci na apostacie – a w tym przypadku były ich setki – wiąże się z grzechem wobec Boga!

Nie przypadkiem zaczęliśmy od Mojżesza. On to bowiem z góry Synaj przynosi tablice, na których jest słynne przykazanie „Nie będziesz zabijał”. Następnie tenże sam człowiek dowodzi akcją pacyfikacyjną apostatów, na czele której to stanęli „synowie Lewiego” (32, 26), czyli to plemię Izraela, któremu żydzi powierzyli dziedzicznie zajmowanie się kapłaństwem. Możemy z tego wnioskować, że ani Mojżesz, ani kapłani nie dostrzegali sprzeczności pomiędzy zakazem zabijania, a stosowaniem kary śmierci.

Pojawia się naturalne pytanie dlaczego ludzie ci nie widzieli sprzeczności pomiędzy zakazem zabijania, a stosowaniem kary śmierci? Na to pytanie odpowiedzieli filolodzy. Czasownik zabijać, którym tłumaczymy hebrajskie słowo użyte w Dekalogu, nie jest dokładnym odpowiednikiem słowa hebrajskiego i raczej należałoby tłumaczyć je jako nie morduj. Vulgata – a więc tłumaczenie Biblii uznane za kanoniczne dla Kościoła przez Sobór Trydencki – oddaje to przykazanie mianem non occides, czyli nie zabijaj, ale także nie morduj, nie zamęczaj. Zdaniem filologów, tekst hebrajski wskazuje na znaczenie nie morduj.

Przykazanie nie będziesz zabijał oznacza tedy, dla starożytnego Izraela, zakaz mordowania przez jednego człowieka drugiego człowieka. Państwo jednak nie morduje, popełniając przy tym grzech, lecz wykonuje wyrok będący sprawiedliwą odpłatą za dokonane przestępstwo. Mojżesz w tym rozumieniu nie mordował, lecz wykonywał wyrok.

Powyższe rozróżnienie znajdziemy także w Nowym Testamencie. Zbawiciel nauczał o miłości pomiędzy ludźmi, której morderstwo jest ewidentnym zaprzeczeniem. Gdy Jezus rozmawia z Piłatem dobrze wie, że może zostać skazany na śmierć, choć jest niewinny. Czy w jakikolwiek sposób zaprzecza tej kompetencji Piłata? Nie, wręcz przeciwnie, przyznaje, że Piłat całą władzę otrzymał od Boga. Czy wisząc na krzyżu i mogąc uwolnić i Siebie i jednego ze złoczyńców, który wyraził skruchę, Jezus uczynił to? Nie, gdyż uznawał prawo państwo do wydania i wykonania kary śmierci.

Zauważmy zresztą na marginesie, że gdyby w ówczesnej Palestynie nie było kary śmierci, to Zbawiciel nie mógłby umrzeć na krzyżu za grzechy całego świata… A więc Bóg posłużył się tą karą, aby zrealizować swój opatrznościowy plan.

Skoro doszliśmy już do doczesnego żywota Chrystusa Króla, to zajrzyjmy do Nowego Testamentu. Św. Paweł w Liście do Rzymian pisze:

„Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia. Albowiem rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga, [prowadzącym] ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle” (13, 1-5).

I tu mamy odpowiedź dlaczego żaden papież nie może zanegować kary śmierci i dlaczego po wsze czasy będzie ona zgodna z nauczaniem Kościoła. Kto nawołuje do zniesienia kary śmierci, ten chce aby władza „na próżno nosiła miecz”.

Żaden papież i żaden autorytet kościelny nie może zmienić obiektywnego faktu, że kara śmierci jest zgodna z nauczaniem Kościoła. Już od czasu św. Augustyna wiemy zaś, że największym dowodem na prawdziwość Kościoła jest niezmienność nauczania (O Trójcy Świętej, 4,1), ponieważ Prawda ta nie została stworzona przez człowieka, lecz przez stojącego ponad czasem Boga, którego tenże Augustyn określa mianem „Niezmiennego” (7,5).

