Ad szoroszum



Jak wiadomo, są dwie skuteczne metody działania masonerii: udawać, że jej wcale nie ma i sugerować, że jest wszechobecna (i wszechmocna).

Trochę podobnie jest z Georgem Sorosem.
Kiedy na początku transformacji niektórzy pisali o rzeczywistej, czy wówczas częściej dorozumianej roli postaci takich jak Soros i Sachs – wówczas było się skazanym nie tylko przez finansowany przez tamtych salon, ale i przez centro – prawicę aż piszczącą by mieć równie hojnych zewnętrznych sponsorów i opiekunów.

Dziś wszyscy już chyba zauważyli, że kiedy Soros i jemu podobnie faktycznie obalali rządy na obszarach byłego ZSSR – politycy PiS byli w pierwszym rzędzie klaszczących „demokratyzacji” i „desowietyzacji”. W przypadku Ukrainy wprost zresztą brali udział w sorosowej „rewolucji”.

Teraz zaś co jakaś baba wyjdzie na ulicę w Warszawie krzyknąć, że się jej Kaczyński nie podoba – to już ma swojego własnego szorosza pod spódnicą, choć po co mieliby jacyś Żydzi rząd w Polsce obalać, skoro działa on jawnie i hałaśliwie w ich interesie?

Zresztą od zarania III RP główny spór między środowiskiem PC (obecnie PiS), a ROAD-em i przyległościami brał się z zazdrości i rywalizacji. Bo ci drudzy faktycznie brali dolary od Sorosa, a ci pierwsi musieli zadowalać się markami od CDU via Fundacja Adenauera. Dziś na ten dawny spór u żłobu dają się nawet niektóre środowiska z grubsza chociaż narodowe. Co jednak będzie, kiedy Soros umrze? Nie będzie na kogo zwalać własnych porażek…

„Uni nam przeszkadzają!”

W latach 90-tych w stronnictwach narodowych pełno było zgorzkniałych dziadków pewnych, że nie wychodzi im nie dlatego, że są stetryczałymi, pokłóconymi ze wszystkimi pierdołami, tylko „przez Mossad!”. Teraz taką rolę pełni Soros. „Ja nie umiem wyprowadzić psa na ulicę, a gdzieś wychodzą tysiące? To nie ze mną coś jest nie w porządku, to tamtym Soros płaci!”. Tymczasem naprawdę – ludziom zdarza, się występować nawet w sprawach, które nie dotyczą tego Żydka…

Od drugiej, systemowej strony w tych samych latach 90-tych wyglądało to zaś mniej więcej tak:

– O, jacy sympatyczni, patriotyczni chłopcy, skąd jesteście? A, Stronnictwo Narodowe… Super! Bo wiecie, mamy w takim razie bardzo podobne poglądy, bo ja jestem od Wałęsy/z PC/od Olszewskiego/Parysa… Tak… Noooo, młodzi narodowcy, bardzo ładnie… Ja to też uważam, że z tymi Żydami trzeba zrobić porządek! Ale wiecie, wy młodzi jesteście, naiwni jeszcze…Nie to co my!

I tu następował pobłażliwy uśmiech starego, doświadczonego patrioty, który najlepiej przecież wiedział, że porządek z Żydami i w ogóle z całym złem w Polsce zrobi tylko Wałęsa/PC/Olszewski/Parys/ZChN/AWS/ROP czy co tam jeszcze post-Solidarnościowa centro-prawica miała w zanadrzu.

Gdy przeglądałem ostatni wywiad wiceszefa Knesetu dla wPolityce, patrzyłem na jego wspólne z Kaczyńskim deklaracje o „walce z antysemityzmem”, potem na przeciętnego wyborcę PiS-u i czułem się… młodszy. Lata 90-te jeszcze się w Polsce nie skończyły! I powiedzcie mi jednocześnie: po co jaki „szorosz” miałby takich przyjaciół jego pobratymców obalać, czy choćby naprawdę niepokoić?

Przejrzyjmy na oczy

Na usprawnienie można dodać, że to choroba nie tylko polska i w dodatku zaraźliwa. Obracając się niekiedy w kręgach jako tako międzynarodowych słyszę niekiedy: „ten wasz rząd nie może być taki zły, skoro aż ”szorosz” chce go obalić!” I jak obcym tłumaczyć ten cyrk, skoro swoi dają się na niego nabrać?

Tymczasem wystarczy zapamiętać zasadę ogólną: kolorowe rewolucje występują w krajach albo niepoddanych władzy Zachodu, albo takich, których rządy nie są wystarczająco wobec zachodnich hegemonów lojalne. Żaden z tych przypadków nie zachodzi w Polsce pod władzą PiS-u, ergo nie ma co przy byle manifestacji wyciągać argumentum ad szoroszum.

I wiecznie ta dwubiegunówka polityki w III RP – jak nie depresja, to hiperentuzjazm, obie fazy cyklu równie bezmyślne. Weźmy choćby wydarzenia ostatnich dni – Soros (i Putin…) tradycyjnie niczym majeranek, w każdym daniu i potrawie. Przecież już czasem się nie daje tego czytać… A to krzyk, „bo od niepodległej, dumnej, wstałej z kolan Rzeczypospolitej oderwą Śląsk!”. Ludzie, na jakim wy świecie żyjecie???

Polska nie jest niepodległym państwem, tylko częścią państwa Unia Europejska. Na naszym terytorium stoją obce wojska okupacyjne, nie mamy też własnej gospodarki. To kto u licha, co i po co ma nam jeszcze zabierać??? My się lepiej postarajmy odzyskać to, co straciliśmy…

W drugą stronę zaś już liczy się miliardy „reparacji”. Kto niby miałby nam czego dokładać? Pomóc możemy tylko sobie sami. A jeśli nie umiemy, boimy się lub jesteśmy zbyt leniwi – to nie zwalajmy winy na „szoroszów” tego świata.

Konrad Rękas
http://prawica.net

Reklamy

Jej twarze

Matka Boska Chorzelowska

Niewiele znam równie dobrych obiektów do kontemplacji, co obrazy maryjne. I może to kogoś zaskoczy: im „brzydsze” (dla oka profana), im starsze, im surowszą techniką malarską wykonane, tym lepiej. Tym większa ich głębia i siła wyrazu.

Dobrym przykładem jest obraz Matki Bożej Kalwaryjskiej z Kalwarii Pacławskiej. Jeszcze lepszym, bo skrajniejszym, obraz Maryi w klasztorze cystersów w Wąchocku. Podobno nie było u nas takiego gościa, żeby mu się spodobała – komentował wesoło mnich, który przed laty oprowadzał mnie i moich towarzyszy po opactwie, łysy i gruby jak beczka, niczym św. Tomasz z Akwinu na swoich portretach. Jeśli powiedział prawdę, to ja byłem pierwszy.

Zupełnie natomiast nie przemawiają do mnie typowe dla ery nowoczesnej przedstawienia, upowszechnione masowo za pomocą tanich oleodruków, cukierkowe i wyszminkowane, których znany przykład stanowi figura z Fatimy.

Na siłę robią z Matki Boga przyziemnie piękną kobietę w najpospolitszym, najbardziej banalnym wydaniu. Redukowanie zaznaczonych na wizerunkach przymiotów Maryi do lalkowatej urody sieje w sercach wiernych zapomnienie, że Jej obrazy nie są portretami, czyli czymś wykonanym na pamiątkę, lecz symbolami.

Symbol w znaczeniu religijnym to widzialna reprezentacja rzeczywistości wyższej, przekraczającej zarówno sam znak, jak i w ogóle nasz świat. Czasem jednak wyższa rzeczywistość dokonuje eksterioryzacji i uobecnia się w rzeczywistości ziemskiej. Wtedy to obraz Najświętszej Panienki staje się „łaskami słynący” albo, jak mówią potocznie ludzie, „cudowny”.

Nie wiem, w jakim stopniu Polska, ten niegdyś kraj Maryi, nadal jeszcze nim jest. Wizerunki maryjne wciąż spotyka się dość często, wiszą sobie dla ozdoby na różnych ścianach, ale jak często staramy się je odczytać?

Na starych obrazach niejednokrotnie uderza smukłość i kruchość rąk Bogarodzicy. Niekiedy są wprost eteryczne (na co, myśląc o Matce Boskiej Ostrobramskiej, w jednym ze swoich opowiadań zwrócił uwagę Stefan Grabiński, autor powieści grozy nazywany polskim Edgarem Allanem Poe). Nic nie równa się delikatności, z jaką dotykają serc i poruszają w duszach najbardziej utajone struny. Ale na najmniejszy gest tych drobnych dłoni klękają armie aniołów. Ipsa conteret. Na niektórych wizerunkach w rękach Maryi spoczywa berło, ale takie atrybuty wcale nie są konieczne, by podkreślić ich władczość.

Głowę Królowej zdobi korona. I znów – nie przepadam za tymi doklejanymi później koronami czy diademami ze szlachetnych metali i kamieni, które zbyt mocno kojarzą się z ziemskim blichtrem. Namalowana na obrazie korona to znak ducha, jego wolności i supremacji. To dlatego w traktatach alchemicznych postacie-symbole na ilustracjach przedstawiających etapy opus alchemicum noszą korony (1).

W kulturze pogańskiej kobieta często uosabiała pierwiastek cielesny – materię lub wody pierwotne – przeciwstawny uduchowionemu pierwiastkowi męskiemu. Motyw ten powracał nieraz w kulturze nowoczesnej, jak w mrocznych teorematach filozofii Ottona Weiningera czy Jean-Paula Sartre’a albo w równie mrocznym malarstwie Edvarda Muncha.

W chrześcijaństwie, a zwłaszcza w jego najbardziej maryjnej gałęzi, jaką jest katolicyzm (2), odrzucono ten przesąd: Maryja uosabia doskonałość ducha, zaś jej wniebowzięcie, a potem ukoronowanie na królową nieba i ziemi to ostateczny triumf zasady duchowej nad ciałem, grzechem i „tym światem”.

Stare obrazy Matki Bożej mogą różnić się wieloma szczegółami, ale jeden zawsze jest na nich podobny – Jej przepaściste oczy. Ciemne swą głębokością i jednocześnie rozświetlone od wewnątrz, jak nocne niebo.

Nie próbujcie Jej zamykać w naszych ludzkich wyobrażeniach o pięknie. Nie bądźcie głupcami. Ci, którzy będą mieli szczęście, przekonają się, jak naprawdę wygląda.