Czy katolik może nie zgodzić się z niezmiennym i nieomylnym nauczaniem Kościoła? Może, ale przestając być katolikiem. Każdy, kto głosi, że Kościół katolicki kiedyś aprobował karę śmierci, a dziś już tego nie czyni, jest tym samym heretykiem.

Trudno przez następne 20 wieków chrześcijaństwa znaleźć dokument w którym Kościół sprzeciwiałby się stosowaniu kary śmierci, mając oczywiście świadomość, że z chrześcijańskiego punktu widzenia nie jest to kara idealna.

Różnie dowodzono prawowitości tej kary. Św. Augustyn wywodził ją ze stwierdzenia św. Pawła, iż „wszelka władza pochodzi od Boga”, a więc i prawa stanowione przez władzę są zgodne z Jego wolą. Przeciwko temu poglądowi można podnieść jednak zarzut, że Augustyn nie doceniał roli prawa naturalnego, w związku z tym nazbyt chętnie uznawał prawowitość ustaw bez wnikania w ich zgodność z normami wyższymi.

Jednak nawet tak wielki teoretyk prawa naturalnego jak św. Tomasz z Akwinu, nie dostrzegał niezgodności kary śmierci z prawem naturalnym. W Wykładzie przykazań Bożych Akwinata pisze, tłumacząc przykazanie Nie zabijaj:

„Są tacy, którzy twierdzą, że to przykazanie zabrania absolutnie zabicia człowieka. Stąd zabójcami nazywają sędziów, którzy według ustaw cywilnych wydają wyroki śmierci”. Następnie Akwinata przytacza przykłady biblijne, gdy Bóg dopuszczał wykonanie wyroku śmierci, z czego Tomasz konkluduje: „To, co wolno Bogu, wolno także Jego przedstawicielom, jeśli otrzymają takie polecenie. A jest chyba jasną rzeczą, że Bóg nie jest winny grzechu, gdy jako prawodawca grozi śmiercią za popełniony grzech. A powiedziano Zapłatą za grzech jest śmierć (Rz 6, 23). Nie jest więc winny grzechu i ten, kto działa z Jego polecenia. Zatem przykazanie Nie zabijaj dotyczy tych, którzy to czynią z własnej woli (podkr. – A.W.)” (par. 133).

Z tekstu tego wynika jednoznacznie, że skoro wszelka władza pochodzi od Boga, to wydawane przez nią i wykonywane wyroki śmierci nie stoją w sprzeczności z Dekalogiem.

Również w czasach późniejszych Kościół nigdy nie wywodził z przykazania „Nie będziesz zabijał” postulatu zniesienia kary śmierci. W Katechizmie katolickim kardynała Gasparri’ego (Poznań 1934), czytamy, że zakazana jest „prywatna zemsta”, a nie wykonanie wyroku; także Breviarium fidei (Poznań 1988) z przykazania tego wywodzi problemy medyczne, ochrony pracy, nawet komunikacji drogowej, nie wspominając jednak, aby wynikał z tego zakaz stosowania kary śmierci.

*                        *                         *

Abolicjoniści bardzo chętnie powołują się na nauczanie Jana Pawła II, dowodząc, że papież ten był przeciwnikiem kary śmierci. W tej zresztą kwestii abolicjoniści dzielą się na zawodowych agnostyków, którzy z uśmiechem szyderstwa powołują się na papieża oraz na autentycznych katolików.

Jest faktem niezaprzeczalnym, że Karol Wojtyła był przeciwnikiem kary śmierci, dając temu wyraz w licznych wystąpieniach publicznych i apelach w obronie poszczególnych skazanych. Jest jednak rażącym nadużyciem wywodzenie z tego, że Kościół jako taki jest przeciwnikiem kary śmierci. Zgodnie z przyjętą przez Sobór Watykański I konstytucją Pastor aeternus, papież jest nieomylny w kwestiach wiary i moralności, pod warunkiem, że jego nauczanie jest zgodne z Tradycją katolicką i że owe nieomylne osądy zostaną wygłoszone z zachowaniem pewnej procedury. Zauważmy więc dwie rzeczy:

1. Jan Paweł II nie ogłosił kary śmierci za niezgodną z nauczaniem Kościoła, za sprzeczną z wiarą czy moralnością. Nie ogłosił swojego prywatnego poglądu przeciwko karze śmierci za obowiązujący w Kościele powszechnym.