Adam Danek

1. Zastanawiające, jak bliskie terminologii i symbolice alchemicznej są niektóre tradycyjne tytuły Matki Bożej: Domus aurea, Rosa mystica. Sama postać Najświętszej Panienki również odgrywała w alchemii ważną rolę. Białą tynkturę – jedno z najważniejszych pojęć alchemicznych – przedstawiano jako mleko Maryi. Operację pojenia białą tynkturą kamienia filozoficznego obrazowano natomiast jako karmienie Dzieciątka przez Madonnę.

2. Ze względu na dogmaty o Niepokalanym Poczęciu (ogłoszony w 1854 r.) i o Wniebowzięciu NMP (ogłoszony w 1950 r.), których nie uznają odłączone Kościoły wschodnie.

 

http://xportal.pl/

Serbia daje gwarancje dla zwolnienia Ratko Mladicia


Serbskie władze zdecydowały się dać gwarancje Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu do spraw byłej Jugosławii, dzięki którym generał Ratko Mladić mógłby wyjechać na leczenie w swojej ojczyźnie, a po nim ponownie powrócić do Hagi.

Były dowódca sił zbrojnych bośniackich Serbów został aresztowany przed sześcioma laty i do dzisiaj nie usłyszał wyroku w sprawie rzekomych zbrodni wojennych w czasie konfliktu w dawnej Jugosławii.

Obrońcy gen. Mladicia już na początku roku zabiegali o możliwość warunkowego zwolnienia, aby były dowódca sił zbrojnych Republiki Serbskiej w Bośni i Hercegowinie mógł zostać poddany leczeniu. W maju Międzynarodowy Trybunał Karny ds. byłej Jugosławii zdecydował jednak, że wojskowy nie będzie mógł opuścić aresztu w Hadze, ponieważ wyjazd w celach medycznych do Federacji Rosyjskiej mógłby oznaczać, iż Mladić nie powróci już do Holandii.

Teraz gwarancje dotyczące serbskiego generała przedstawiły władze Serbii, które zapewniają, iż Mladić po leczeniu powróci do Hagi, aby usłyszeń w końcu wyrok w sprawie rzekomych zbrodni wojennych, jakich miał dopuścić się w latach 90. ubiegłego wieku podczas wojny o zachowanie jedności federacyjnej Jugosławii. O poparcie dla wniosku o warunkowe zwolnienie wojskowego z powodów zdrowotnych przedstawiła na początku września jego rodzina.

Od czasu zatrzymania w maju 2011 roku generał doznał kilku poważnych uszczerbków na zdrowiu, w tym przeżył jeden atak serca, a jego prawnicy twierdzą, iż stan zdrowia ich klienta znacząco pogorszył się jeszcze w maju bieżącego roku. Ogółem proces Mladicia rozpoczął się w połowie 2012 roku, zaś w ostatnim czasie wydanie wyroku przez Trybunał w Hadze jest konsekwentnie odkładane.

Na podstawie: balkaninsight.com.
http://autonom.pl

Standardowym rozwiązaniem byłoby doprowadzenie do śmierci generała w więzieniu, a po paru latach ogłoszenie gdzieś drobnym drukiem na ostatniej stronie gazety, że okazał się niewinny. No, może nie tyle niewinny, ile że winy nie udało się udowodnić. Vide casus Milosevicia.
Admin

Zagraniczne organizacje sfinansowały polskie feministki



Ubiegłoroczny „Czarny protest” zorganizowany przez polskie środowiska feministyczne otrzymał niezwykle hojne wsparcie z zagranicy. Z dostępnych informacji wynika, że ogółem podmioty zarejestrowane głównie w Stanach Zjednoczonych przekazały milion złotych na działalność feministek, co zdaniem ich przeciwników znacząco wpłynęło na polski dyskurs publiczny i doprowadziło do zablokowania zakazu aborcji w naszym kraju.

Przed rokiem przez Polskę przetoczyły się protesty organizacji feministycznych, które tym razem przybrały nazwę inicjatywy „Ratujmy Kobiety”. W ramach „Czarnego protestu” na ulice polskich miast wyszło kilkanaście tysięcy zwolenników liberalno-lewicowej opozycji, a demonstracje przybrały groteskową formę, ponieważ w ich trakcie manifestowano chociażby sprzeciw wobec zakazu badań prenatalnych, choć inicjatorzy obywatelskiej ustawy przeciwko aborcji w ogóle nie postulowali podobnych rozwiązań.

Teraz instytut „Ordo Iuris”, odpowiedzialny za przygotowanie ustawy antyaborcyjnej, opublikował informacje na temat finansowania zeszłorocznych protestów przeciwko inicjatywie ze strony zagranicznych podmiotów. Po podliczeniu wszystkich kwot przekazanych na rzecz ruchu „Ratujmy Kobiety” przez organizacje działające poza Polską okazuje się, że feministki otrzymały ogółem milion złotych, a ich głównymi sponsorami okazały się ruchy feministyczne zarejestrowane w Stanach Zjednoczonych.

Dane dotyczące wsparcia dla polskich feministek nie są tajne, bo chwalą się nimi na swoich stronach internetowych właśnie zagraniczne instytucje i fundacje. Z podawanych przez nich informacji wynika chociażby, że dzięki finansowemu wsparciu udało się w Polsce zablokować projekt ustawy zakazujący aborcji, co zdaniem „Ordo Iuris” jasno wskazuje na wpływanie przez obcokrajowców na polski dyskurs publiczny w tej sprawie.

Na podstawie: rp.pl, money.pl.
http://autonom.pl

Ukraina oburzona zagranicznymi statkami w portach Krymu


Do portów na Krymie nadal wpływają zagraniczne statki pomimo sprzeciwów Kijowa, poinformowała służba prasowa Ministerstwa Ukrainy ds. Uchodźców.

Departament zauważył, że w okresie od 1 września do 1 października do portów półwyspu wpłynęło 30 statków towarowych. „Łącznie statki te wpłynęły 79 razy do portów w Kerczu, Sewastopolu i Teodozji. Spośród nich 23 statki pod banderą Federacji Rosyjskiej i 7 pod banderami innych państw” — czytamy w komunikacie prasowym.

Pod koniec września informowano, że ukraińskie statki biorą udział w transporcie zboża z Krymu, o czym opowiedział ukraiński aktywista, szef organizacji „Majdan Spraw Zagranicznych” Andriej Klimenko.

Na początku sierpnia ukraińscy pogranicznicy próbowali zatrzymać statek płynący pod banderą Belize, który wcześniej wpłynął do portów na Krymie. W marcu sąd w Odessie skonfiskował za wpłynięcie do portów Krymu statek Sky Moon, który płynął pod banderą Tanzanii. Kapitan został skazany za transport ponad trzech tysięcy ton sody technicznej z półwyspu.

https://pl.sputniknews.com

Jak wiadomo, we współczesnym cywilizowanym świecie- dla przykładu – USA może postawić przed sądem obywatela Grecji mieszkającego w Hiszpanii za to, że będąc w Holandii złamał prawo obowiązujące w Norwegii. Więc co się dziwić Ukrom?
Admin

Czeczeńcy idą do przodu

Minister do spraw młodzieży Czeczenii Isa Ibragimow. Grozny..

Młodość popełnia błędy, ale tylko młodość potrafi budować nie zważając na przeszkody, które dla doświadczonych są niemożliwe do pokonania.
„Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi” — mówił Albert Einstein.

Kto po dwóch wojnach czeczeńskich, mógł przypuszczać, że Czeczenia w 15 lat zostanie odbudowana, a stosunki z Moskwą znormalizują się.

Wszyscy wiedzieli, że jest to niemożliwe.

Ahmet Kadyrow nie wiedział, że jest to niemożliwe i rozpoczął proces normalizacji. Zapłacił za to życiem.
Syn Ramzan Kadyrow wydaje się też nie wiedzieć co jest niemożliwe i kontynuuje drogę ojca.

Wizyta w Czeczeńskiej Telewizji. Grozny.

Młody Czeczeniec na tapecie swojego telefonu ma Fidela Castro. Dlaczego? Mówi, że to jego idol. Szybko dodaje: „Zorganizowano na jego życie około 400 zamachów”. Cokolwiek chce przez to powiedzieć, robi wrażenie ilość prób zabójstwa przywódcy kubańskiej rewolucji, szczególnie, że za większością z nich stały służby „przewodniej demokracji świata”.

Co zachwyca tego młodego Czeczeńca w Fidelu Castro, dlaczego właśnie on, dlaczego nie Che Guevara, który w popkulturze politycznej jest bardziej rozpoznawalny. Kiedy go o to pytam, odpowiada: „Che to mit, wspaniały, ale mit, Fidel to twarda rzeczywistość, z którą u siebie musimy się zmierzyć”,- odpowiada.

Co dodać? Może to, że nie wszędzie umarł świat idei i nie wszystko jeszcze stracone.

Są młodzi, ale na tyle dorośli, że pamiętają dwie ostatnie wojny. Dla wielu młodych ludzi na zachodzie, ostatnia wojna, to II wojna światowa. Ona także jest żywa w pamięci młodych Czeczeńców, ale dwie wojny w latach 1994-1996 i 1999-2002 pozostawiły rany, które noszą do dzisiaj.

„Wielu, może zbyt wielu, polityków zachodnich, zwłaszcza amerykańskich, chciałoby prowadzić wojnę z Rosją, naszymi rękami i za cenę naszego życia. Nasi ojcowie, kuzyni, nasi bracia pamiętają „dobre rady” instruktorów na amerykańskim żołdzie, podczas obu wojen. Oni mieli swoje interesy, a nasze były tylko ofiary. My też mamy prawo: żyć, rozwijać się, uczyć się, wychowywać dzieci i cieszyć się życiem” — dodaje Abdulla.

Minister do spraw młodzieży Czeczenii, Isa Ibragimow ma lat 25, na spotkaniu wydaje się trochę stremowany, ale po rozpoczęciu rozmowy, wszystko mija.

W tematach/problemach jego działalności poruszał się jak doświadczony polityk.D iagnozował problemy niczym stary wyjadacz polityczny, a o sposobach ich rozwiązywania mówił ze stanowczością i przekonaniem doświadczonego człowiek.

„Bywają takie sytuacje w życiu, że człowiek zmuszony jest dojrzewać o wiele wcześniej niż rówieśnicy” — dodaje jakby na usprawiedliwienie, choć niepotrzebnie, bo przedstawiona diagnoza problemów czeczeńskiej młodzieży i sposoby ich rozwiązywania, zaświadczają, że znalazł się na właściwym miejscu.