2. Gdyby to zrobił, to z punktu widzenia teologicznego byłby to klasyczny przykład papa haereticus, gdyż do rangi nauczania nieomylnego podniesione zostałoby coś, co jest sprzeczne z tradycyjnym, tzw. zwyczajnym nauczaniem Kościoła.

Zauważmy najpierw, że Jan Paweł II wypowiadał się przeciwko karze śmierci w wystąpieniach o niskiej randze, takich jak przemówienia okolicznościowe. Wystąpienia takie nie są zaliczane do nieomylnego Magisterium.

Na oddzielne miejsce zasługuje encyklika Evangelium vitae, gdzie papież broni życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci. Pojawia się tedy pytanie, czy kara główna nie stoi w sprzeczności z prawem do naturalnej śmierci? Jan Paweł II koncentruje się tu przede wszystkim na problemie eutanazji. Dwukrotnie porusza jednak i interesujące nas tu zagadnienie:

„W tej samej perspektywie należy widzieć coraz powszechniejszy sprzeciw opinii publicznej wobec kary śmierci, choćby stosowanej jedynie jako narzędzie uprawnionej obrony społecznej: sprzeciw ten wynika z przekonania, że współczesne społeczeństwo jest w stanie zwalczać przestępczość metodami, które czynią przestępcę nieszkodliwym, ale nie pozbawiają go ostatecznie możliwości odmiany życia” (par. 27).

Zwróćmy uwagę, że papież nie mówi tu, że Kościół, czy nawet on sam, wyraża „sprzeciw”, lecz, że wyraża go „opinia publiczna”. A to nie jest to samo!

W innym miejscu encykliki czytamy, że kara śmierci nie powinna być stosowana „poza przypadkami absolutnej konieczności, to znaczy gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa. Dziś jednak, dzięki coraz lepszej organizacji instytucji penitencjarnych, takie przypadki są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale” (par. 57).

Także w tym fragmencie nie ma nic o zakazie stosowania kary śmierci, a jedynie, że „być może” społeczeństwa mają środki unieszkodliwienia przestępców, które mogą karę śmierci zastąpić z równą jej skutecznością. To „być może” – nie zakończone żadnym wnioskiem – oznacza, że to same społeczeństwa winny dokonać tej oceny.

Z cytowanych fragmentów absolutnie tedy nie wynika, że stosowanie kary śmierci zostało zakazane przez Jana Pawła II, a jedynie, że kary tej należy unikać. Trudno się z tym poglądem nie zgodzić, gdyż nikt dziś nie stosowałby tej kary – jak Mojżesz – za czary czy sodomię. Potwierdza to także opublikowany za czasu pontyfikatu tegoż papieża Katechizm, gdzie czytamy:

„Ochrona wspólnego dobra społeczeństwa domaga się unieszkodliwienia napastnika. Z tej racji tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi. Z analogicznych racji sprawujący władzę mają prawo użycia broni w celu odparcia napastników zagrażających państwu, za które ponoszą odpowiedzialność” (par. 2266).

Co prawda moderniści w 1998 roku dokonali zmian w Katechizmie, zastępując cytowane przed chwilą słowa tekstem: „Wysiłek państwa, aby nie dopuścić do rozprzestrzeniania się zachowań, które łamią prawa człowieka i podstawowe zasady obywatelskiego życia wspólnego, odpowiada wymaganiu ochrony dobra wspólnego. Prawowita władza publiczna ma prawo i obowiązek wymierzania kar proporcjonalnych do wagi przestępstwa”.

Jednak nawet ze zmienionego tekstu nie wynika, aby kara ta była niezgodna z nauczaniem Kościoła, gdyż kara ma być „proporcjonalna do wagi przestępstwa”. Jedyną proporcjonalną karą za morderstwo lub zdradę państwa jest śmierć. Tak było, jest i będzie, gdyż takie jest najpierwotniejsze prawo natury, najpierwotniejszy instynkt ludzkiego serca, który umieścił w człowieku Bóg w akcie stworzenia.