Nie inaczej, po względem moich odczuć, przebiegało spotkanie z kierownictwem czeczeńskiej telewizji. Problemy u nich takie jak wszędzie, możliwości ich rozwiązywania różne.

Wicedyrektor Czeczeńskiej Telewizji i Radia „Groznyj” Ilham Wachidow przy okazji wycieczki po budynku TV GROZNYJ, podzielił się i prywatną historią.

Wicedyrektor Czeczeńskiej Telewizji i Radia „Groznyj” Ilham Wachidow.

Opowiedział o tym, jak podczas pierwszej wojny czeczeńskiej siedział w piwnicy. Straciwszy poczucie czasu, osłabiony bezczynnością i beznadzieją położenia, szukając w piwnicy innego, bardziej przyjaznego świata zaczął czytać. Przeczytał — przy świeczce wszystko co było do przeczytania, a kiedy pozostał mu tylko słownik rosyjsko-arabski, postanowił uczyć się języka arabskiego. Należy dodać, że mimo traumy izolacji, uczynił to skutecznie.

Mówi, czyta i pisze po arabsku.

Przyznaje, że nie pamięta jak to się stało, ale wie, że stało się to przy świeczce w piwnicy. Kiedy wchodził do piwnicy mówił tylko po czeczeńsku i rosyjsku, kiedy wyszedł mówił także po arabsku.

Nikt nie odważył się zapytać, jak długi czas spędził w piwnicy, gdzie za słońce służył mu płomień świecy.

Wojna nie uczyniła go zgorzkniałym, mającym do całego świata pretensje o wszystkie nieszczęścia, jakie spotkały Czeczeńców, ale ukształtowała go w poczuciu przynależności do narodu, odpowiedzialności za przyszłość i w przekonaniu, że każdy naród powinien troszczyć się o własną kulturę i tradycję.

Podczas spotkania z Przewodniczącym Izby Społecznej Czeczenii Gairsołtem Batajewem, spotkała nas kolejna niespodzianka. (Większość z nas pamięta wizyty państwowe kobiet-polityków w Arabii Saudyjskiej i problemy z nakryciem głowy). Kiedy koleżanka z grupy, zaczęła zakładać chustę na głowę, usłyszała z ust przewodniczącego: „Proszę tego nie czynić, to nie jest obowiązkowe, dotyczy to tylko naszych kobiet, i to tylko tych, które są muzułmankami”. Co dodać, co ująć?

Najlepiej przyjechać do Czeczenii, pójść na targowisko, popatrzeć na młode kobiety i zobaczyć, że obok ubranych w strój tradycyjny idzie dziewczyna ubrana, nazwijmy to po europejsku. Nikt nie rzuca w nią kamieniami, nikt nie pokazuje jej palcami, ponieważ i jedna, i druga stanowią współczesny obraz Czeczenii.

Nie lepszy i nie gorszy, taki jaki jest.

Beslan Terekbaev to kolejny „starzec”, wśród elity czeczeńskiej władzy. Lat 37, z wykształcenia lekarz-pediatra, z zamiłowania reżyser, aktor, scenarzysta i producent filmowy. Od 2014 roku dyrektor generalny Czeczenfilm. W tym roku rozpoczął zdjęcia do filmu w koprodukcji z Indiami pt. „Najlepsi przyjaciele”. Marzenia miał prozaiczne, po wojnie chciał zostać milicjantem. Matka miała inne plany, przede wszystkim chciała, aby jej syn pozostał wśród żywych, dlatego klękając prosiła, aby porzucił chęć bycia stróżem prawa. Posłuszny syn, wybrał medycynę, spełnił życzenie matki i zaczął kręcić filmy.

Taka jest współczesna Czeczenia.

Grozny to nie Las Vegas, ale kto powiedział, że wszystko ma być ma „modłę amerykańską”.

Młodzi Czeczeńcy chcą integracji z zachodem, ale na zasadach równości i z poszanowaniem tradycji. Nie są im obce stolice państw europejskich i obowiązujący tam styl życia, twierdzą jednak, że w ich tradycyjnym, czeczeńskim stylu, są elementy, które powinny być kultywowane.

W Czeczenii nie ma domów dziecka i domów dla osób starych. Brak tego typu miejsc to nie przejaw oszczędności w budżecie republiki, ani też brak zainteresowania tymi problemami.

Owe „braki”, to przejaw tradycji i kultury.

Hasło „wszystkie dzieci są nasze” tu realizuje się w praktyce, nie tylko w przestrzeni medialnej. Dziećmi-sierotami zajmuje się, przyjmuje jak swoje, dalsza rodzina i nie jest to obowiązek narzucony, ale uświęcona latami tradycja.

Podobnie jest z ludźmi starymi, nad którymi opieka to prawo, obowiązek i zaszczyt. Tu pojmują, że dochodzenie do starości to proces, który dotyczy każdego.

Kiedy spotykasz takich ludzi i wiesz, że historia ich życia, to nie durnowaty serial czy imaginacje będące efektem bezideowości i relatywizacji, to nabierasz respektu.

Wychowani bezstresowo ich rówieśnicy na zachodzie, oceniając na forach internetowych ich kraj, ich rację i im podobnych, nie mają pojęcia o niczym, ale za to pewność siebie i poczucie uczestnictwa w „lepszej” kulturze. Zapomnieli, a może nikt im nie powiedział, że kultur się nie wartościuje.

Aleksander Kwaśniewski, polski publicysta, Czeczenia — Warszawa
Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.
https://pl.sputniknews.com/

Krótkie trwanie kapitalizmu 1 października 2017 12:55

Potężny gmach dworca Michigan Central góruje nad zachodnim skrajem biznesowego dystryktu Detroit. Jego neoklasyczny hall nawet za dnia świeci pustkami, a nocami setki okien budynku mienią się w ogniu płonących nieopodal pustostanów, podpalanych przez młodzieżowe gangi w specyficznym dla tego miasta obyczaju wyczynowej destrukcji tkanki miejskiej.

Tymczasem jeszcze w połowie ubiegłego stulecia dworzec stanowił tętniącą życiem bramę do ziemskiego raju, który obiecywał każdemu przybyszowi spełnienie jego „amerykańskiego snu”.

Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie peryferyjne miasto wyrosło na przemysłowe centrum świata, by kilka dekad później popaść w ruinę? Wyjaśnienie tego fenomenu wymaga przyjęcia globalnej perspektywy w badaniu systemu kapitalistycznego, a także uzupełnienia opisu rozciągniętych w czasie procesów o skali lokalnej o spojrzenie z perspektywy przestrzennej. Taką właśnie metodologię zaproponował antropolog Kacper Pobłocki, który w książce pt. „Kapitalizm. Historia krótkiego trwania” zmierzył się z omawianym w niniejszym tekście problemem.

Czas kontra przestrzeń

Humanistyka doby późnego kapitalizmu obfituje w wiele publikacji analizujących przyczyny powstania tego systemu, zgłębiających jego istotę bądź wieszczących mu rychły upadek. Większość z nich skażonych jest dwoma błędami poznawczymi.

Pierwszym z nich jest ekonomizm, który polega na redukowaniu przyczyn zjawisk społecznych do ekonomii i opisywaniu gospodarki jako autonomicznego bytu, który rządzi się niezmiennymi zasadami, podnoszonymi do rangi praw natury.

Drugim z błędów jest okcydentalizm, który polega na postrzeganiu badanej problematyki przez pryzmat doświadczenia Zachodu wraz z całą jego specyficzną historią i wywiedzionym z lokalnej kultury aparatem pojęciowym i wyciągania na ich podstawie uniwersalnych wniosków.

W tym konkretnym przypadku dotyczy to przede wszystkim postrzegania zjawisk przez pryzmat temporalny, co ma związek z linearną koncepcją czasu, przejętą przez Zachód od religii chrześcijańskiej.

Właśnie tym słabościom współczesnej refleksji społeczno-ekonomicznej próbuje zaradzić Kacper Pobłocki. Pułapki ekonomizmu unika on poprzez przyjęcie perspektywy antropologii ekonomicznej. Dziedzina ta stara się postrzegać gospodarkę jako integralny element danego społeczeństwa, z całą jego lokalną specyfiką kulturową. Takie podejście skutecznie chroni przed popadaniem zarówno w ekonomiczny redukcjonizm, uosobiony przez ciasne umysły neoliberalnych doktrynerów ze stajni Balcerowicza, jak i w niebezpieczny uniwersalizm spod znaku konsensusu waszyngtońskiego, całkowicie ślepego na różnorodność kultur, do których anglosaski model kapitalizmu nierzadko pasuje jak pięść do nosa.

Już we wstępie autor poddaje druzgocącej krytyce publikację Witolda Orłowskiego, w której znany ekonomista głównego nurtu z lubością oddaje się bezcelowym prognozom na temat momentu, w którym polska gospodarka ma dogonić niemiecką. W opinii Pobłockiego jest to o tyle bezsensowne, że w obliczu rychłego zmierzchu Zachodu jego doganianie jest bezcelowe. Zrozumienie tego faktu wymaga jednak podejścia do tematu z perspektywy przestrzennej, a mianowicie spojrzenia na polsko-niemiecki wyścig żółwi przez pryzmat dynamicznie rozwijającej się grupy BRICS, która według wszelkich prognoz jest na drodze do zdominowania świata już w połowie XXI wieku.

Od Piasta do miasta

Niezwykle pomocne w wyobrażeniu sobie przyszłości jest odwołanie do epokowego zdawać by się mogło wydarzenia, jakim był zjazd gnieźnieński z 1000 roku. Tradycyjne podręczniki każą nam widzieć w tym wydarzeniu kamień milowy historii. Oto bowiem cesarz złożył historyczną wizytę księciu młodego i prężnego państwa, obfitującego w żyzne pola i zbrojnych mężów.

Tymczasem jeśli zestawimy ze sobą potęgę ówczesnych cywilizacji – Azja wytwarzała wówczas 70% PKB świata, zaś Europa tylko 7% – to ranga spotkania Bolesława Chrobrego z Ottonem III zaczyna oscylować mniej więcej na poziomie dzisiejszej wizyty króla Bhutanu w siedzibie prezydenta Bangladeszu.

Kiedy pierwsi Piastowie wykrawali swoje księstewko w wielkopolskich puszczach, na japońskim dworze cesarskim dyskutowano nad nową powieścią psychologiczną pt. Opowieści o Genji, a Arabowie od przeszło stu lat myli zęby pastą wynalezioną przez niewolnika Ziryaba, który słynął również ze swych artystycznych osiągnięć i promowania higienicznego stylu życia.