Katechizm stwierdza zgodnie z naturalnymi pojęciami moralnymi, że „kara ma na celu ochronę porządku publicznego i bezpieczeństwa osób” (2266). Nie ma skuteczniejszej obrony przed mordercą niż jego fizyczna likwidacja. Kim jest bowiem morderca odsiadujący karę dożywocia w państwie, gdzie zniesiono karę śmierci? Jest immunizowany od kary za jakąkolwiek zbrodnię, którą popełniłby na terenie więzienia. Co można zrobić temu, kto już odsiaduje karę maksymalną za zabójstwo współwięźnia, strażnika? NIC.

Podsumujmy fakty. Encyklika Evangelium vitae pochodzi z roku 1995, podczas gdy Katechizm opublikowano trzy lata wcześniej, w roku 1992 a więc także za pontyfikatu polskiego papieża, którego podpis widnieje na stronie 9 polskiego wydania.

Gdybyśmy więc chcieli – a tak czasami czynią abolicjoniści katoliccy nadinterpretując słowa Ojca Świętego – za pomocą tejże encykliki dowodzić, że Jan Paweł II sprzeciwił się karze śmierci, to musielibyśmy uznać, że Jan Paweł II za pomocą własnej encykliki sprzeniewierzył się oficjalnemu nauczaniu Kościoła katolickiego, zawartemu w Katechizmie, stanowiącemu wykład wiary dla każdego katolika. Tym samym – być może, że z ignorancji – katoliccy abolicjoniści próbują dowodzić, że Jan Paweł II był heretykiem!

W historii Kościoła zdarzali się papieże podejrzewani o herezję (Liberiusz, Honoriusz), ale absurdalność tej sytuacji powiększałby jeszcze fakt, że Jan Paweł II byłby pierwszym w historii papieżem, który byłby heretykiem wobec… własnego Katechizmu!

Refleksje te pozwalają nam wysnuć następujący wniosek: prywatnie Jan Paweł II – jako Karol Wojtyła – był przeciwnikiem stosowania kary śmierci; jako papież nie mógł być jej przeciwny, gdyż wszedłby w konflikt z Tradycją katolicką.

Każdy człowiek – także papież – może, kierując się własnym sumieniem, mieć prywatny pogląd na jakąś kwestię odmienny od przyjętego Magisterium. Nie ma w tym nic nienormalnego, szczególnie, że omawiany pogląd Karola Wojtyły ma charakter w sumie bardziej rygorystycznie moralny, niż przyjęty przez Kościół. Nie pojawił się on zresztą – zapewne właśnie dlatego – w dokumentach posiadających rangę dogmatyczną. Z tego właśnie powodu można stwierdzić, że papież Jan Paweł II nie zaprzeczał prawu państwa do stosowania kary śmierci, podczas gdy prywatnie – jako Karol Wojtyła – uważał, że nie należy jej stosować.

Refleksja ta każe nam jednak szczególnie zganić tych katolików – a przede wszystkim duchownych – którzy nadużywają prywatnych poglądów papieża, przeciwstawiając je nieomylnemu Magisterium.

Nie dość, że przedstawiają Ojca Świętego jako heretyka, to dodatkowo wprowadzają do Kościoła niezwykle niebezpieczny wirus relatywizmu. Polega on na faktycznym zburzeniu hierarchicznej struktury nauczania eklezjalnego, skoro prywatny pogląd jednego człowieka – choćby to był nawet papież – stawiany jest ponad katechizm i nauczanie zwyczajne Kościoła.

Jest to droga typowo protestancka, gdyż właśnie w wyznaniach reformowanych struktura ta została zachwiana i ostatecznie decydującym o poglądach religijnych i moralnych został zwykły wierny. Kościół katolicki – także w nauczaniu – zachowuje ścisły charakter hierarchiczny i katolik musi o tym pamiętać.

Adam Wielomski
IX 2007
https://konserwatyzm.pl/

Wojtylianom przypominam, że zgodny z Magisterium pogląd papieża Jana Pawła II na karę śmierci, nie oznacza, że nie głosił innych błędnych, czy nawet heretyckich poglądów. Uprzedzam o tym, bo doskonale znam ich „logikę” i bełkotliwe zamulanie tematów.
Admin