Historia państwa Piastów ma dla omawianego tematu podwójne znaczenie. W świetle najnowszych badań archeologicznych bardzo prawdopodobna jest teoria wiążąca początki państwowości polskiej z handlem słowiańskimi niewolnikami, sprzedawanymi na targach w Pradze i Wenecji do muzułmańskich imperiów w Afryce i na Bliskim Wschodzie, stanowiących wówczas centrum znanego świata. To właśnie ten lukratywny biznes mógł stać za błyskotliwym sukcesem Piastów, którzy w ciągu zaledwie kilku dekad zbudowali silny rdzeń przyszłej Polski.

Te burzliwe wydarzenia są dla Pobłockiego punktem wyjścia do próby opisania kapitalizmu wbrew tradycyjnie przyjętej metodzie, polegającej na zestawieniu następujących po sobie epok, z których każda wynika niejako z poprzedniej. Takie teleologiczne przedstawienie dziejów kapitalizmu ledwie tylko skrywa wspomniany wcześniej błąd okcydentalizmu, wedle którego zachodnia kultura musi zawierać w sobie jakieś szczególne cechy, które ją predestynowały do zapanowania nad światem, a poszczególne etapy historii nieuchronnie wiodły ku europejskiej dominacji.

Zamiast tego Pobłocki proponuje przyjęcie perspektywy przestrzennej. Tak jak państwo Piastów wykluło się dzięki krótkotrwałej koniunkturze na niewolników w kalifacie Abbasydów, tak przyszłe mocarstwa kolonialne Zachodu mogły wyłamać się z peryferiów ówczesnego świata jedynie dzięki wygraniu szóstki w totka – odkryciu i skolonizowaniu Ameryki.

To właśnie „trójkątny handel” miał stanowić podstawę machiny akumulacji, dzięki której niewielkie narody Europy zdołały skolonizować praktycznie cały glob. Umocnienie tej dominacji aż do XX wieku było możliwe jedynie dzięki hojnemu obdarzeniu Europy łatwo dostępnymi pokładami węgla kamiennego, co stało się fundamentem rewolucji przemysłowej.

Jak widać nie ma tutaj dużego pola do determinizmu historycznego, jest natomiast bardzo silny nacisk na pojmowanie dynamiki procesów dziejowych przez pryzmat przestrzeni relacyjnej, w której stosunki między poszczególnymi elementami zmieniają się niczym w kalejdoskopie pod wpływem decyzji podejmowanych w „sztabach generalnych globalnego kapitalizmu”.

Dotyczy to również – a może przede wszystkim – współczesności. Aby ją ukazać, Pobłocki zastosował niezwykle interesujący zabieg – otóż przedstawił on dynamikę przestrzenną kapitalizmu przez pryzmat losów leżących w różnych zakątkach świata miast, które łączy jedno: wrażliwość na kaprysy kapitału.

Szczególnie sugestywna jest tu wizja upadku Detroit, które z przemysłowej stolicy świata i „arsenału demokracji” z czasów Rooseveltowskiego Nowego Ładu stało się targanym konfliktami rasowymi trzecioświatowym miastem-widmem, w którym garstka białych hipsterów uprawia warzywa na opuszczonych działkach, by dorobić do marnych pensji w ostatnich działających w mieście korporacjach, zaś potężne autostrady służą do wycieczek rowerowych, gdyż mało kto potrzebuje już samochodu.

W tym samym czasie w rekordowym tempie wyrasta z piasków pustyni Dubaj – dystopijna oaza kapitalizmu, w której obrzydliwe bogactwo lokalnej elity zbudowano na barkach importowanych z azjatyckich państw półniewolników.

Afryka jest przyszłością?

Zdaniem Pobłockiego przykłady te zadają kłam utartym na Zachodzie poglądom, jakoby kapitalizm opierał się na wolnej pracy najemnej, a kwitnące metropolie Ameryki i Europy były wzorem dla krajów rozwijających się.

W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: przyszłość kapitalizmu w wersji offshore, w którym ponadnarodowe korporacje nie muszą już wywiązywać się z zobowiązań wobec wykorzenionego społeczeństwa i słabnącego państwa, doprowadzi cywilizację zachodnią do rzeczywistości znanej choćby z Lagos i Luandy, dla której upadłe Detroit jest jedynie fazą przejściową.

Dla spauperyzowanej ludności Zachodu nawet los azjatyckich niewolników w Dubaju stanie się wizją tak kuszącą jak saksy u Niemca dla pokolenia Solidarności. Niewykluczone, że w świecie przyszłości potomkowie Piastów będą masowo migrować za pracą do krajów azjatyckich, tak jak przeszło dziesięć wieków wcześniej czynili to zakuci w kajdany brańcy drużynników Mieszka I. Paradoksalnie w ten sposób historia zatoczy koło, co tylko potwierdzi słuszność odrzucenia teorii procesów dziejowych opartych na linearnej koncepcji czasu.

Uważny czytelnik może zaprotestować: jak połączyć sugerowaną w samym tytule książki wizję rychłego końca kapitalizmu z postulowaną przez autora teorią, na mocy której kapitalizm istnieje de facto od zarania dziejów i będzie on trwał w przyszłości w formie despotycznych Dubajów i podporządkowanych im upadłych miast trzeciego świata?

Samo sformułowanie tego pytania w ten sposób świadczyć będzie o głęboko zakorzenionym w umyśle Europejczyka myśleniu temporalnym, o którym wspomniano na wstępie. Wbrew teoriom Marksa upadek kapitalizmu na Zachodzie nie pociągnie za sobą jakiegoś nowego, lepszego ustroju. Przeciwnie, doprowadzi do przestrzennej rekonfiguracji centrum i peryferiów, zabijając jedynie specyficzny dla Zachodu model kapitalizmu anglosaskiego, opartego na zasadzie 3-procentowego wzrostu gospodarczego i 5-procentowego zysku z kapitału.

Zdaniem Karla Polanyi’ego model ten charakteryzuje się urynkowieniem tzw. towarów fikcyjnych: pracy, ziemi i pieniądza. To właśnie moment pełnej komodyfikacji tych trzech czynników zapoczątkował europejski kapitalizm i to ten konkretny model dobiega kresu, a jego przedśmiertną konwulsją są coraz częstsze kryzysy finansowe. Oznaczać to będzie ostateczną klęskę demoliberalizmu (i tak skazanego na upadek z powodu spodziewanego napływu milionów uchodźców klimatycznych [? – admin]), jednak sam kapitalizm będzie trwał w najlepsze.

Istnieje bowiem inna definicja kapitalizmu, która wykracza poza utarte w zachodnim dyskursie przekonanie, którego źródła znajdziemy w pismach Adama Smitha, a które można streścić w formie dobrowolnej wymiany dóbr i usług między niezależnymi jednostkami. Otóż kapitalizm w szerszym rozumieniu oznacza system akumulacji oparty na wyalienowanej pracy ludzi poddanych różnym formom przymusu, zazwyczaj w oparciu o mechanizm długu i wywłaszczenia. Wbrew Marksowi niekoniecznie musi to być wolna praca najemna, a zatem nie ma tutaj mowy o jakimś deterministycznym postępie.

Sama historia Polski dowodzi, że może tutaj nastąpić regres. Mała epoka lodowcowa w XVII wieku zmniejszyła zbiory pszenicy, na co szlachta zareagowała dokręceniem śruby chłopstwu pańszczyźnianemu, którego niedola zaczęła przypominać los niewolników. Również obecnie obserwujemy globalny trend demontażu chroniącego zdobycze socjalne prawa pracy, nawet w takich państwach jak Francja, gdzie tradycyjnie ruch robotniczy miał duże wpływy.

Jednocześnie zauważalny jest fetysz miejsc pracy, dla których politycy gotowi są czynić skrajne ustępstwa wobec korporacji. Rząd w Dublinie pozwalał koncernowi Apple nie zapłacić podatków na kwotę 13 miliardów euro, byle tylko zachował na Zielonej Wyspie te parę tysięcy miejsc pracy w fabryce Hollyhill i podtrzymał reputację Irlandii jako państwa przyjaznego inwestorom.

Przyjęcie podobnej polityki przez dziesiątki innych państw – w tym również Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa – nieuchronnie poskutkuje fiskalnym „wyścigiem na dno”, który jedynie przyspieszy nieuchronny upadek zachodniego modelu rozwoju, a w skrajnie pesymistycznym wariancie sprowadzi dawną cywilizację atlantycką do trzecioświatowych pozycji.

Podsumowując powyższe rozważania należy przyjąć za prawdopodobną prognozę, według której koniec kapitalizmu w wydaniu zachodnim wydaje się być bliski. Taki obrót spraw z pewnością doprowadzi do rewolucyjnych transformacji Europy i Ameryki Północnej. Nie oznacza to jednak końca samego systemu akumulacji kapitału poprzez niewolną pracę i powstania jakiegoś całkiem nowego ustroju w rodzaju prorokowanego przez Marksa komunizmu.

Z pewnością jednak godziny liberalnej demokracji są policzone, gdyż model ten jest luksusem dostępnym wyłącznie dla żyjących w „kryształowym pałacu” pierwszego świata wybrańców, których stać na pluralizm i ograniczone rządy państwa prawa, ponieważ zdołali wyeksportować nędzę do skolonizowanego w ubiegłych wiekach trzeciego świata. Właśnie z uwagi na to kolonialne brzemię na peryferiach globalnego systemu niemożliwe jest wzniesienie materialnych fundamentów pod taką konstrukcję. Dlatego też ów pałac ostatecznie popadnie w ruinę i niczym dworzec kolejowy w Detroit będzie niemym świadkiem narodzin nowej epoki.

To głównie od nas zależy, kto będzie wzniecał pożary, których łuny odbijać się będą od jego okien. To my zdecydujemy czy pójdziemy drogą Mieszkowych wojów i stworzymy nowy porządek na gruzach starego. Jest jednak pewna rzecz, która pozostaje poza zasięgiem naszej woli – materialne ograniczenia wynikające z relacji przestrzennych. Zwycięzcą rywalizacji będzie ten, kto w najbardziej skuteczny sposób wejdzie w interakcję z nowymi centrami kapitalizmu przyszłości. A to już niekoniecznie musi napawać optymizmem.

Rafał Sawicki
http://xportal.pl